Zapakowane w miłość
Znów to samo. Kolejny nowy rok i kolejny raz wracamy z nadzieją, że teraz nam się uda, że tym razem zrealizujemy postanowienia. Ale, czy na pewno?
zdjęcie: Canstockphoto.pl
2026-02-05
W notatniku pojawiają się zapiski: siłownia 2-3 razy w tygodniu, mniej słodyczy (a najlepiej w ogóle), poukładamy dzień tak, by wygospodarować czas jeszcze na 15 minut biegania. A może skoro świt, póki umysł świeży i wyspany, warto powtórzyć kilka słówek z angielskiego, a może zacząć też francuski? I co z czasem dla siebie? Z chwilami, które moglibyśmy nazwać małymi przyjemnościami?
Pełni entuzjazmu, zapału, a nawet lekkiej ekscytacji, zaczynamy realizować plan. Jeden dzień, drugi, trzeci… może nawet czwarty dzień. Ale piątego coś nam wypada i skrupulatnie budowany harmonogram wydarzeń nagle się sypie. No tak – skoro jednego dnia nie ćwiczyliśmy, to może nic się nie stanie, jeśli kolejnego też nie. A przy okazji… osłodzimy sobie życie cukierkiem. Tylko jednym. Tylko dziś. Tylko teraz. Kolejny jutro – ale przecież też tylko jeden…
Mija kilka tygodni i ze zdumieniem odkrywamy, że chyba nam nie wyszło. Choć w głębi duszy nawet nas to specjalnie nie dziwi. Oczywiście, że nie wyszło – bo jesteśmy beznadziejni, bo nie mamy silnej woli, bo brakuje nam chęci i motywacji. I tylko zazdrośnie patrzymy, że innym jednak wychodzi. Więc co? Czy jest z nami coś nie tak? Może faktycznie jesteśmy po prostu zwykłymi leniami?
A może problem wcale nie tkwi w nas? Może po prostu rzeczy, o które walczymy, nie są dla nas naprawdę istotne?
O co najczęściej zabiegamy? O zmianę fizyczną: ćwiczenia, mniej jedzenia, więcej wysiłku i energii, którą jednak inwestujemy chyba nie najlepiej, bo w to, by stać się szczuplejszymi, piękniejszymi. A gdybyśmy sobie obiecali, że zrobimy wszystko, by po prostu być sobą?
Przyjrzyjmy się celom, które realizujemy. Często chodzi w nich o to, żeby robić to, co robią wszyscy. Jeśli wszyscy uczą się języków – to my też. Jeśli w mediach i na portalach społecznościowych trwa moda na bycie „fit” – wchodzimy w to. Jeśli kolejna rewelacja żywieniowa podpowiada, że produktów X nie wolno ruszać, natomiast produkt Y jest „cudem na wszystko” – wierzymy i próbujemy dostosować się do tego, co robi większość. Ale czy to naprawdę wypływa z naszego wnętrza? Bo jeśli nie – to nie przetrwa.
Jeśli nie pragniemy tego sami, jeśli nie jesteśmy do tego głęboko przekonani, jeśli nasze motywacje są powierzchowne – to te cele po prostu się rozpadną. Nawet tak ważne rzeczy, jak nauka języka, czy dbanie o wagę ze względu na zdrowie, stają się wówczas zadaniami do „odpracowania” i odhaczenia, by móc być z siebie zadowolonym. A nawet jeśli wygospodarujemy czas dla siebie, ale wypełnimy go sprawami płytkimi, nieistotnymi, niekarmiącymi naszego wnętrza, naszej duchowości – to i tak poczujemy pustkę.
Może właśnie dlatego po pewnym czasie rezygnujemy z naszych celów – bo powód, dla którego je podejmowaliśmy, okazał się nieistotny. Bo tak naprawdę chcieliśmy stworzyć jakąś lepszą wersję siebie: może komuś się przypodobać, może sobie samemu zaimponować, może udowodnić, że potrafimy być wytrwali. Ale nas w tym nie było.
Czy Ewangelia mówi o odchudzaniu, czy mówi raczej o tym, by kochać? Jezus nigdy nie powiedział: „zrób 10 tysięcy kroków dziennie”, „pij więcej wody”, „zadbaj o bicepsy”. Nie sugerował, byśmy stawali się coraz piękniejsi i bardziej produktywni. Mówił coś zupełnie innego: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść. Byłem spragniony, a daliście Mi pić.” Uczył nas miłości. Pokazywał, że zmieniamy się nie dzięki perfekcjonizmowi, nie dzięki sile charakteru, czy doskonałej organizacji, ale dzięki spotkaniu z drugim człowiekiem. Dzięki temu, że kochamy i pozwalamy się kochać.
Może więc warto zastanowić się, od czego zacząć naszą przemianę. Czy od rzeczy drugorzędnych, czy może od nadania swojemu życiu sensu – od odnalezienia miłości: do siebie i do drugiego człowieka? Bo czy naprawdę chodzi o to, by schudnąć kolejny kilogram lub nauczyć się kolejnych słówek? Czy może o to, by odnaleźć człowieka w naszym życiu: wejść w relację, naprawić błędy, pogodzić się, przeprosić?
Może nie brakuje nam motywacji, ale sensu działania. Przecież wiemy, że tam, gdzie jest miłość, bliskość, relacja, gdzie rodzi się przyjaźń, gdzie wymieniamy uśmiech, gdzie spotykają się dłonie – tam w nas budzą się najgłębsze emocje. Tam zaczynają się prawdziwe przemiany. Chodzi o to, by nie patrzeć wyłącznie na siebie: „jak wyglądam?”, „jak się czuję?”, „co mogę zrobić, by być piękniejszym?”. Ale zapytać: „co mogę zrobić, by wyjść ku drugiemu człowiekowi?” Może w tym roku nie będziemy zastanawiać się, co zrobić, by poprawić siebie. Może zapytamy: co mogę zrobić, by poprawić świat drugiej osoby? Może zamiast: „schudnę”, „poćwiczę”, „nauczę się języka”, wybierzemy zdania skierowane ku komuś: porozmawiam z sąsiadką, która jest samotna; w rozmowie wysłucham kogoś, nie przerywając i nie oceniając; będę modlić się w intencji drugiej osoby; częściej uśmiechnę się do pani w małym sklepiku, która zawsze wygląda na zasępioną.
Możemy też skierować pytanie do Pana Boga, bo On najlepiej wskaże: „co chciałbyś, żebym w tym roku zrobiła, na jakie drogi mam wejść, komu mam nieść pomoc?”
I może ta przemiana, którą zobaczymy – uśmiech odwzajemniony przez kogoś, wdzięczność za wysłuchanie, dobre słowo w trudnym momencie – stanie się dla nas źródłem radości, które będzie nas niosło dalej. Może dzięki temu łatwiej będzie wytrwać w takich postanowieniach. Czy można je jeszcze nazwać zwykłymi postanowieniami? Czy może są czymś głębszym – szerokim gestem miłości dawanej drugiemu?
Oczywiście, w tym wszystkim nie chodzi o to, byśmy zapomnieli o własnych potrzebach i pragnieniach. Może nawet je będzie nam łatwiej zrealizować – z czyjąś pomocą. Może ktoś pomodli się za nas, jeśli opowiemy mu o trudnościach, o nadmiernych kilogramach, czy problemach z sercem. Może ktoś podpowie nam inną, zdrowszą drogę.
Świat mówi, że mamy traktować siebie jak towar: ulepszyć, dopracować, oszlifować, owinąć wstążką. A Ewangelia mówi coś innego: „Jesteś kochany taki, jaki jesteś. I dlatego możesz kochać innych”.
I dlatego w tym roku możesz zaplanować nie kolejną „wersję siebie”, ale dzielenie się tą wersją Ciebie, jaka jest, tyle, że zapakowaną w miłość i owiniętą wstążką bezinteresowności.
Zobacz całą zawartość numeru ►