Miłosierdzie ostatniej godziny

Historia Danuty i Henryka jest opowieścią o ludzkiej miłości i Bożym miłosierdziu.

zdjęcie: ks. Antoni Bartoszek

2025-10-31

Już po krótkiej telefonicznej wymianie zdań wiedzieliśmy, że pani Danuta jest bardzo serdeczną osobą. Umówiliśmy się na spotkanie u niej w domu. Po obejrzeniu mieszkania i ustawionego w sypialni dużego zdjęcia zmarłego dwa tygodnie wcześniej pana Henryka, rozpoczęliśmy rozmowę. Miała dotyczyć odchodzenia Henryka i towarzyszenia mu w tej drodze Danuty oraz wiary, miłości i chrześcijańskiej nadziei – tych trzech, które nie pozwalają rozpaczać po stracie najbliższej osoby i wskazują świetlisty horyzont wieczności.

Na początku naszej wizyty pani Danuta zaznaczyła, że byłą drugą żoną Henryka, a on był jej drugim mężem. „Połączyli się wdowcy” – pomyśleliśmy. Ale okazało się, że było inaczej. Losy Danuty i Henryka splotły się ze sobą „nie po Bożemu”, bo oboje mieli za sobą doświadczenie sakramentalnego nieudanego małżeństwa – zostali opuszczeni przez współmałżonków. Oboje też mieli córki. Pani Danuta uważa, że chyba to połączyło ich w pewnym momencie. Byli ze sobą 37 lat.

W katolickim piśmie pisać o niesakramentalnym związku? A jednak ta historia miłości silniejszej od śmierci doprowadziła naszych bohaterów także do pojednania się z Bogiem. Jak wiemy, w najcięższych sytuacjach, zagrażających życiu, Kościół daje taką możliwość, nawet w przypadku nieregularnego związku. Danuta i Henryk dostąpili wyjątkowej łaski, bo mimo wielu lat życia bez sakramentów zachowali wiarę w Boga i na koniec pojednali się z Nim. A przecież nie musiało się tak stać…

W czasach, gdy jest wiele rozwodów, tylu ludzi, zwłaszcza młodych, rezygnuje z praktyk religijnych i życia sakramentalnego, warto przypominać, że Bóg wciąż walczy o człowieka. Że różnymi drogami i różnymi sposobami wyciąga do niego rękę, a on łapie ją czasem w ostatnim momencie. Jak tonący Piotr. Jak Dobry Łotr. I że Jezus Miłosierny mówi również dziś każdemu za pośrednictwem św. Faustyny: „Córko Moja, napisz, że im większa nędza, tym większe ma prawo do miłosierdzia Mojego, a [namawiaj] wszystkie dusze do ufności w niepojętą przepaść miłosierdzia Mojego, bo pragnę je wszystkie zbawić. Zdrój miłosierdzia Mojego został otwarty na oścież włócznią na krzyżu dla wszystkich dusz – nikogo nie wyłączyłem” (Dz. 1182). W kuchni pani Danuty, wysoko na półce, zauważyliśmy obrazek Jezusa Miłosiernego. Jakby chciał w tym miejscu powiedzieć: „Zobaczcie, Ja tu byłem i jestem”. A przy kawie, cieście i ocieranych dyskretnie łzach popłynęła opowieść pani Danuty...

To był maj, półtora roku temu. Na czwartym palcu lewej nogi mężowi zrobiła się taka czarna kropeczka, jak główka od szpilki. Najpierw trochę to zlekceważyliśmy, ale po jakimś czasie mąż mówi, że to zaczyna być coraz większe. Więc obserwowaliśmy to i potem poszliśmy do lekarza rodzinnego. On dał skierowanie do chirurga. Dostaliśmy różne maści – i tak smarowaliśmy aż do grudnia, ale palec wyglądał coraz gorzej. Wreszcie trafiliśmy do naczyniowca i to on stwierdził, że prawie na pewno to jest rak… Zrobił wycinek i posłał do Krakowa. Po trzech tygodniach dostałam telefon z informacją, że mamy natychmiast przyjechać. Pojechaliśmy i usłyszeliśmy diagnozę: czerniak złośliwy.

Zaplanowano operację – amputację palca. 29 grudnia mąż został przyjęty do szpitala, a 2 stycznia była operacja. Potem wrócił do domu i zaczęło się leczenie, ale któregoś dnia powiedział mi tak: – Danusiu, jeżeli to jest czerniak złośliwy, to mogą być przerzuty, musimy się z tym liczyć. Ja na to: – Henryczku, co ty mówisz, czerniaki są najczęściej wyleczalne! Ja jeszcze nie dopuszczałam tego do siebie...

Na razie jedynie dzieci wiedziały o czerniaku, wnuki tylko tyle, że dziadek jest chory i musi się leczyć. Do maja mąż miał idealne wyniki i lekarze chcieli mu zaaplikować lek nowej generacji, ale musiał mieć różne badania. Na lipiec załatwiłam wszystkie. Zaczęliśmy od tomografii głowy w Gliwicach. I gdy czekałam na męża, zawołał mnie radiolog. Pomyślałam, że może mąż dostał kontrast i zrobiło mu się słabo. A doktor pokazał mi monitor i powiedział, że obie komory mózgu są zajęte nowotworem...

Ja pracowałam 40 lat w szpitalu dziecięcym jako szefowa kuchni, ale takiej akcji jeszcze nie widziałam. W ciągu trzech minut zbiegli się lekarze – aż dziewięciu. Wezwali mnie do gabinetu i kazali przywieźć męża. Przeprowadzili z nim wywiad i wtedy zauważyłam, że już nie pamięta niektórych słów, i ja mu pomagałam. Był taki spowolniony; kiedy chciał coś powiedzieć, musiał się zastanowić.

Natychmiast został przyjęty na oddział. Ordynator powiedziała mi, że są pokoje dwuosobowe i mogę zostać z mężem. Ja na to: – To dobrze, zostanę, tylko pojadę po rzeczy. Ale mój mąż powiedział tak: – Pani doktor, moja żona tu nie zostanie. – Ale dlaczego, Henryczku? Ja chcę być z tobą. – Ty musisz wypocząć psychicznie w domu, przyjechać do mnie wyspana i uśmiechnięta. No i zobacz, ilu tu jest ludzi chorych, ty już się dosyć napatrzyłaś w szpitalu, jak pracowałaś. – Dobrze, Henryczku, niech tak będzie.

Zgodziłam się, ale oczywiście codziennie jeździłam. I w tym szpitalu się zaczęło… Mąż mówi mi tak: – Wiesz co, powiem ci szczerze, Danusiu, ja się już kończę. Musimy się do tego przygotować. A ja: – Jak się kończysz? Jak przygotować? Ja nie rozumiem, co ty do mnie mówisz… – Ja się kończę, ja wiem, że muszę odejść. – Ale gdzie ty chcesz odejść? Wciąż nie dopuszczałam tej myśli…

Leżał w pokoju dwuosobowym i obok niego był mężczyzna, który przyjeżdżał tylko na cykl kroplówek. Leżał tam dwie noce i dopiero, jak wychodził ze szpitala, powiedział nam, że jest diakonem. I to przy nim była ta rozmowa. Mąż mi mówi: – Widzisz na tej ścianie krzyż? A ja: – No widzę, tam jest krzyż. Pan Jezus. – No tak, Danusiu, to ja ci powiem… Ja już wiem dobrze, że do mojego domu, do naszego pięknego domu i wspaniałego życia drzwi zaczynają się zamykać. I ja czuję, że idę na górę Golgotę. Ciężko jest, bo widzisz, co się dzieje. Jest mi bardzo ciężko iść po tych schodach. To nie jest śmierć „zawałowa”, ja nad tym wszystkim myślę i chciałbym, żebyś mnie nie opłakiwała za dużo, tylko wspominała nasze piękne życie. Wiesz, że dobrze żyliśmy, nie kłóciliśmy się. Nasza wiara nie była „pokazowa”. To była taka wiara „nasza” – choć w drugim małżeństwie. Jak będę na szczycie Golgoty, to tylko tak spojrzę na ciebie i te drzwi do domu się zamkną, a do mojego Ojca mi się otworzą…

Po chemiach zięć przywiózł męża do domu. Potem było jeszcze konsylium i wtedy lekarze potwierdzili, że nie ma już dla niego ratunku. Dostaliśmy skierowanie do hospicjum. Załatwiłam tam wszystko i już po kilku dniach okazało się, że jest miejsce. Ja wiedziałam, że tam będzie mu dobrze. Ale w ostatniej chwili poprosiłam, żeby przyjęto kogoś innego, a my jeszcze poczekamy. Później miałam trochę wyrzutów sumienia, bo mąż gorzej się czuł, ale prosiłam Boga, żeby dał mi siły – i jakoś dawałam radę, podnosiłam go, a on jeszcze współpracował ze mną na początku, ale później już nie umiał.

Chodziłam zawsze rano do kościoła. Mówiłam mu: – Henryczku, ja idę tylko na mszę – to mi kiwał głową. I raz proboszcz mnie widzi i mówi: – Pani Danuto, i jak tam z mężem? A ja: – No, proboszczu, coraz słabszy. I potem wracam do domu, ale nie opuszcza mnie taka myśl: „Panie Boże, myśmy chcieli zrobić to «białe małżeństwo», ale nie wychodziło nam…”. Jednak Henryk zawsze był wierzący. Kiedy coś działo się w rodzinie, jeździliśmy zawsze do Matki Bożej Częstochowskiej, do Czarnej Madonny. Prosić i dziękować. Nawet jak wzięliśmy ślub cywilny, to też pojechaliśmy do Częstochowy. Tam wybłagaliśmy dużo rzeczy. Mąż zawsze, jak były jakieś kłopoty, mówił: – To jedziemy do Częstochowy! I teraz tak sobie myślę o tym wszystkim… Przychodzę do domu, patrzę, a mąż ma uśmiech na twarzy. I mówię mu: – Henryczku, masz pozdrowienia od proboszcza. A on: – Tak? – No, dał cię pozdrowić! I wiesz, co sobie pomyślałam? Czy ty byś na przykład nie wyspowiadał się i po prostu nie przyjął naszego Boga? Jesteś z Nim przez całe życie. A on mówi: – Dobrze, niech tak będzie!

Od razu poszłam do proboszcza. A on: – Tak, oczywiście! Będę zaraz jutro, o 10.30. No i przyszedł ten 19 sierpnia! Oczywiście rano było mycie, przygotowanie mojego męża, jeszcze przybiegła pani fryzjerka go ogolić, żeby tak pięknie wyglądał. On bardzo lubił jasne rzeczy, uwielbiał niebieski kolor – naszej Madonny! Miał taką niebieską, jasną piżamę i tak wystrojony leżał, a ja powiedziałam: – Henryczku, ty dzisiaj wyglądasz, jakbyś szedł do Pierwszej Komunii! Po 37 latach! Wiesz, co to jest?! A on mi mówi: – Tak, wiem, bo ja się… – zawahał się, a ja pomogłam: – Przygotowałeś się! A on mi kiwnął głową, że tak. Chwycił mnie za rękę, pocałował, pociągnął mnie i jeszcze w policzki mnie ucałował, i powiedział: – Dziękuję… On zawsze mi za wszystko dziękował. I przepraszał.

Rano nie chciał nic jeść ani pić, chyba miał zakodowane od małego, że przed Komunią jest się na czczo. Przymusiłam go tylko, żeby z łyżeczki wypił trochę wody do lekarstw. No i przyszedł proboszcz. Mąż już wyspowiadać się nie mógł, ale przyjął namaszczenie chorych, a ono przecież jedna z Bogiem tych, którzy nie potrafią już mówić, ale żałują za grzechy i pragną pojednania. Potem przyjął Pana Jezusa i w tym momencie podniósł rękę i próbował się przeżegnać. To wzruszyło i mnie, i proboszcza. A potem – mamy to na zdjęciu – ręce mu się jakby same złożyły. I te jego duże oczy otwarte szeroko – a zawsze miał półotwarte albo zamknięte w ostatnim czasie. A kiedy przyjął naszego Pana, proboszcz kazał podać mu wodę i wtedy nie chciał już łyżeczką, tylko z butelki normalnie się napił. Proboszcz powiedział jeszcze: – Panie Henryku, ale pan ma anioła w domu! To nie żona, to anioł! A ja zapytałam: – Proboszczu, a co ze mną będzie? Odpowiedział: – Nie ma sprawy, proszę przyjść. – Dobrze. Bo myśmy się oboje przygotowywali do tej spowiedzi. No i umówiłam się na spowiedź.

Kiedy proboszcz wyszedł, podeszłam do męża i mówię: – I co, Tatuśku, jesteś chyba zadowolony? A on – uśmiech od ucha do ucha, oczy szeroko otwarte, patrzy na mnie, trzyma mnie za obie ręce i mówi mi: – Aniele, dziękuję ci! I to tak wyraźnie powiedział, że byłam w szoku. Wcześniej zwykle bełkotał tylko. No i zapamiętał to słowo, które powiedział proboszcz!

Po kilku dniach dostałam wiadomość, że znów zwolniło się miejsce w hospicjum. I pojechał. Tam cały czas było dobrze, był wesoły. Ściskał rękę, kiwał głową, kontakt był do samego końca. Cieszył się, gdy odwiedził go starszy wnuk. Zawsze dużo rozmawiał z dziećmi, chłopcy pytali go o historię, naprawiali razem różne rzeczy albo ich gdzieś zawoził. Był taką podporą. Teraz chwycił Szymona mocno za rękę, jakby chciał mu coś powiedzieć. A Szymon: – Dziadziuś, tak ładnie wyglądasz. Pożartuj trochę ze mną. Zawsze żartowałeś, zawsze żeśmy „głupocili”, a dzisiaj nic? A mój mąż uśmiecha się i… język mu pokazuje! Naprawdę było wesoło, wszystko było takie nie w płaczu i dziadek był szczęśliwy.

Następnego dnia, w sobotę, zauważyłam, że jest jakiś dziwny. Zapytałam, czy coś go boli, a on kiwnął głową, że nie, ale potem pokazał brzuch. Kiedy w niedzielę rano przyszłam na mszę, dowiedziałam się, że mąż nie chce już przyjmować leków, nie chce jeść ani pić. Przed mszą powiedziałam mu: – Henryczku, przyszłam na mszę, jeśli nie będziesz mógł przyjąć Pana Jezusa, to ja w twoim imieniu Go przyjmę. I na pewno będziesz mnie słyszał z kaplicy, bo wiesz, że lubię głośno śpiewać! No i był uśmiech na twarzy, więc dotarło do niego. Potem poszłam do domu i jak wróciłam o 14.00 – bo zawsze o tej godzinie tam chodziłam i siedziałam do wieczora – to już był podłączony pod kroplówki. Przyszedł też Szymonek i widzę, że grochy mu lecą po buzi. To ja mu mówię: – Nie wolno płakać przy chorym, bo chory to odczuwa. Złapał dziadka za ręce, przytulił go do siebie i zaczął z nim rozmawiać. Mąż nie miał już tego silnego uścisku dłoni, ale kiwnął głową, że słyszy.

I jak Szymonek poszedł… wróciłam do naszej rozmowy z początku choroby: – Henryczku, powiedziałeś mi, że idziesz na tę górę… i chyba już jesteś na tym szczycie Golgoty, ja to już wyczuwam. I uwierzcie mi, że jak ja mu to powiedziałam, to on, trzymając moją rękę, tak delikatnie kciukiem poruszył w lewo i w prawo… Wiedział, co mu powiedziałam! Też wyczuwał, że odchodzi…

Rano w poniedziałek przyszłam z kościoła, zrobiłam sobie śniadanie i miałam jechać na 14.00 do hospicjum. Po wpół do pierwszej poczułam taki dziwny ucisk w klatce piersiowej, jakby słoń mnie nadepnął. Nie mogłam oddychać i już chciałam dzwonić po sąsiadkę albo po córkę. Ale zrobiłam sobie kawę i powoli przechodziło. Powiedziałam sobie: „Nie czekam już, tylko od razu jadę do Henryczka”. Wzięłam taksówkę i pojechałam. Wchodzę, a oni tak na mnie patrzą… Mówię: – Stało się coś? – Mamy przykrą wiadomość... A ja: – Mąż zmarł, wiem, ja to wyczułam...

Zmarł o 12.50. Zapytali mnie, czy chcę jeszcze iść do niego do „sali odpoczynku”. Tak, chciałam. Poszłam, porozmawiałam z nim, odmówiłam Różaniec. Podziękowałam mu za całe życie i że odszedł godnie, z Bogiem. Może nie pokazywał tego, że jest wierzący, ale naprawdę był wierzący, bo to było widać u nas w domu.

Na początku naszego związku powiedziałam mu, że chciałabym iść na pielgrzymkę do Piekar, bo chodziłam, jak byłam dzieckiem. On powiedział: – Nie ma sprawy, nie mam nic przeciwko temu. I na dodatek potem każdego roku przyjeżdżał pod kalwarię po nieszporach po moje i koleżanek bagaże – ile się zmieściło – i zawoził je do kościoła na przywitanie pielgrzymów. To był taki jego bardzo miły gest.

Jak teraz przeżywam to rozstanie? Kiedyś powiedział mi: – Zawsze pamiętaj, że ja jestem po drugiej stronie, żyję wiecznie i będę przy tobie. I jeszcze opowiem, co mi się przydarzyło w kościele. 4 września był pogrzeb, a z 5 na 6 września było u nas czuwanie nocne w 1. rocznicę koronacji obrazu Matki Bożej Pocieszenia. I ja poszłam na to czuwanie. Dziękowałam szczególnie za ten 19 sierpnia, bo to będzie dla mnie data, która pójdzie ze mną przez całe życie – byłam tak szczęśliwa, że Henryk przyjął Boga. Podziękowałam Matce Bożej za to wszystko. I tej nocy była też „godzina milczenia”. Ja w pewnym momencie oparłam się o ławkę i tak patrzyłam na Matką Bożą, nic nie myślałam, tylko patrzyłam na ten obraz. W kościele było ciepło, a ja poczułam na lewym ramieniu chłód i tak, jakby mnie ktoś popchnął do przodu. Obróciłam się, ale w ławce nikogo nie było. Pani, która była obok mnie, zapytała, co się stało. Mówię: – Miałam takie uczucie, jakby mnie ktoś popchnął. A ona na to: – No bo mąż jest z panią! I ja też pomyślałam, że to Henryczek…

Powiem wam, że teraz, jak spotykam znajomych, to wszyscy się dziwią, że jestem uśmiechnięta, że jestem zadowolona. Kiedy opowiadam o tej Golgocie, o tym krzyżu, to mi łezki polecą, wiadomo. Ale nie lamentuję, bo wiem, że on tam się ma dobrze, już jest blisko Boga, on już ma tę bramę szeroko otwartą. A mój młodszy wnuk Wojtuś mówi: – Babciu, dziadek odszedł, bo prababcia i druga babcia i wszyscy go tam potrzebują jako taksówkarza!

Mieliśmy też taką rozmowę, jeszcze wcześniej. Powiedział mi wtedy: – Danusiu, wiesz, jak ja lubię kwiaty. Ale proszę cię, żebyś na pogrzeb nie kazała przynosić kwiatów, tylko żeby te pieniążki oddać na jakiś dobry cel. I już w hospicjum, w tym ostatnim tygodniu, powiedziałam mu raz tak: – Henryczku, kiedyś mówiłeś mi, że na pożegnanie nie chcesz kwiatów. Teraz jesteś w hospicjum, dbają tu tak o ciebie – to ta ofiara może pójść na hospicjum? Kiwnął głową, no i tak się stało, nawet rodzina po pogrzebie przysyłała jeszcze przelewy na konto bankowe dla hospicjum. To też była taka jego ofiara, że zrezygnował na koniec z tego, co tak lubił. A kwiatów sporo i tak było, bo nie wszyscy się dowiedzieli.

A więc jestem radosna i spokojna. Tylko jak przychodzi 19.00, moje myśli biegną ku niemu, bo on miał taką stałą klientkę i dopóki miał możliwość, jeździł samochodem. Jeszcze tego 8 lipca chciał jechać samochodem do Gliwic. I tę panią zawsze woził do pracy i z pracy. Między 19.00 a 20.00 po nią jechał. A potem był telefon: – Mamuśka, zejdź na dół, bo już jestem pod domem. I jechaliśmy razem do garażu i z powrotem spacerkiem, albo – jak było chłodniej – mówił: – Możesz już szykować kolację. I wierzcie mi, teraz, gdy ta godzina przychodzi, czekam na telefon…


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, pozostali Autorzy, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2025nr11, Z cyklu:, W cztery oczy