Osiem błogosławieństw cz.1
Ubogi w duchu nie polega na sobie, nie liczy na własne siły. W swojej bezradności uznaje, że jego jedynym oparciem jest Bóg. W pokorze staje przed Nim i prosi Go o pomoc.
zdjęcie: Canstockphoto.pl
2026-04-01
Osiem błogosławieństw to serce całego nauczania Jezusa. W ludziach przychodzących do Jezusa: „cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości” (Mt 4, 24) możemy i my siebie dzisiaj odnaleźć. Proponowane w kolejnych numerach miesięcznika rozważania o błogosławieństwach mogą nam pomóc w osobistej modlitwie. Przed jej rozpoczęciem zachęcam do sięgnięcia po Pismo Święte i przeczytanie pierwszych wersetów piątego rozdziału Ewangelii św. Mateusza (Mt 5, 1-11).
Czym są błogosławieństwa?
W sercu człowieka tkwi głębokie pragnienie szczęścia. Szukamy go wszędzie. Świat oferuje nam wiele podpowiedzi. Może być nim bogactwo, sukces, sława, kariera, życie pełne zabawy i wolne od problemów, a nawet nieśmiertelność. Tak, nawet nieśmiertelność! Wierzy w nią współczesny nurt myślowy, który próbuje sobie i innym wmówić, że współczesna technologia nie tylko uwolni nas od wszelkich chorób i cierpień, ale ostatecznie sprawi, że człowiek będzie nieśmiertelny. Bogactwo, sukces, sława, kariera i zabawa same w sobie nie są złe. W nauczaniu starotestamentalnym bogactwo jest znakiem Bożego błogosławieństwa. Problemem może stać się jednak podporządkowanie całego życia tym rzeczom i upatrywanie szczęścia jedynie w nich. Człowiek nieraz dążąc do nich w nieuporządkowany sposób, łudzi się, że wypełnią jego wewnętrzną pustkę. One zaś zostawiają w nim jeszcze większe nienasycenie serca. Człowiek coraz bardziej pogrąża się w konsumpcji. Jezus ukazując błogosławieństwa, mówi nam coś innego: istnieje inna droga do szczęścia. Zaskakuje nas. Wywraca do góry nogami logikę świata. Jest nią droga błogosławieństw.
„Błogosławieni…” – po grecku: „makarios” – to słowo, które Jezus w pierwszej części Kazania na Górze powtarza kilkukrotnie. Samo Kazanie jest jedną z mów Jezusa, które św. Mateusz przekazał w Ewangelii. Błogosławieństwa i całe Kazanie na Górze są wypełnieniem starotestamentalnego nauczania objawionego przez Boga Mojżeszowi na Górze Synaj. Uwewnętrzniają Stare Prawo. Przesłanie płynące z Kazania na Górze nie jest skierowane do wąskiego grona odbiorców wybierających jakąś szczególną drogę poświęcenia się Bogu. Jezus kieruje swoje słowa do wszystkich, którzy pragną Go słuchać, którzy szukają prawdziwego szczęścia. Wsłuchajmy się więc w te przejmujące słowa. Wyobraźmy sobie siebie siedzących przy Jezusie. On nie tylko patrzy zewnętrznie na tłum ludzi, On zna ich serca i zna nasze serca.
„Błogosławieni” można przetłumaczyć także jako „szczęśliwi”, „jakże błogosławieni”. To słowo – możemy domyślić się – rodziło wielkie zdziwienie u słuchających Jezusa. Przy Nim siedzieli przecież ludzie nieszczęśliwi i cierpiący na różne choroby duszy i ciała. Czy im i nam Jezus chce wmówić coś, czego nie doświadczamy? Nie.
Ubogi duchem
Bóg zna nasze wnętrze i zna nasze boleści. One mogą nas rozbić wewnętrznie i pogrążyć w wielkim nieszczęściu. Ale może być inaczej. W Ewangelii „ubodzy” (gr. „ptôchoi”) to osoby potrzebujące pomocy innych. Francuskie słowo „le pauvre” – ubogi, pochodzi z łacińskiego „pauper” i oznacza kogoś, kto ma mało, kto posiada niewiele dóbr. Słuchający Jezusowego słowa „ubodzy”, kojarzyli je z hebrajskim lub aramejskim słowem „anawim” etymologicznie określającym ludzi dosłownie „pochylonych”, upokorzonych i poniżonych. Nędza „anawim” sprawiała, że nie byli w stanie poradzić sobie sami, byli całkowicie zależni od innych. Zmuszeni byli „pochylić się”, bo nie posiadali żadnych środków, by się na kimś oprzeć lub obronić.
Zwróćmy uwagę, że św. Łukasz ukazując pierwsze błogosławieństwo, bardziej akcentuje materialne ubóstwo. Natomiast św. Mateusz mówi o ubóstwie duchowym. Przez to wskazuje na podstawowy sens Jezusowego błogosławieństwa: ubogi według nauki Jezusa zaproszony jest do złożenia całej swojej biedy w Bogu, jakakolwiek ona jest. Ukazuje tę wewnętrzną postawę znaczenie polskiego słowa „ubogi”. Etymologicznie składa się ono z dwóch części: „u – Bogi”. Mamy dosłownie ze wszystkim (co posiadamy w życiu) być „u Boga”, w Jego Sercu, w Nim złożyć całą naszą ufność.
Postawa ta jest odwróceniem pychy. Pysznemu wydaje się, że wiele posiadając, do wszystkiego ma prawo, że każdej biedzie sam potrafi zaradzić i że może – dosłownie lub w sensie przenośnym – kupić sobie szczęście. Ubogi w duchu zaś nie polega na sobie, nie liczy na własne siły. W swojej bezradności uznaje, że jego jedynym oparciem jest Bóg. W pokorze staje przed Nim i prosi Go o pomoc. Bóg wewnętrznie przemienia jego udrękę w pokój i radość. Wyraziła to Maryja w hymnie Magnificat: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej (…). On przejawia moc ramienia swego, rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych syci dobrami, a bogaczy odprawia z niczym” (Łk 1, 46-54).
Wielokrotnie doświadczał tego ewangelicznego paradoksu św. Paweł w misji ewangelizacyjnej. Pisał tak o chrześcijanach: „uchodzący za oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko” (2 Kor 6, 8-10). Apostoł Narodów uznawał siebie jako ostatniego, za skazanego na śmierć i na widowisko dla świata, za bezdomnego i wzgardzonego (por. 1 Kor 4, 9-13). A mimo to stale doznawał radości wewnętrznej niosącej go w dalekie strony świata. Krzyż i zmartwychwstanie, cierpienie i radość stale przeplatały się w jego życiu.
„Jezu, Ty się tym zajmij”
Ewangeliczny ubogi w duchu to człowiek pokorny, który nie musi potwierdzać przed sobą i przed innymi swojej wartości, bo wie, że ją posiada dzięki Bogu. Czuje się przez Niego w pełni zaopiekowany. On jest jego największym bogactwem, chociaż sam może niewiele posiadać. A to, co posiada, nie tylko w sensie materialnym, uznaje za dar otrzymany od Boga. Jedynie może otworzyć się na ten dar, pomnażając stale talenty, które i tak otrzymał od Boga. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus odkrywając małą drogę do świętości, stawała przed Bogiem z pustymi rękami. Prosiła Go, by On raczył napełnić je swoją łaską. W obrazie windy widziała „ręce Boga”, które prowadzą ją do Nieba. Odkrywała to, doświadczając różnych ograniczeń, przede wszystkim zaś cierpienia związanego z chorobą.
W skrajnych sytuacjach naszego życia, zwłaszcza związanych z chorobą, z niepomyślną diagnozą lekarską, kiedy „świat chwieje się nam pod nogami”, zawołajmy za ojcem Dolindo: „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Modlitwa ta nie oznacza bezczynności (np. w walce o swoje lub innych zdrowie), ani bezradności. Oznacza pełne zaufanie Bogu.
Św. Franciszek i każdy z nas
Papież Benedykt XVI w książce „Jezus z Nazaretu” zamieścił głęboki komentarz do pierwszego błogosławieństwa. Przywołał w nim postać św. Franciszka z Asyżu. Przeczytajmy z uwagą jego słowa: „Całe Pismo zawiera w sobie potencjał przyszłości i treść każdego słowa odsłania się dopiero, gdy jest ono przeżyte i przecierpiane dogłębnie. Obietnicę w tych słowach [chodzi o pierwsze błogosławieństwo] Franciszek z Asyżu pojął w całym radykalizmie. Tak głęboko, że nawet oddał swe szaty, i biskupowi, jako przedstawicielowi ojcowskich dóbr Boga, przyodziewającego lilie polne piękniej niż był ubrany Salomon (zob. Mt 6, 28n), pozwolił, żeby mu dał nowe. Ta najskrytsza pokora była dla niego przede wszystkim swobodą służenia, swobodą pełnienia posłannictwa, wyrazem zaufania Bogu, który troszczy się nie tylko o kwiaty polne, lecz także o swoje dzieci. Równało się to skorygowaniu Kościoła swoich czasów, który przez poddanie się feudalnemu systemowi stracił swobodę i dynamizm misjonarskiego wędrowania; było pełnym otwarciem się na Chrystusa, do którego upodobnił się przez otrzymane od Niego stygmaty tak, że rzeczywiście nie przeżywał już samego siebie, lecz jako nowo narodzony żył Chrystusem i w Chrystusie. Nie chciał zakładać zakonu, chciał tylko po prostu na nowo zebrać lud Boży dla słuchania Słowa, nie uchylający się od powagi jego wezwania za pomocą uczonych komentarzy”.
Pierwszym ubogim w duchu w Ewangelii był sam Chrystus, który „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi (…), uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 7-8). W swoim zbawczym działaniu wybierał również ubogie środki. Maryja jest również Patronką środków ubogich: ubóstwa materialnego, milczenia, życia ukrytego, pokory, posłuszeństwa, prostoty modlitwy i oddania się Bogu. Całe Jej życie było życiem ukrytym w Bogu. Wpatrujmy się często w duchową postawę ubóstwa duchowego, której źródłem była miłość do Boga. Słusznie św. Jan od Krzyża nauczał: „Odrobina czystej miłości – środek ubogi – jest bardziej wartościowa przed Bogiem i wobec duszy. I więcej przynosi pożytku Kościołowi niż wszystkie inne dzieła razem wzięte” („Pieśń duchowa”, XXIX, 2).
W jakich sytuacjach możemy praktykować postawę ubóstwa duchowego? Praktycznie na każdym kroku. W powołaniu do macierzyństwa i ojcostwa – gdy rodzice przyjmując kolejne dziecko, mogą całkowicie oprzeć się na Bogu. W powołaniu kapłańskim – kiedy odkrywając je młody mężczyzna, może dosłownie wszystko porzucić (zwłaszcza wszystkie ludzkie zabezpieczenia) i pójść za Jezusem. Realizując to powołanie na katechezie, w posłudze w szpitalu, całkowicie ufając Bożej Opatrzności. Chyba najbardziej i co za tym idzie i najtrudniej, na duchowe ubóstwo możemy otworzyć się w chorobie, w starości, kiedy całkowicie pozostajemy zależni od drugiego człowieka i od samego Boga.
Ta postawa także jest obecna w służbie osobie chorej, niepełnosprawnej i starszej wiekiem, np. jako wolontariusz w hospicjum. Możemy być wówczas pewni, że służąc potrzebującym, sami dostępujemy uczestnictwa w królestwie Bożym. Obiecał to Chrystus w pierwszym błogosławieństwie. Nieraz słyszałem z ust wolontariuszy hospicyjnych, że doświadczali wewnętrznej przemiany w czasie spotkania z chorym. Przychodząc do niego, mieli wiele wewnętrznych problemów, z którymi się zmagali. Wychodząc od niego, wewnętrznie przeżywali radość i pokój. Doświadczenie to jest prawdziwym zwiastunem przychodzącego królestwa Bożego.
Ksiądz René Voillaume, założyciel zgromadzeń Małych Braci Jezusa i Małych Sióstr Jezusa, kontynuator myśli św. Karola de Foucaulda, w książce „Echa Nazaretu” pisał: „Ubóstwo Jezusowe jest tajemnicą życia. Ubóstwo ma swe źródło w umiłowaniu Boga nieskończenie Prostego oraz Ubóstwa Wcielonego. Dąży ono do miłowania maluczkich i nieszczęśliwych. Jest pokorne i nie może współistnieć z pychą i twardością serca. Ubóstwo pyszne i nieczułe jest ubóstwem martwym, które oddala od Jezusa. Prawdziwe ubóstwo, o ile wynika z ogołocenia i wolności duszy od wszelkiego przywiązania do stworzeń, jest jedną z dróg prowadzących do modlitwy i milczenia wewnętrznego. Żywe ubóstwo jest pełne słodyczy, czułe dla cierpiących, radosne, wspaniałomyślne, zawsze gotowe pożyczyć i dawać. Nie ma w nim bojaźni, lecz błogi pokój, gdyż polega ono przede wszystkim na dziecięcym oddaniu się w ręce Ojca, Boga Miłości”.
Niech modlitwa autora „O naśladowaniu Chrystusa” stanie się naszą:
Pozwól, najsłodszy i najukochańszy Jezu, bym zawsze szukał w Tobie wytchnienia, przedkładając Ciebie nad wszelkie stworzenie, nad zdrowie, piękno, chwałę, zaszczyty, władzę, godność, wiedzę i umiejętność, bogactwo, sztukę, sławę, pochwały, czar i pociechę (...) Doprawdy, Ty, Panie, mój Boże, jesteś najlepszy, lepszy od wszelkiego dobra, Tyś Najwyższy, Wszechmocny, Ty jesteś źródłem wszelkiej pociechy i słodyczy (...) W Tobie były i będą złączone i doskonałe wszelkie dobra. Zbyt znikome i niewystarczające jest dla mnie wszystko, co dajesz mi, nie dając siebie, moje serce nie może w pełni radować się i być spokojne, jeśli wznosząc się nad wszelki dar i stworzenie, nie spoczywa w Tobie (III, 21, 1-2).
Zobacz całą zawartość numeru ►