Nie cierpienie, lecz miłość
Jej życie jest świadectwem, że cierpienie przeżywane z miłością może stać się bramą do chwały w niebie, czyli paschą prowadzącą do zmartwychwstania.
zdjęcie: Canstockphoto.pl
2026-04-01
Cierpienie, choć po ludzku trudne do przyjęcia, w życiu wielu świętych i kandydatów na ołtarze stawało się drogą prowadzącą ku pełni zjednoczenia z Bogiem. Tak było również w życiu Kunegundy Siwiec, prostej góralki, która swoje codzienne doświadczenia – w tym także chorobę i cierpienie –potrafiła przemienić w ofiarę miłości. Bieżący numer „Apostolstwa Chorych” w dużej mierze poświęcony jest właśnie Kundusi z Siwcówki – jak zwykli nazywać ją miejscowi górale. Na kolejnych stronach miesięcznika będzie można wiele przeczytać o jej duchowej drodze, pragnieniach i zjednoczeniu z Jezusem Ukrzyżowanym w cierpieniu. Historia jej życia jest wyraźnym przesłaniem – zwłaszcza dla coraz bardziej zlaicyzowanego świata – że prawdziwa siła nie płynie z nowoczesności, technologii i bogactwa, ale z powierzenia się Bożym planom i zaufania Jego dobroci.
Kunegunda nie szukała cierpienia, ale gdy ono przyszło, przyjęła je z głęboką wiarą i pokorą. Swoje krzyże przeżywała w ciszy, łącząc je z męką Jezusa i ofiarując za Kościół oraz grzeszników. W tym duchu cierpienie nie było dla niej znakiem opuszczenia przez Boga, ale miejscem szczególnego spotkania z Nim. To właśnie w słabości objawiała się jej duchowa siła, a w bólu – nadzieja, która wykracza poza doczesność, bo kieruje ku zmartwychwstaniu. Droga Kunegundy Siwiec pokazuje, że chwała nieba nie rodzi się z ludzkiego sukcesu, lecz z wierności Bogu w małych, często bolesnych doświadczeniach codzienności. Jej życie jest świadectwem, że cierpienie przeżywane z miłością może stać się bramą do chwały w niebie, czyli paschą prowadzącą do zmartwychwstania.
Kunegunda Siwiec zamieniła cierpienie w miłość nie przez nadzwyczajne czyny, lecz przez głęboko ewangeliczny sposób przeżywania codzienności. Jej droga była prosta, a zarazem bardzo wymagająca duchowo. Po pierwsze, przyjmowała cierpienie w zjednoczeniu z Jezusem. Choroby, fizyczne dolegliwości i duchowe próby nie prowadziły jej do buntu ani rozpaczy. Ofiarowała je Bogu, łącząc swoje doświadczenia z męką Jezusa. Dzięki temu ból przestawał być tylko osobistym ciężarem, a stawał się modlitwą. Po drugie, cierpienie ofiarowała za innych. Kunegunda nie skupiała się na sobie – swoje trudności przeżywała w intencji Kościoła i ludzi oddalonych od Boga. Miłość wyrażała się w gotowości, by nie zmarnować żadnego krzyża, ale uczynić z niego dar. Po trzecie, zachowała pokorę i milczenie. Nie szukała współczucia ani uznania. Jej miłość była cicha, ukryta, pozbawiona rozgłosu. Właśnie w tej dyskrecji objawiała się jej duchowa dojrzałość – cierpienie nie zamykało jej na Boga ani ludzi, lecz otwierało serce jeszcze bardziej. Wreszcie, czerpała siłę z modlitwy i sakramentów. To one sprawiały, że ból nie niszczył jej wnętrza, ale je oczyszczał. Miłość rodziła się z zaufania: przekonania, że nawet to, co trudne i niezrozumiałe, może prowadzić do dobra. W życiu Kunegundy cierpienie stało się więc miłością, ponieważ było przeżywane nie „dla siebie”, lecz z Bogiem i dla innych. To właśnie ta postawa uczyniła jej drogę tak jasnym świadectwem świętości.
Kunegunda Siwiec może być dla nas dobrą przewodniczką w chwilach trudności, kiedy wszystko zdaje się tracić sens. Ona, jednocząc się w takich chwilach z Jezusem Ukrzyżowanym, oczami serca widziała już swoją nagrodę i pełne zjednoczenie w niebie z tym samym Jezusem, ale już Zmartwychwstałym.
Zobacz całą zawartość numeru ►