Mała droga wielkiej miłości

Siedząc taki blady, szczupły, wycieńczony chorobą, ale pogodny na swoim inwalidzkim wózku wie już, że swój czwarty ślub wypełni w nieco inny sposób, niż się tego spodziewał.

Fotografia ta umieszczona jest nad grobem Mikołaja D'Onofrio znajdującym się w podziemiach sanktuarium św. Kamila w Bucchianico. Grób Sługi Bożego już teraz odwiedzają setki pielgrzymów.

zdjęcie: www.mikolajdonofrio.strefa.pl

2014-07-03

Wielki przyjaciel młodzieży – święty papież Jan Paweł II, zwracając się do młodych na wszystkich kontynentach świata, niejeden raz prosił ich, by nie lękali się świętości. Wymownym gestem, potwierdzającym tę jego prośbę, było ogłoszenie św. Teresy od Dzieciątka Jezus – doktorem Kościoła. To nie przypadek, że ta młodziutka, zmarła w 24 roku życia zakonnica, została nauczycielką życia duchowego dla wielu swoich rówieśników, a jej „mała droga” do świętości jest coraz chętniej naśladowana przez następne pokolenia, które pragną uczynić Bogu dar ze swego zwykłego życia. Intuicja i tym razem nie zawiodła św. Jana Pawła II; trzecie tysiąclecie, mimo rozmaitych problemów społecznych i obyczajowych, dotykających aż nazbyt często także młodzieży, wydaje się być czasem młodych świętych.

U boku Matki Bożej

Niedawno na łamach naszego miesięcznika opisaliśmy drogę do świętości młodziutkiej Włoszki Chiary Luce Badano, pozornie całkiem zwyczajnej nastolatki, która w niezwykły sposób swoje cierpienie związane z ciężką chorobą potrafiła zamienić w dar miłości ofiarowany Jezusowi – Boskiemu Oblubieńcowi. Tym razem pragniemy przybliżyć naszym Czytelnikom postać jej nieco mniej znanego w Polsce rodaka – Sługi Bożego Mikołaja D’Onofrio, którego droga do świętości – mimo oczywistych różnic – w tym, co najważniejsze bardzo przypomina drogę, którą wybrała bł. Chiara Luce Badano.

Ta historia rozpoczyna się wiosną 1943 roku. Mimo przetaczającej się nad Europą wojennej zawieruchy, dla rodziny państwa Giovanniego i Virginii D’Onofrio jest to jedna z najszczęśliwszych wiosen życia. 24 marca 1943 roku, w miejscowości Villamagna położonej we włoskim regionie Abruzzo, przychodzi bowiem na świat ich piękny, zdrowy, oczekiwany z miłością i tęsknotą synek. Trzy dni później, w parafii Matki Bożej Większej należącej do diecezji Chieti, na Chrzcie otrzymuje imię Nicola. Nieprzypadkowym zrządzeniem Opatrzności wydaje się fakt, iż mały Mikołaj urodził się w samą wigilię Zwiastowania Pańskiego. To przecież Najświętsza Maryja Panna miała odegrać znaczącą rolę w życiu, kształtowaniu się charakteru i duchowości tego dziecka. Dla rozwoju jego maryjnej pobożności z pewnością nie bez znaczenia był pielęgnowany przez pobożnych rodziców zwyczaj codziennego odmawiania Różańca. Do tej wieczornej modlitwy chłopiec od najmłodszych lat bardzo chętnie klęka razem z nimi. 8 czerwca 1950 roku Mikołaj przystępuje do swojej Pierwszej Komunii Świętej i tego samego roku rozpoczyna naukę w szkole podstawowej w Villamagna. Już tam nauczyciele i rówieśnicy spostrzegają jego wpojoną mu przez ojca uczciwość i pracowitość, a także życzliwość, łatwość w nawiązywaniu kontaktów i niezwykłą wrażliwość odziedziczoną zapewne po matce. Jest również gorliwym ministrantem, którego nie brakuje przy ołtarzu, nawet podczas mrozów, mimo, iż jego dom dzieli od kościoła kilka kilometrów.

Głos powołania

Do wyboru takiej, a nie innej życiowej drogi Mikołaja skłania jednak nie tylko religijna atmosfera wychowawcza rodzinnego domu, ale także dość wczesne i bliskie kontakty z zakonem kamilianów. Wszak ich założyciel, św. Kamil de Lellis urodził się w Bucchcianico – miejscu oddalonym zaledwie 10 kilometrów od rodzinnej miejscowości Mikołaja D’Onofrio. Tak czy inaczej, chłopiec już we wczesnym dzieciństwie poznaje życie i dzieło tego żyjącego niemal 400 lat wcześniej Świętego oraz duchowość zakonu, którego św. Kamil był założycielem. Już jako ośmiolatek Mikołaj przeczuwa, że Jezus powołuje go do służby w zakonie kamilianów, którego szczególnym charyzmatem jest posługa ludziom chorym. Pomocą w rozeznaniu duchowej drogi służy mu przede wszystkim pochodzący z tej samej miejscowości kamilianin – o. Santino Evangelista.

Święty upór

Rodzice bardzo boleśnie przeżywają decyzję Mikołaja. Nie takiej przyszłości pragną przecież dla swojego syna. Ojciec ma nadzieję, że Mikołaj pomoże mu kiedyś w gospodarstwie, zaś matka chętniej niż w zakonie widziałaby go w seminarium dla księży diecezjalnych w Chieti. Nawet dwie niezamężne ciotki próbują przekupić Mikołaja obietnicą dziedziczenia po nich. Chłopiec długo musi zmagać się z oporem całej rodziny. W końcu któregoś dnia, decyduje się napisać list do rodziców. „Chcecie mnie widzieć szczęśliwym? Pozwólcie mi wypełnić wolę Bożą: będziecie błogosławieni”– pisze w nim. To prawdopodobnie te słowa i rodzicielska miłość sprawiają, że w końcu zaczynają oni rozumieć, iż to nie młodzieńcza fanaberia, lecz głęboka wiara i chęć poświęcenia się Bogu kierują Mikołajem. Ostatecznie postanawiają uszanować decyzję syna i w wieku 12 lat Mikołaj może wstąpić do kamiliańskiego seminarium w Rzymie. Swoje seminaryjne życie rozpoczyna 3 października 1955 roku, w święto św. Teresy z Lisieux. Urodziwy – jak większość rodowitych mieszkańców prowincji Abruzzo – a do tego energiczny, zawsze uśmiechnięty i radosny chłopiec dość szybko zdobywa sympatię kolegów, a przełożonym pozwala rozpoznać również urodę swego charakteru: delikatność, szlachetność, posłuszeństwo okazywane przełożonym i niezwykłą pobożność.

Szczególną miłością młody seminarzysta obdarza Maryję. Zawsze zwraca się do Niej z czułością równą tej, jaką darzy własną matkę. W jednej ze swoich notatek pisze między innymi: „Chcę złożyć ofiarę z mego życia. Mateńko dopomóż mi”. Zapewne nie przeczuwa jeszcze, jak brzemienną w skutki okaże się ta gorąca, młodzieńcza deklaracja.

Dojrzała miłość

Od samego początku inspirację na drodze swego duchowego wzrastania Mikołaj czerpie z życia św. Teresy od Dzieciątka Jezus. To ta młodziutka Święta z Lisieux prowadzi go po swoich śladach i uczy, jak pokochać krzyż, w jaki sposób kochać Kościół i jak ofiarować samego siebie dla zbawienia innych dusz. Mogą o tym świadczyć między innymi takie słowa pochodzące z duchowego dzienniczka Mikołaja, prowadzonego na polecenie przełożonych: „Chcę zawsze pełnić wolę Boga; chcę ją pełnić z miłości; chcę ofiarować Mu moją wolę; chcę poświęcić każdy ulotny moment i często pytam siebie: co Jezus i Maryja chcą, abym teraz uczynił?”. Dowody tak nietypowej dla młodego człowieka dojrzałości Mikołaj D’Onofrio daje raz po raz. Gdy po raz pierwszy ma przywdziać kamiliański habit, prosi Boga, by raczej teraz odebrał mu życie, niż miałby kiedykolwiek ten habit zrzucić. Kiedy jako osiemnastolatek, 7 października 1961 roku, w święto Najświętszej Maryi Panny Różańcowej, składa swoje pierwsze śluby zakonne, doskonale zdaje sobie sprawę z wagi podjętych – na razie na okres trzech lat – zobowiązań: czystości, ubóstwa, posłuszeństwa i służby chorym nawet za cenę narażenia własnego życia. Zwłaszcza ten czwarty, składany przez kamilianów ślub, doskonale współgra z osobistymi pragnieniami młodego, wrażliwego człowieka. Uzyskawszy zgodę przełożonych z uporem właściwym mieszkańcom Abruzji postanawia go praktykować od zaraz.

Z krzyżem na piersiach

Podejmuje się więc opieki nad chorymi współbraćmi zakonnymi w domu, w którym przebywa. Jeden z nich, wówczas ciężko chory na raka gardła, po śmierci Mikołaja opowiada, w jaki sposób młody kleryk go wówczas pocieszał: „Ojcze, zjednocz swoje bóle z tymi, które przeżywał Chrystus w czasie agonii. Dziś jest Wielki Piątek; to błogosławiony dzień dla ciebie, który cierpisz wraz z Jezusem”. A sam Mikołaj tak o tym pisze: „Cieszę się, że miałem okazję pomóc ukochanemu o. Del Greco, w nocy między środą i czwartkiem Wielkiego Tygodnia. Tej nocy od jedenastej do północy, tutaj w domu, odbywała się Adoracja Jezusa. Zamiast być na niej, byłem w pobliżu Jezusa cierpiącego w osobie o. Del Greco”. Również inne słowa odnalezione w notatkach Mikołaja pokazują, jak poważnie traktuje on złożone śluby i jak wielkim zobowiązaniem jest dla niego szkarłatny krzyż na habicie, który jest teraz jego codziennym strojem. „Chcę nauczyć się wszystkiego, co tylko możliwe, by dobrze wykonywać mój apostolat w przyszłości. Wszystko to, co robię, chcę robić dla Pana i wszystko wkładam do Jego rąk” – pisze, ciesząc się pięknem swojego powołania. I dalej: „To właśnie nam są powierzeni chorzy, którzy są źrenicą w oku Boga. Jak cudownie jest wrócić zmęczonym wieczorem po całym dniu służby chorym”. Dla osobistego rozwoju i z chęci pomocy współbraciom często rezygnuje nawet z przysługujących mu wolnych dni i czasu przeznaczonego na odpoczynek.

W pobliżu Jezusa

Szkoda, że wiele stron z tego intymnego dziennika Mikołaja D’Onofrio zaginęło, ale i te, które się zachowały są wspaniałym świadectwem jego duchowej podróży do świętości. Można w nich znaleźć nie tylko odbicie radosnych przeżyć duchowych, zadowolenia płynącego z przyjętych zobowiązań i praktykowanych ćwiczeń ascetycznych, wykaz celów, jakie sobie stawiał i sprawozdania z małych osiągnięć na drodze ich realizacji. Znajdujemy tu także zapis „duchowych nocy”, od których nie byli wolni nawet najwięksi święci. Każda z tych stronic jest jednak przede wszystkim świadectwem żarliwej miłości do Jezusa ukrytego w Chlebie Eucharystycznym i do Jego Niepokalanej Matki. Mikołaj codziennie przystępuje do Komunii Świętej, odwiedza też Jezusa w ciągu dnia czy to w kościele seminaryjnym czy też w kaplicy Uniwersytetu Gregoriańskiego, na którym rozpoczął studia. Zapisuje się nawet do straży honorowej Najświętszego Sakramentu, a w swoim dzienniku napisze: „Możemy wygrać ze złem tylko przez przebywanie w pobliżu Jezusa i Maryi, dzięki sakramentom i modlitwie”. Swej miłości do Niepokalanej daje wyraz, ucząc się od Niej oddawać wszystko Bogu. Już wkrótce Maryja stanie się dla Mikołaja niezastąpioną przewodniczką i nauczycielką w szkole Krzyża. Wielką czcią darzy także św. Kamila, studiując sumiennie jego duchowość i marząc o chwili, kiedy i on będzie mógł w pełni poświęcić się służbie chorym, zaś swoją „małą” patronkę i przyjaciółkę – św. Teresę, stara się naśladować podczas zwykłych, codziennych obowiązków, ale zwłaszcza podczas choroby.

Pogodny i mężny

Pierwsze objawy choroby, która ostatecznie pozbawi go życia, rozpoznano u Mikołaja D’Onofrio pod koniec 1962 roku, a rok później tę smutną diagnozę zgodnie potwierdzają już wszyscy lekarze. To nowotwór płuc. Nie ma na co czekać. Zapada decyzja o natychmiastowej operacji, do której dochodzi 30 lipca 1963 roku. W tym czasie pacjentów nie poddawano jeszcze chemioterapii. Mikołaj cierpliwie znosi liczne i uciążliwe badania oraz naświetlania promieniami RTG. W duchu posłuszeństwa poddaje się też leczeniu kobaltem. Przełożeni i rodzina Mikołaja starają się, najdłużej jak to możliwe, ukryć przed nim okrutną diagnozę i rzeczywisty stan jego zdrowia. On jednak w głębi duszy przeczuwa, że Jezus już wkrótce zawoła go do Siebie. Można to wywnioskować z rozmowy, jaką przeprowadza ze swoim bratem, Tommaso. Mówi o swojej pewności rychłej śmierci i martwi się bólem, jaki sprawi to ich matce. Kiedy w końcu na swoją prośbę poznaje diagnozę, przyjmuje ją ze spokojem, a po żarliwej modlitwie przed Najświętszym Sakramentem w kościele seminaryjnym, odzyskuje swój zwykły, pogodny uśmiech. Odtąd stara się jeszcze więcej czasu spędzać na medytacji. Kiedy ma okazję rozmawiać z przyjaciółmi o zbliżającej się śmierci, nie unika tego tematu ani nie dramatyzuje. Jak długo jest to możliwe, prowadzi normalne życie seminarzysty, by swoją osobą jak najmniej zaprzątać uwagę innych.

Cierpieć dla Miłości

W liście do zrozpaczonych rodziców napisze pełne otuchy słowa, które brzmią jak osobiste wyznanie wiary: „Musimy być zawsze gotowi, by wypełniać wolę Bożą, nawet gdy jest to trudne. Jestem zadowolony, że mogę cierpieć teraz, gdy jestem młody, bo te lata są najpiękniejsze, by złożyć je w darze Bogu. Najdrożsi rodzice, módlcie się, by Pan przywrócił mi siły i bym zostając kapłanem, mógł pracować dla zbawienia dusz. Jeśli jednak dobry Bóg zachce inaczej niż pragniemy, niech będzie błogosławione Jego imię: On wie, co robi i co jest lepsze dla naszego zbawienia”.

Jeszcze miesiąc przed śmiercią zakonni przełożeni Mikołaja nie tracą nadziei na cud. Wysyłają go z pielgrzymką do słynącego z niezwykłych uzdrowień Lourdes i do Lisieux – rodzinnego miasta jego świętej Mistrzyni. W duchu posłuszeństwa przyjmuje ich decyzję, lecz zarówno w Lourdes, jak i w domu, w którym żyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus, nie błaga o uzdrowienie. Prosi tylko Maryję i swą duchową przewodniczkę o łaskę wiernego pełnienia woli Bożej aż do końca. Już po jego śmierci odnaleziono notatkę, w której napisał: „Całe życie Chrystusa było krzyżem i męczeństwem. A ja czego oczekuję? Chcę być paniczem? Nie, nie! Chcę cierpieć dla miłości Jezusa i Maryi!”.

Zakonnik na wieki

Wydaje się, że cud, którego tak pragnęli przełożeni, przyjaciele i najbliżsi Mikołaja nie nastąpi... Ale czy na pewno? Na 7 października planowano dla Mikołaja uroczystość złożenia wieczystych ślubów, których tak gorąco pragnął. Nikt jednak nie miał złudzeń – śmiertelna choroba wygrywała z czasem. Poproszono więc Stolicę Apostolską o przyspieszenie tego terminu. 28 maja 1964 roku, na mocy specjalnej dyspensy papieża Pawła VI, Mikołaj D’Onofrio, odziany w habit z czerwonym krzyżem na piersi, składa swoje śluby wieczyste, które czynią go na Wieczność zakonnikiem-kamilianinem. Siedząc taki blady, szczupły, wycieńczony chorobą, ale pogodny na swoim inwalidzkim wózku wie już, że swój czwarty ślub wypełni w nieco inny sposób, niż się tego spodziewał. Zawierzywszy Niepokalanej znajduje jednak dość siły, by jeszcze raz oddać Bogu całego siebie i wzorem św. Teresy ofiarować swoje cierpienia za tych wszystkich, którzy najbardziej potrzebują umocnienia i nadziei na swojej drodze do zbawienia.

Ofiara z siebie

Choroba z każdym dniem coraz agresywniej atakuje wycieńczony organizm, a niszcząc płuca sprawia, że każdy oddech Mikołaja okupiony jest wielkim wysiłkiem i niewyobrażalnym cierpieniem. Mimo to, młody kamilianin stara się swoim bliskim – rodzicom, współbraciom i wszystkim, którzy go w tym ostatnim okresie życia odwiedzają – dodać otuchy, uspokoić, pocieszyć swoim pięknym, delikatnym uśmiechem. Jego nadzwyczajna ufność i całkowite poddanie się woli Bożej budzą podziw nawet tych, którzy znają go od dziecka. Rankiem 5 czerwca, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w pełni świadomy, w otoczeniu współbraci przyjmuje Sakrament Namaszczenia Chorych, a kilka dni później, 12 czerwca 1964 roku już nikt nie ma wątpliwości, że zbliża się agonia. Wraz z ostatnimi oddechami do Nieba ulatują modlitwy Mikołaja: „Jezu, daj mi siłę! Jezu, jestem gotowy, zabierz mnie! Mateńko moja, Ty wiesz jak Cię kocham! Jezu, kocham Cię! Św. Teresko, św. Kamilu... Maryjo, Matko moja trzymaj mnie za rękę!”.

Świadkowie śmierci Mikołaja D’Onofrio zgodnie potwierdzają, że do ostatniego momentu życia powtarzał on swój akt ofiarowania cierpienia. Wieczorem tego samego dnia powrócił do Domu Ojca a jego odchodzenie przypomniało wszystkim, którzy mu towarzyszyli ofiarę, jaką dla zbawienia każdego człowieka poniósł Chrystus. Może dlatego lekarz, któremu przypadło w udziale stwierdzenie zgonu młodego zakonnika, otwierając drzwi wezwał jego zbolałą matkę słowami: „Pani, oto syn twój”. A potem uklęknął i długo płakał. Jeden ze współbraci, a zarazem bliski przyjaciel Mikołaja wkrótce po jego śmierci powiedział: „Wierzę, że teraz będzie on zawsze blisko każdego, kto będzie chciał go odnaleźć. Kochałem go, kiedy umierał w moich ramionach i machał do mnie ręką, jakby chciał powiedzieć: żegnaj. Kocham go nadal, bo teraz jest moim wielkim małym Świętym wraz z jego i moją małą św. Teresą”.

Rysy świętości

W uroczystościach pogrzebowych, które odbyły się 15 czerwca, oprócz najbliższej rodziny uczestniczyło mnóstwo współbraci, przyjaciół i znajomych. Zakonnicy na prośbę matki zgodzili się, by doczesne szczątki Mikołaja pochowano w jej rodzinnym grobowcu. Dopiero od października 1979 roku oczekują one zmartwychwstania w podziemiach sanktuarium św. Kamila w Bucchianico. Wszyscy, którzy znali Mikołaja lub choćby tylko na krótko się z nim zetknęli, wiedzą, że ostatnie chwile jego życia i śmierć tylko ujawniły lub uwypukliły te wszystkie rysy świętości, które charakteryzowały go w ciągu całego jego krótkiego życia.

Można mieć nadzieję, że tę powszechną świadomość potwierdzi wkrótce beatyfikacja Sługi Bożego Mikołaja D’Onofrio, która będzie zwieńczeniem rozpoczętego 16 czerwca 2000 roku na poziomie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego. Proces ten od 2004 roku toczy się już w Kongregacji ds. Świętych.

Orędownik

Tymczasem grób młodziutkiego kandydata na ołtarze z roku na rok staje się miejscem coraz liczniejszych pielgrzymek i to nie tylko z terenu Włoch. Mikołaj jest bardzo znany nawet w odległym Chile, głównie za sprawą pewnego uzdrowienia, które komisje teologiczne i medyczne poddają skrupulatnym badaniom wraz z kilkoma innymi przypadkami uzdrowień przypisywanych wstawiennictwu włoskiego zakonnika. 20 sierpnia 2002 roku pewien młody policjant podczas ulicznej napaści zasłonił swoim ciałem człowieka, do którego strzelano. Pocisk kalibru 38 utkwił w jego głowie, raniąc głęboko lewą półkulę mózgu. Stan jego zdrowia był krytyczny. Kapłan udzielający sakramentów konającemu policjantowi, powierzył go wstawiennictwu Sługi Bożego Mikołaja D'Onofrio, którego obrazek przylepił nad szpitalnym łóżkiem. Podczas gdy przy łóżku chorego razem z pielęgniarką odmawiał Różaniec, stan policjanta z każdą chwilą ulegał poprawie aż do całkowitego uzdrowienia.

Od czasu tamtego wydarzenia coraz więcej ludzi, i to nie tylko w Chile i we Włoszech, prosi młodziutkiego kamilianina o wstawiennictwo w trudnych sytuacjach życiowych. Modlących się przy jego grobie pielgrzymów wita promienny uśmiech „Nicolino” – jak pieszczotliwie nazywają oni Sługę Bożego – spoglądającego z fotografii umieszczonej nad miejscem jego ziemskiego spoczynku. Zafascynowani jego miłością i zawierzeniem Bogu w cierpieniu, mają nadzieję, że już wkrótce Kościół oficjalnie potwierdzi ich przekonanie o świętości Mikołaja D’Onofrio, młodzieńca, który dla wszystkich – młodych i starych – może być nauczycielem dojrzałej wiary w codziennych chwilach życia i wzorem życia ofiarowanego Bogu oraz tym, którzy cierpią. Czekając z ufnością na ten moment, módlmy się o jego rychłą beatyfikację.

Zobacz całą zawartość numeru ►

Z cyklu:, Miesięcznik, 2014-nr-07, Numer archiwalny, Dajmund Danuta, Nasi Orędownicy, Autorzy tekstów

nd pn wt śr cz pt sb

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

14

15

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

Dzisiaj: 17.04.2024