Posługa nadzwyczajnego szafarza Komunii świętej sprowadza się do tego, by pomóc choremu i Jezusowi się spotkać.
O studenckim wolontariacie opowiada duszpasterz akademicki.
Mój zawód jest bardzo relacyjny, oparty na zaufaniu i szczerości. Szczególnie ceniłam sobie pracę w hospicjum domowym. Nie ma tam przyjmowania kolejnego pacjenta co 10 minut. Jest czas. Zawiązuje się więź. I odtąd, przez pewien rozdział w życiu idziemy wspólnie. Towarzyszę tej osobie.
Od moich wychowanków nauczyłem się życia zgodnego z zasadami wspólnoty Apostolstwa Chorych. Oni nauczyli mnie przyjmować cierpienie zgodnie z wolą Bożą, nieść je w jedności z Jezusem i ofiarować to cierpienie Bogu.
Wszelkie cuda dokonujące się w materii mają pobudzić cuda o wiele ważniejsze – te dokonujące się w sercu. Najcenniejsze bowiem nie jest to, co zewnętrznie spektakularne ale to, do czego owa zewnętrzność powinna prowadzić – a więc wiara, nawrócenie i przylgnięcie do Boga.
Otrzymałam nowe życie, nową rodzinę i przekonanie, że nie tylko radość jest przejawem szczęśliwego życia. Również głęboka i autentyczna boleść jest dla duszy łaską w porównaniu z pustką, oschłością i bezmyślną rutyną.
Teresa Benedykta od Krzyża – moja siostra i święta przyjaciółka – uczy mnie i zaprasza do ciągłego poszukiwania Boga w moim codziennym życiu, pokazuje mi, że warto o miłość walczyć.
Często bywa, że z biegiem lat role się odwracają i wówczas to babcia i dziadek bardziej potrzebują troski, uwagi i czasu od swoich najbliższych. Potrzebują towarzystwa, rozmowy, cierpliwości, pocieszenia, pomocy.
Historia pielgrzymowania osób cierpiących do Matki Bożej Częstochowskiej z pewnością nie rozpoczęła się dopiero wraz z powstaniem wspólnoty Apostolstwa Chorych, w 1925 r. Ta historia jest znacznie bogatsza i dłuższa, bo chorzy pielgrzymują przecież przed oblicze Czarnej Madonny chyba od zawsze.
Skąd mogę wiedzieć, co da szczęście mojemu dziecku? Może właśnie niepełnosprawność, którą niesie przez życie? Może to droga do takiej bliskości z Bogiem, której ja nigdy nie doświadczę?