Być szafarzem to być nogami Jezusa
Posługa nadzwyczajnego szafarza Komunii świętej sprowadza się do tego, by pomóc choremu i Jezusowi się spotkać.
zdjęcie: Pixabay.com
2026-01-07
Osoby poszukujące odpowiedzi na pytanie o swoje powołanie, najczęściej chyba oczekują jej na modlitwie. W swoim sercu, jakichś symptomach, znakach. Mnie nie wychodziło to zbyt dobrze. Życie nauczyło mnie, że najlepiej po prostu przyjmować to, co się samo narzuca oczywistością różnych życiowych sytuacji. Tak było, gdy w 1991 roku rozpoczynałem pracę katechety, tak było gdy czternaście lat później podjąłem decyzję o przejściu do pracy w portalu Wiara.pl. To trochę jak z opisanym w piątym rozdziale Księgi Samuela wyborem Dawida na króla nad całym Izraelem: po latach zamieszania z wyborem kolejnych władców odkryli, że najlepiej i najprościej będzie wybrać tego, który od dawna, jeszcze w czasach króla Saula, prowadził ich do walki; ten wybór narzucał się swoją oczywistością, a z czasem okazał się wyborem, który na lata zapewnił krajowi pomyślność. Podobnie było z tym moim szafarstwem. Nie myślałem o zostaniu nadzwyczajnym szafarzem Komunii. W mojej parafii, św. Pawła w Rudzie Śląskiej Nowym Bytomiu, był jeden, ale nawet nie miałem rozeznania jak to wygląda w stosunku do potrzeb. Tyle że od paru lat regularnie czytałem wtedy podczas niedzielnych mszy Słowo Boże. Proboszcz, ks. Jan Janiczek, chcąc by tych szafarzy było w parafii więcej, zaproponował to także mnie. Żona była jak najbardziej za. Nie pamiętam jak długo się zastanawiałem. Widać bardzo krótko. Trzeba? Dobrze. Jestem. I tak to już trwa osiemnaście lat.
Spotkania na drodze
Choć różnie to w innych parafiach bywało, my – to znaczy wtedy czterej nowobytomscy szafarze – zawsze chodziliśmy z Panem Jezusem do chorych w albach. Tak pozostało do dziś. Przysparza to trochę pracy naszym żonom, zwłaszcza gdy na drogach śniegowe błotko; te zabrudzenia jakoś wyjątkowo trudno doprać; ale staliśmy się takim chodzącym przypomnieniem, że Kościół ciągle jest, że Chrystus czeka, że można pójść, oddać Mu cześć, pomodlić się. Dziś widok nas, kroczących w niedzielne poranki niczym jacyś aniołowie po szarych ulicach i zakamarkach naszej parafii, już chyba tak nie dziwi.
Tych kilkanaście lat temu zdarzało się jednak całkiem często, że budziliśmy sensację: ktoś komentował, zaczepiał (zazwyczaj życzliwie), chciał rozmawiać. Idąc z Jezusem, nie bardzo mogłem, ale w drodze powrotnej do kościoła zawsze można było parę słów zamienić. Najbardziej zaskakujące? Różnie bywało z tym przyklękaniem czy choćby zatrzymaniem się na widok niesionego przez nas Jezusa. Niewierzący? Chyba nie. Raczej wstydzący się. Można było być za to pewnym, że ci, którzy, sądząc po wyglądzie, nie należeli do naszych parafialnych elit, zareagują na pewno. Przystając, pozdrawiając, a nawet przyklękając na mokrym, zabłoconym chodniku. Do dziś mam w oczach trzech szybko maszerujących mężczyzn, idących w jakichś brudnych ubraniach i niosących na ramionach worki z węglem. Mijając nas (Pana Jezusa i mnie) jeden po drugim wolną ręką zdejmowali czapki i głośno pozdrawiali „Szczęść Boże”... To nie z powodu mnie oczywiście, ale z powodu Tego, którego niosłem.
Regułą – brak sztywnych reguł
W ciągu osiemnastu lat szafarskiej posługi byłem już u wielu chorych. To najczęściej ci, którzy regularnie chodzili do kościoła. Nie tylko w niedzielę, ale codziennie. Im najbardziej brakuje karmienia się Ciałem Chrystusa. Wiele razy słyszałem, jak bardzo się cieszą, że choć raz w tygodniu mogą Go przyjąć. Czasem widywałem i łzy. Łzy tęsknoty za tym, by tak jak dawniej usiąść w kościelnej ławce...
Nie jest to regułą, ale dość często owi chorzy to ludzie, którzy zostali więźniami nie tyle nawet własnych mieszkań, co pięter, na których mieszkali. Gdyby to był parter albo choćby pierwsze piętro, pewnie daliby jeszcze radę wyjść przed dom, pospacerować, a wtedy mieliby i siły, by dojść do kościoła. Albo ktoś z rodziny czy życzliwy sąsiad – jak to regularnie widuję przychodząc na niedzielną mszę – zabrałby samochodem. Ale te wysokie piętra...
Z tych, do których chodziliśmy z początku, nie ma już wśród nas nikogo. Niby oczywiste, ale do jednej pani chodziliśmy z piętnaście lat. Bardzo pobożna kobieta, każdego z nas tytułująca „szafarzu” – inni tak się raczej do nas nie zwracają. Mieszkała sama, „pogotowiem” był sąsiad, rodzina mieszkała dalej, ale ją odwiedzała. Było wiadomo, że gdy się zadzwoni na domofon trzeba będzie trochę poczekać. Miewała zawroty głowy, zanim więc dotarła do drzwi... Zawsze pobożnie i głośno się modliła, wręcz narzucając rytm modlitwy. Swego czasu z jej właśnie powodu przesunęliśmy na wcześniejszą – teraz wychodzimy przed ósmą – godzinę naszych odwiedzin. Przyznawała się, raz jednemu, raz drugiemu, że wstaje o czwartej rano i się modli, a czekając na przyjęcie Pana Jezusa nie je. No bo się nie godzi. A między innymi chorowała na cukrzycę. Już wiedzieliśmy, co te zawroty głowy może powodować. Tłumaczyliśmy, wyjaśnialiśmy... Nie dało się jej przekonać. No to zaczęliśmy chodzić wcześniej. I z reguły do niej zaraz na początku.
Przyjęliśmy w naszej parafii zasadę, że każdy z nas, szafarzy, ma „własnych” chorych. Staramy się tak wszystko ułożyć, gdy trzeba oczywiście modyfikując, by jak najmniej czasu marnować na przechodzenie z domu do domu. Jest nas w tej chwili w parafii pięciu. Chorych odwiedzamy w każdą niedzielę i w Boże Narodzenie. Zastępując się w sytuacji, gdy ktoś wyjeżdża czy zachoruje na coś, czym mógłby zarażać. Tak chyba jest najlepiej. „Stały szafarz” jest traktowany trochę jak członek rodziny; nie ma skrępowania, że coś będzie nie tak. Wie, gdzie stanąć, u kogo trzeba koniecznie zgasić świeczki i temu podobne. Gdy zdarza się jakieś zastępstwo, jest z kolei jakaś odmiana.
Z Bogiem i z człowiekiem
Najlepiej więc znam/znałem tych, do których chodzę/chodziłem regularnie. Nigdy nie jest tak, że przychodzę, wypełniam obrzęd i wychodzę. Zawsze zamieniam z chorymi choć parę słów. Albo – tak też bywało – z ich opiekunami. Na pewno warto by więcej, ale inni czekają. Tematów nie brakuje. W moim przypadku swoistym „atutem” jest to, że mieszkam w nowobytomskiej parafii od dzieciństwa; tu zostałem ochrzczony. Bywa, że chorzy to rodzice moich kolegów czy znajomych z dzieciństwa. Bywa, że znają albo przynajmniej kojarzą moje siostry czy zmarłych już rodziców. Bywają tacy, którzy kojarzą mnie jako dziecko czy młodzieńca. Wracają wspomnienia sprzed lat, nieraz i uśmiech na twarzy. A zdarzyło się, że rozmawiając z jedną z chorych, dowiedziałem się o śmierci dawnych kolegów z podwórka...
Chorych, których odwiedzamy co tydzień z Komunią jest teraz tylko czternastu. „Tylko”, bo do niedawna było więcej; paru z nich ostatnio zmarło. Regularnie, co niedzielę, odwiedzam pięcioro z nich. W czterech mieszkaniach, bo dwoje z nich to małżeństwo. Za to chodzenia niewiele, bo wszyscy mieszkają albo blisko kościoła albo naprzeciw bloku, w którym mieszkam. Staram się zawsze zmieścić w godzinie. Przede wszystkim po to, żeby nikt za długo nie czekał. Ale i po to też, żeby zdążyć przed pójściem na mszę zjeść jeszcze śniadanie. Mój żołądek budzi się dużo po mnie, i rano nic nie potrafię przełknąć. A pójść na mszę przed pójściem do chorych o tyle nie ma sensu, że na tej najwcześniejszej ludzi u nas niewielu, a na kolejnych warto już księżom pomóc w komunikowaniu.
Nie tylko nabożeństwo
Sam obrzęd przyjęcia Komunii przez chorego jest dość prosty. Pozdrawiając Jezusa ukrytego pod postacią Chleba, zawsze śpiewamy. To znaczny czasem tylko ja, ale jest śpiew. Żeby było uroczyściej. Potem znak krzyża, akt pokuty, czytanie z Pisma Świętego, wspólna modlitwa, także modlitwa „Ojcze nasz” i dialog „Oto Baranek Boży”. A po przyjęciu przez chorego Jezusa, wspólne dziękczynienie. Też czasem śpiewane. No i na koniec prośba o Boże błogosławieństwo, bo jako szafarze nadzwyczajni nie błogosławimy.
Pierwsza od pewnego czasu na tej mojej niedzielnej drodze jest pani Kazimiera. Znałem ją wcześniej, bo byłem parę razy z Komunią u jej zmarłego już męża. Odwiedzała też swoją chorą sąsiadkę, panią Helenę, do której chodzę z Panem Jezusem od... Ona twierdzi, że od dziesięciu lat, ale ja już straciłem rachubę. Pani Kazimiera przestała wychodzić z domu dwa lata temu. Od tego czasu nie ona do Pana Jezusa, ale On przychodzi do niej. Do kościoła stamtąd kilkaset metrów, ale te zawroty głowy... Ma już 92 lata. Niedawno się połamała. Teraz, pod troskliwą opieką syna i synowej, którzy właściwie już u niej zamieszkali, stawia pierwsze kroki. Zdumiewające, ale ciągle czyta. Gdybym zapomniał zostawić „Gościa Niedzielnego”, którego nowobytomskim zwyczajem na koszt parafii roznosimy chorym, na pewno się upomni. Gazeta ciekawsza niż telewizja... Teraz mówi mniej. Ale znam niektóre jej krzyże. Choroby, z których, jak uważa, została wyleczona dzięki opatrznościowym zbiegom okoliczności, które skierowały ją do właściwych specjalistów. I wiem, że ciągle przeżywa śmierć dwóch wnuczek w wypadku. Ich zdjęcie ciągle stoi za szybą w meblościance, choć minęło już tyle lat...
Potem idę do wspomnianej już pani Heleny. Też od ponad roku już leżącej. Wcześniej po prostu nie potrafiła zejść po schodach, bo mieszka na trzecim piętrze. Ale kilkanaście miesięcy temu się połamała. Jak doczołgała się do telefonu i zdołała zadzwonić do synowej i do mnie, nie wiem. Leczenie nie poszło dobrze... Ma 94 lata. Pochowała czterech synów. Ostatniego już w czasie, gdy do niej chodziłem. Nie tylko z Panem Jezusem. Czasami odwiedzam ją też w tygodniu, robię jakieś drobniejsze zakupy, bo nie zawsze chce angażować mieszkającą w sąsiednim mieście rodzinę. Zresztą, ja podobno kupuję najlepsze. Kiedyś najlepsze bułki i najlepszą pasztetową, teraz, gdy je już malutko, maliny czy śliwki. Nie wiem jakim cudem, bo kompletnie się na tym nie znam, ale twierdzi że tak jest. Pracowała kiedyś na probostwie, pomagając wtedy w działającym u nas kole charytatywnym. Między innymi w opiece nad chorymi. Teraz tym bardziej trzeba jej pomagać. Dziś jest ewangelizatorką. Chyba można tak powiedzieć. Swego czasu dzięki niej i ja i ksiądz odwiedziliśmy z Komunią jedną z jej sąsiadek. Mieszkała sama, ale rodzina była temu niechętna. Dzięki inicjatywie pani Heleny udało się. Parę razy. Niedawno zmarła inna z jej sąsiadek. Dobra kobieta, gdy zepsuł się domofon czuwała, żeby mi, idącemu wyżej, otworzyć drzwi. Też się przewróciła i połamała, ale wkrótce po operacji zmarła. Pani Helena od dłuższego czasu – dzwoniły do siebie – namawiała ją, by poszła do spowiedzi. Gdy ostatni raz rozmawiały ze sobą, sąsiadka już ze szpitala, słabym, ale radosnym głosem, parę razy powtórzyła jej: „Heluś, poszłam do spowiedzi”. Pani Helena słucha w radiu i ogląda w telewizji kilka mszy i nabożeństw dziennie. I dużo się modli. Za wszystkich, którzy ją o to proszą i za tych, którzy nie proszą, ale na pewno tej modlitwy potrzebują. Za mnie, za moją żonę i za całą moją rodzinę też. Ostatnio jest „orędowniczką chorych”. Wielu jej krewnych czy znajomych choruje. Ktoś idzie na operację, ktoś na nią czeka. A ona się modli. Czasami myślę, że Bóg daje jej w niemocy tyle sił właśnie po to, by ogarniała ludzi swoją modlitwą.
Potem jest pani Eugenia. Wcześniej jej nie znałem, ale ona z widzenia zna mnie od lat. Opowiada, że widuje, jak z żoną wyruszamy rano do pracy, bo patrzy z okna na placyk, gdzie parkujemy samochód. Jesteśmy sąsiadami. Czasem, gdy odwiedza ją córka z Niemiec – ta, z którą mieszkała – udaje się jej, ku wielkiej radości, dotrzeć do kościoła. Jednak nie zawsze nawet na jazdę samochodem ma siły. Trzeba najpierw zejść z pierwszego piętra...
No i potem są pani Krystyna i pan Franciszek. Najmłodsi z „moich” chorych. U nich opowieści jaśniejsze. Ze zdrowiem nie tak tragicznie, no i znam ich córkę, wielką fankę gór. U nich obchód kończę, więc zdarza się czasem, że się zagadamy. Z panią Krystyną, bo pan Franciszek nie mówi. To znaczy prawie wcale, czasem jakieś pojedyncze słowa. Ale na szczęście rozumie. Uśmiecha się i ożywia, gdy pozdrawiam go od naszego wspólnego znajomego, emerytowanego już szafarza albo gdy wspominam innych, których znał z pracy.
Zaszczyt? Przede wszystkim służba
Wielu myśli, że posługa szafarza to zaszczyt. Są i tacy, którzy uważają, że zaszczyt, na który jako świeccy nie zasługujemy. I to prawda. To zaszczyt, na który nie zasługujemy. Po osiemnastu latach pełnienia tej posługi mogę już jednak powiedzieć, że to służba nie tylko z nazwy. Dla chorych, z Panem Jezusem, ale służba. Dodatkowe zobowiązanie, które co tydzień trzeba wypełnić. Najtrudniejsze jest w nim to ciągłe spotykanie się z cierpieniem: chorych, bo choroba postępuje, bo boli, nie można się ruszyć. Ale przecież też i ich bliskich. Nie można ich obaw zbyć powiedzeniem, jak to często ludzie mówią, że „będzie lepiej”, prawda? Bo w pewnym wieku już na pewno nie będzie. Wiem już też, zobaczyłem to zanim jeszcze zostałem szafarzem, że dostrzeganie wartości cierpienia łatwe jest tylko w teorii, a trudniejsze wtedy, gdy człowiek sam go doświadcza. I że lęk przed śmiercią niekoniecznie ustaje, jeśli się zacznie mówić o życiu wiecznym. Gdy chory sam mówi „wola Boga, trzeba przyjąć”, przyjmuję to z radością i podziwem. Gdy nie, myślę, że zamiast się mądrzyć, lepiej z pokorą słuchać. Kochać ich naprawdę jak siebie samego.
Niektórych chorych, do których chodziłem, po jakimś czasie zabierała do siebie rodzina. Inni mieli przenosić się do domu opieki. Nie zawsze udało się pożegnać. Czasem ktoś miał wrócić, a nie wracał, czasem ja gdzieś na dłużej wyjechałem. Niby nic, ale jakoś tak głupio. Jakby to całe moje chodzenie do nich, modlenie się z nimi, dawanie im Jezusa i rozmawianie z nimi było tylko jakąś grą na potrzeby „służbowe”. A przecież naprawdę jesteśmy braćmi i siostrami.
Jedno takie pożegnanie pamiętam dość dobrze. Panią – „znak szczególny” – świetnie znającą się na rachunkach – opiekowała się rodzina. Dalsza, ale mieli takie miesięczne dyżury; ktoś się do niej zawsze sprowadzał. Też, jak wielu starszych ludzi, pewnego dnia się połamała. Załatwili jej dom opieki. Gdzieś daleko. Gdy już przyjęła Komunię i pomodliliśmy się, powiedziała, że za tydzień już jej nie będzie. Nie będzie, nie znaczyło, że umiera. Co powiedzieć? Do widzenia? Z Panem Bogiem i już?
Najtrudniej jednak, gdy człowiek niedawno był jeszcze aktywny, a teraz zdaje się już zbliżać śmierć. Lęk przed chemią, wstyd, że się jest chorym, że się przegrywa... Zwłaszcza gdy to ktoś, do kogo pierwszy raz przyszło się niedawno, nie bardzo wiadomo, co powiedzieć. Rodzina? Bywa pogodzona, ale gdy choroba postępuje szybko, bywa też, że nie. Co jeszcze zrobić, do jakiego lekarza pójść... Od dawna żaden z tych chorych, do których chodzę regularnie, nie umarł. Ale jako szafarz od osiemnastu lat to także widziałem... Tak, bycie nadzwyczajnym szafarzem Komunii to wielki, niezasłużony zaszczyt. Ale jeśli nie ma się skóry hipopotama, to też niełatwa służba. Mocno utrudniająca beztroskie patrzenie na życie. Nawet wtedy, gdy w gronie rodziny czy przyjaciół nic niepokojącego się nie dzieje.
Piękno bez makijażu
Nigdy jednak nie żałowałem decyzji o zostaniu nadzwyczajnym szafarzem Komunii. Jest w tej służbie jakieś autentyczne piękno. Najwyraźniej zobaczyłem to wiele lat temu, gdy jeszcze byłem w seminarium i jako akolita już chodziłem do chorych. To było na oazie z dorosłymi, w Toruniu. Ostatni dzień, po mszy kończącej rekolekcje agapa, wszyscy myślą o zabawie. Jeden z uczestników, którego żona się rozchorowała prosi, żeby ktoś poszedł do jego żony z Komunią. Zaraz się zgłosiłem na ochotnika, bo jakoś niespecjalnie mi na takich agapach zależało. Był wieczór, po burzy. Szliśmy jakąś niewyasfaltowaną drogą w promieniach zachodzącego słońca, klucząc między mnóstwem kałuż. Pan, prowadząc mnie do domu, w którym została żona, nieśmiało próbował mnie przepraszać, że zepsuł mi zabawę, bo na pewno chciałem być na tej agapie. Zepsuł? Nie było wtedy na ziemi szczęśliwszego ode mnie człowieka. Chyba w końcu uwierzył. Po dłuższym milczeniu powiedział w końcu, że z tym Panem Jezusem na sercu kluczący wśród kałuż, przypominam mu świętego Franciszka...
Po latach chodzenie z Komunią do chorych nie ma takiego blasku. Może dlatego, że nie ma u nas nigdzie tak dziurawej drogi z tyloma kałużami. Ale świadomość sensu, tego co robię, pozostała. Być choć tych parę minut z chorym człowiekiem, pomodlić się z nim, dać mu największy skarb – Jezusa – a potem zamienić z nim parę słów. Czasem jestem przecież jedynym człowiekiem, który tego dnia go odwiedzi. Potem znów zostaną sami. Ze swoimi myślami, cierpieniem, lękiem. I z Bogiem, choć tego akurat niekoniecznie zawsze będą pewni...
Że ta moja służba nie dla mas, ale dla paru ludzi? No właśnie nie masy, ale konkretny człowiek jest najważniejszy. Jak śpiewałem kiedyś w piosence, nie czekam, aż czyn wielki spełnić będę mógł, by rzesze szły za moim blaskiem, ale próbuję dawać miłość tym, którzy jakoś faktycznie są obok mnie. A ci chorzy, Bożym zrządzeniem, są właśnie też obok mnie. Są mi dani, bym ich kochał. Przynosząc im Jezusa, modląc się z nimi i za nich oraz zamieniając z nimi parę życzliwych słów.
Warto księdza lub szafarza pofatygować
Ta służba uczy pokory i nie pozwala żyć złudzeniami. Pokazuje tę stronę życia, która wcześniej czy później dotyka wielu ludzi, ale której istnienia wielu, zwłaszcza młodych, nie dopuszcza do swojej świadomości. Niestety, taka prawda, takie już to ludzkie życie jest. Być może nie wszyscy będziemy chorowali, ale ostatecznie wszyscy, bez wyjątku, umrzemy. W tym kontekście bardzo smuci mnie, gdy czytam wiszące w gablotach czy na ogłoszeniowym słupie informacje o czyjejś śmierci, o pogrzebie, czy podziękowania za udział w nim. Smuci, bo często tych ludzi nie znam; nie było ich nazwisk na naszej szafarskiej liście chorych. Czy byli wśród tych, których co miesiąc odwiedzają kapłani? Ta kapłańska lista tak bardzo od tej naszej jednak się nie różni.
Wiem, że czasem to rodzina nie staje na wysokości zadania i piętrzy różne trudności, rzekomo uniemożliwiające przyjęcie szafarza czy kapłana. Ale wiem też, że czasem to kwestia samego chorego. Nawet ci, którzy regularnie chodzili do kościoła, jakby wstydzili się tego, że są chorzy, czy że nie mają już sił pójść do kościoła. Nie chcą księży, a już zwłaszcza nadzwyczajnych szafarzy, fatygować. Krępują się, bo przyjmować kogoś w piżamie, w łóżku, bo mieszkanie nie tak posprzątane, jak by wypadało na przyjęcie gościa... Rozumiem to. Słyszałem od chorych, do których chodziłem, wiele razy: oni też z początku mieli opory, ale ktoś ich namówił. Zazwyczaj ksiądz przychodzący na comiesięczny obchód. Bo nadzwyczajni szafarze Komunii, podobnie jak księża, to ludzie, którzy wiedzą, jak jest. Spotykają się z chorobą i cierpieniem częściej niż przeciętny człowiek. Trzeba przestać szukać wymówek w tych drobiazgach, odkładać decyzję na bliżej nieokreśloną przyszłość, gdy będzie gorzej. Warto nie tracić na dłuższy niż parę tygodni czas możliwości przyjmowania Ciała Chrystusa; karmienia się Pokarmem na życie wieczne. Żeby od braku tego Pokarmu nie słabnąć. Trzeba się przełamać, przyjąć raz... A potem te kolejne spotkania z Chrystusem przyniesionym przez nadzwyczajnego szafarza będą już czymś oczywistym. Bo to wielki skarb. Skarb przyjaźni, skarb pozwalającej inaczej patrzeć na uciążliwości choroby nadziei na życie wieczne. Nie czysta podłoga i lśniący bielą obrus na stole są w tym spotkaniu najważniejsze, ale nasze otwarte serca.
Zobacz całą zawartość numeru ►