Czytając Ewangelię z perspektywy dwóch tysięcy lat łatwo jest nam zachwycać się wspaniałością czynów Jezusa. Wszystko mamy podane jak na dłoni, spisane wszystkie cuda, słowa. Możemy do nich wracać kiedy tylko chcemy. Słowo na nas czeka i może przemówić w dowolnym momencie naszego życia.
Czasem tak bardzo jesteśmy przywiązani do swoich poglądów i do swoich racji, że niezależnie od tego, kto i co mówi, nie potrafimy się zmienić. Nasze uszy są zamknięte na słowa, które naruszają nasze dobre samopoczucie, wskazują, że powinniśmy coś w sobie zmienić.
Choroba, cierpienie – to czas walki duchowej, to czas ćwiczenia się w cierpliwości, w pokorze. Kto tę duchową walkę podejmuje, staje się gwałtownikiem królestwa niebieskiego w najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów.
Maryja pokazuje, że to, co najistotniejsze i zasadnicze w życiu, winno rozgrywać się i dokonywać zawsze w głębi człowieka. Właśnie tam – we wnętrzu duszy – człowiek spotyka Boga i wchodzi z Nim w relację miłości.
Dzisiejszy fragment Ewangelii jest jednym z kluczowych, aby zrozumieć sens i sposób podejścia do człowieka w chrześcijaństwie.
„On widząc ich wiarę, rzekł: «Człowieku odpuszczają ci się twoje grzechy»”.
Czy słyszymy wezwanie do przygotowania drogi Panu? Może i słyszymy, ale jakie jest nasze serce?
Ty który jesteś, Synu Dawida, ulituj się nade mną – naucz mnie milczenia wobec tajemnic świata, z którego utkana jest Wieczność.
Dzisiejsza Ewangelia jest wezwaniem do powrotu do fundamentów naszej wiary. Jednym z nich jest słowo Boże, nie tylko pobieżnie słuchane, ale rozważane.
Jezus pokazuje jak bardzo zależy Mu na każdym człowieku i jest w stanie zaradzić wszystkim jego potrzebom, nie tylko duchowym, ale i fizycznym. I daje w obfitości, w nadmiarze, bez ograniczeń.