Pięknie jest dawać
Największą miłością Pier Giorgio obdarzał jednak chorych, zwłaszcza tych najuboższych. Godzinami potrafił siedzieć przy ich łóżkach, nie zważając na własne zdrowie i bezpieczeństwo.
zdjęcie: www.freechristimages.org
2025-12-03
Przez wiele lat wisiał na ścianie w jednej z salek katechetycznych w mojej rodzinnej parafii. Portret w kolorze sepii, a na nim niezwykle przystojny mężczyzna z dużymi oczami i nienagannie ostrzyżonymi włosami. Niby charakterystyczna włoska uroda, a jednak w rysach jego twarzy było coś nieoczywistego. Jakby delikatna surowość złagodzona głębokim spojrzeniem. Doskonale pamiętam podpis pod portretem: „Pier Giorgio Frassati (1901-1925)”. Całe życie zamknięte w klamrze zaledwie dwóch dat. Czy tylko tyle – narodziny i śmierć, początek i koniec – zostawiamy po sobie? Nie, przynajmniej nie tym razem.
W rodzinnym domu
Pier Giorgio Frassati przyszedł na świat w Wielką Sobotę – 6 kwietnia 1901 roku w piemonckim Pollone, w rodzinie znanego polityka Alfreda Frassatiego, założyciela liberalnego włoskiego dziennika „La Stampa” oraz znanej malarki Adelajdy, z domu Ametis. Wraz z młodszą siostrą Łucją wzrastali w zamożnej rodzinie, ale ich dzieciństwo nie należało do szczęśliwych. Ciągłe konflikty między rodzicami nie sprzyjały poczuciu bezpieczeństwa tak potrzebnego w rozwoju dzieci. Zamiast tego otrzymywali zbiór reguł, którym musieli się podporządkować. Matka lekceważyła swoje dzieci i niejeden raz dawała odczuć synowi, że nie spełnia jej oczekiwań. Zarówno ona, jak i zajęty polityką ojciec, nigdy nie zadali sobie dość trudu, aby lepiej go poznać. Dopiero po śmierci syna zrozumieli, jak wiele stracili.
Pier Giorgio, choć głęboko przywiązany do rodziców, zdawał sobie sprawę, że nie może liczyć na ich zrozumienie także w sprawach duchowych. Pewnie dlatego szybko porzucił kiełkującą w sercu myśl o kapłaństwie, a jego życie religijne musiało rozwijać się głównie poza środowiskiem rodzinnym. Był przywiązany do babci – jedynej religijnej osoby w rodzinie, a z siostrą łączyła go szczera przyjaźń. Jednak to wiara i osobista więź z Jezusem stały się prawdziwym fundamentem życia młodego Frassatiego.
Pier Giorgio od dziecka głęboko przeżywał wszystko, co działo się w jego kraju i na świecie. Gdy wybuchła I wojna światowa miał zaledwie 13 lat.
Kiedy w 1913 roku, po niezaliczonym egzaminie poprawkowym, przeniesiono go z gimnazjum do prywatnej szkoły ojców jezuitów w Turynie, w jego życiu nastąpił punkt zwrotny. To wówczas zapisał się do Apostolatu Modlitwy i Krucjaty Eucharystycznej, a nieco później do Kongregacji Mariańskiej, Bractwa Różańcowego, III Zakonu św. Dominika oraz Konferencji św. Wincentego – dobroczynnej instytucji opiekującej się ludźmi chorymi i ubogimi. Wrażliwość i wszechstronne zainteresowania skłoniły go także do czynnego udziału w życiu politycznym i społecznym. Choć wydaje się to niemożliwe, we wszystko angażował się bez reszty. Jak to się działo, że znajdował jeszcze czas na wyprawy w ukochane Alpy i działalność w Stowarzyszeniu Ciemnych Typów, którego był współzałożycielem – tego już się pewnie nie dowiemy. Celem tego stowarzyszenia o przedziwnej i niewzbudzającej zaufania nazwie był apostolat wiary i modlitwy, a przede wszystkim czynienie dobra. Myślę, że głównie tu należy szukać źródeł jego działalności społeczno-politycznej i ofiarnej miłości do ludzi wyrzuconych poza margines społeczeństwa z powodu choroby lub ubóstwa.
Nie własnymi siłami
Ten czarujący chłopiec kochający życie, sport i góry, ale jeszcze bardziej Boga i bliźniego – starał się dawać Bogu odpowiedź życiem, które upływało pod znakiem miłości do Niego. Tylko bezgranicznym zaufaniem do Bożych planów można też tłumaczyć dojrzałość, z jaką Pier Giorgio rozumiał sens radości i cierpienia. Oparcia szukał w Eucharystii i modlitwie, nie wstydząc się gorliwych praktyk religijnych, a na złośliwe zarzuty niektórych kolegów, że jest świętoszkiem odpowiadał spokojnie: „Nie, ja pozostałem chrześcijaninem”. Nieraz mawiał też: „Własnymi siłami niczego nie dokonasz, ale jeśli Bóg będzie ośrodkiem każdego twego działania, to wytrwasz i dojdziesz do celu”. Nikt, kto widział jego życie, nie wątpił w szczerość tych słów.
Aby ubrać w słowa to, kim był Pier Giorgio Frassati, trzeba by go nazwać wolontariuszem, dobroczyńcą, sługą potrzebujących. Jego miłość rosła wraz z nim. Jako dziecko próbował zwalczać ludzką biedę metodami dostępnymi dziecku. Zbierał na rzecz misji bilety tramwajowe i znaczki, a skromną zawartością skarbonki wspomagał żołnierzy. Studiując na politechnice, dał się poznać jako ten, który nigdy nie odmawia pomocy. Wkrótce też pomoc potrzebującym stała się jego życiową pasją. Przyjaciele twierdzili, że Pier Giorgio „przekracza” przykazanie miłości, gdyż kocha bliźniego bardziej niż siebie. Nie było w tym przesady. Często wracał do domu bez płaszcza, marynarki albo osobistych drobiazgów, bo po drodze zdarzało mu się je rozdać. Czasem nawet zabrakło mu pieniędzy na powrotny bilet do domu. Nieraz też widywano go ciągnącego drogami Turynu wózki ze skromnym dobytkiem biedaków poszukujących mieszkania. Wchodził do domów w najbardziej niebezpiecznych dzielnicach, zamieszkiwanych głównie przez ludzi ubogich oraz mających kłopoty z prawem. Nie wstydził się też kwestować dla ubogich, wyzbywając się dla nich własnych oszczędności. Przy tym wszystkim wcale nie odznaczał się naiwnością. Świadczą o tym jego słowa: „Jest pięknie dawać, ale jeszcze lepsze jest doprowadzenie biedaków do sytuacji, że będą pracować”.
W bliskości z chorymi
Największą miłością Pier Giorgio obdarzał jednak chorych, zwłaszcza tych najuboższych. Godzinami potrafił siedzieć przy ich łóżkach, nie zważając na własne zdrowie i bezpieczeństwo. Próbował też nakłonić do tego swoich kolegów. Jeden z jego przyjaciół opowiadał później: „Pewnego dnia usiłował przekonać mnie do uczestniczenia w dziele miłosierdzia św. Wincentego. Na przedstawiane przeze mnie trudności, że nie mam dość odwagi, by wejść do brudnych i cuchnących domów biedaków, gdzie mógłbym zarazić się jakimiś chorobami, z całą prostotą odpowiedział, iż nawiedzanie biednych jest nawiedzaniem samego Jezusa Chrystusa”.
Pier Giorgio Frassati napisał kiedyś: „Kto pomaga choremu, wypełnia dzieło wyjątkowe, (...) jest szczególnie błogosławiony, bo trudno jest obarczać się bólem innych, gdy mamy sami tysiące własnych trosk i zmartwień”.
Cierpiący w ukryciu
Dla niego jednak cierpienie innych zawsze było ważniejsze niż własne. 30 czerwca 1925 roku, po kolejnych odwiedzinach u swych podopiecznych, poczuł się bardzo źle. Zauważył też, że z jego ciałem dzieje się coś dziwnego. Nie chciał jednak zwracać na siebie uwagi bliskich, zaabsorbowanych umierającą w tym czasie babcią. Nie naprzykrzając się nikomu, samotnie i spokojnie znosił objawy szybko postępującej choroby. Gdy w końcu rodzice zauważyli, co się dzieje, było już za późno. Ich młody, wysportowany, dotąd pełen życia i energii syn, umierał. Okazało się, że Piotr Jerzy od któregoś ze swoich podopiecznych zaraził się chorobą Heinego-Medina, a sprowadzona zbyt późno surowica nie mogła mu już pomóc. Ale nawet wtedy, podczas własnej agonii, myślał tylko o innych. Ostatniego dnia, już częściowo sparaliżowany, prosił o dostarczenie zastrzyków jednemu ze swych chorych podopiecznych.
Świadek
Zmarł 4 lipca 1925 roku. Na pogrzebie jego rodzice pierwszy raz spotkali tych, którym poświęcił życie. Dopiero wówczas, widząc jak bardzo był kochany przez chorych i ubogich, zrozumieli, kim był ich syn. Teraz dopiero naprawdę go poznali. Zresztą nie tylko rodzice przekonali się, kim był Pier Giorgio, dopiero po jego śmierci. Gdy żył, wielu osobom jego dobroć i służba potrzebującym wydawały się czymś zwyczajnym. Gdy odszedł, stało się jasne, że jego miłość i poświęcenie dla innych były niespotykane i nadzwyczajne.
Wśród wielu wspomnień o Pier Gorgio Frassatim, które pomogły i mnie zrozumieć, kim był ten młody, przystojny mężczyzna, chyba najbardziej zaskakujące napisał w swoim pamiętniku człowiek, którego trudno podejrzewać o prokatolickie sympatie – socjalista Filippo Turati. Pisał tak: „Pier Giorgio Frassati, który umarł w wieku 24 lat, był prawdziwie człowiekiem. To, co czyta się o nim, jest tak nowe i niezwykłe, że napełnia szacunkiem i zdziwieniem nawet tych, którzy nie podzielali jego wiary. Młody i bogaty, wybrał dla siebie pracę i dobroć. Wierzący w Boga, wyznawał swoją wiarę z otwartością, rozumiejąc ją jako służbę wobec świata, bez własnego wygodnictwa. Ale jak oddzielić owo wyznanie od udawania? Życie jest probierzem słów i czynów. Czyny mają większą wartość od słów. Ten młody katolik był przede wszystkim człowiekiem wierzącym. Ten chrześcijanin, który wierzył i działał tak jak wierzył, mówił – jak odczuwał, czynił – jak mówił, bezkompromisowy odnośnie do swojej religii – jest najlepszym przykładem mogącym wszystkich czegoś nauczyć”.
Dziś osoba i dzieło św. Pier Giorgia Frassatiego są lepiej rozumiane niż niegdyś. Świadczą o tym liczne stowarzyszenia i organizacje charytatywne, w Polsce i na całym świecie, którym patronuje. Dobrze się stało, że 7 września br. Pier Giorgio Frassati został kanonizowany wraz z innym młodym świadkiem Chrystusa – Carlem Acutisem. Przykład ich młodego życia pokazuje, że dobroci nie ma co odkładać jedynie „na starość” i że dawać jest pięknie w każdym czasie. Trzeba wierzyć, że życie Pier Giorgia Frassatiego – choć w tym roku minęło 100 lat od jego śmierci – zainspiruje jeszcze wielu chrześcijan, zwłaszcza młodych, do służby Bogu i drugiemu człowiekowi.
Zobacz całą zawartość numeru ►