Od czasu, kiedy dowiedziałam się o mojej chorobie, a jeszcze bardziej od momentu, kiedy obudziłam się ze śpiączki, bardzo mocno doświadczam tego, jaką siłą jest wspólnota osób zebranych w imię Jezusa.
Z jego duchowego skarbca czerpią kolejne pokolenia chrześcijan.
Choroba bywa próbą wiary, ale jest też szansą na zbudowanie nadziei.
Krzyż samotności, krzyż wspólnoty, krzyż małżeństwa, krzyż celibatu. W końcu krzyż choroby, cierpienia, umierania, śmierci. Każdy go ma, wierzący czy niewierzący, w Kościele, czy nie w Kościele... Tylko wybór jest inny: albo dźwigam mój krzyż sam, albo dźwigam mój krzyż z Chrystusem, w codzienności.
Trzeba nam być wiernym we wszystkim, poczynając od rzeczy najprostszych: uśmiechu na twarzy i życzliwości w sercu oraz roztropności i w słowie, i w działaniu, aby odziedziczyć Królestwo przygotowane od założenia świata i dom wiecznie trwały w niebie.
Powołanie Bartłomieja przypomina nam, że Bóg wyprzedza nasze oczekiwania, pojawiając się właśnie tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy, czasem w zaciszu naszego serca i sumienia. Jeśli pozwolimy, by Jezus nas prowadził, zobaczymy „jeszcze więcej” w naszym życiu i w życiu innych.
Ta cała historia o determinacji króla mówi nam o Bogu, który pragnie zaprosić mnie i Ciebie na ucztę weselną. Przygotowuje całe przyjęcie, ofiaruje na nie wszystko, co najlepsze i czeka na nas.
Szczególnie człowiek chory może czasem mieć poczucie, że robi dziś dla Boga znacznie mniej niż kiedyś. Nie ma już siły pracować, pomagać innym czy podejmować wielu obowiązków. Dzisiejsza Ewangelia przypomina, że miłości Boga nie mierzy się liczbą wykonanych zadań. Można przyjść do Jego winnicy nawet w ostatniej godzinie i odkryć, że Ojciec nadal czeka z tą samą miłością.
Jedno jest pewne. Tylko wtedy, gdy postawimy Boga na pierwszym miejscu, wszystko inne ustawi się na właściwym. I tylko wtedy będziemy naprawdę szczęśliwi. W każdym innym przypadku, gdzieś w głębi serca będziemy odczuwać – tak jak Młodzieniec – niepokój, smutek.
Z każdym uderzeniem serca dokonuje się w nas wybór: zatrzymać winę brata i stać się jego sędzią albo przebaczyć mu z serca.