Lekcja miłości

O studenckim wolontariacie opowiada duszpasterz akademicki.

zdjęcie: Archiwum prywatne

2025-12-03

Pamiętam z czasów seminarium sylwestrowe spotkanie z bezdomnymi. U sióstr Misjonarek Miłości szykowaliśmy dla nich posiłek. Były świadectwa dla rozwoju ich wiary i zabawy – by spotkanie miało wymiar sylwestrowy. Na finał, o północy, gdy za oknem milkły fajerwerki, brali oni udział z nami w uroczystej eucharystii.

Tradycja tamtych spotkań przetrwała właściwie do dzisiaj. Od mniejszej aniżeli kiedyś grupy kleryków przejęli ich organizację studenci. Miejscem wydarzenia nie jest już klasztor sióstr Matki Teresy z Kalkuty, ale dom parafialny jednej z katowickich parafii. Studentom jednak nie wystarcza już tylko „Sylwester”. Chcą dziś regularnie pomagać najuboższym. Pragną częściej (z)robić coś dobrego. I tak zrodził się pomysł na grupę, która od kilku lat – w środy – w ośrodku duszpasterstwa akademickiego szykuje kanapki i zanosi je na ulicę.

Zaczynam ten artykuł właśnie od niej, bo jako pierwsza stała się w duszpasterstwie przestrzenią zwracania studentom uwagi na bliźnich. Jest wiele aktywności, w których służą oni swoim rówieśnikom: w scholi animują śpiewy liturgiczne, jako ministranci stają się pomocą dla celebransów – spełniają określone zadania, ale czy mają przy tym szansę wewnętrznie autentycznie się rozwijać?

Moda na wolontariat

Studenci noszą głęboko wpisane w siebie pragnienie zrobienia czegoś dobrego. To moje doświadczenie prawie dziesięciu lat posługi w charakterze duszpasterza akademickiego. Ci, którzy trafiają do ośrodka DA, angażują się w różnych miejscach, podejmują rozmaite aktywności. Wolontariat, o którym mówią i na który chętnie się decydują, charakteryzuje się tym, że jest najczęściej czasowy (od – do), polega na spełnieniu określonych zadań (ma ograniczoną formę). Ten, kto pomaga, podejmuje niemały wysiłek, daje z siebie nieraz bardzo, bardzo wiele, ale gdy zyskuje satysfakcję, że uczynił dobrze, po prostu wraca do swoich stałych zadań. Odhaczone – i tyle!

Pamiętam, gdy jako kapelan hospicjum domowego otrzymywałem od chorych informacje o licealistach, którzy aplikując na studia, z dnia na dzień, bez odpowiedniego przygotowania byli w stanie pozostawić swoich podopiecznych. Ci żalili się później, że trudno będzie im przyjąć nowych: „Sporo kosztowało nas otwarcie się, na tych, których mieliśmy dotąd, wpuszczenie ich nie tylko w środek naszych domów, ale i życia, intymności”. Wolontariusze poznawali przecież nie tylko sytuację życiową tych, którym pomagali, ale ułatwiali im codzienne funkcjonowanie: myli chorych, przebierali, mieli wgląd w ich choroby, a czasem też płacz i cierpienie. A potem opuszczali.

Kanapki są narzędziem

Staramy się studentów uczyć, że nikogo nie wolno zostawić po spełnieniu zadań. Człowiek, wobec którego stajemy, jest o wiele ważniejszy od pomocy, którą mu świadczymy. Mamy wejść w relację z ludźmi, a gdy np. wychodzimy na ulicę (jak w duszpasterstwie akademickim) – w relację nie tyle z „ludźmi ulicy”, nie z mającymi się gorzej od nas, potrzebującymi – ale ludźmi, ludźmi po prostu!

W studenckiej grupie charytatywnej kanapkę próbujemy uczynić sposobem dojścia do człowieka, który potrzebuje zainteresowania: by go ktoś zapytał, czym żyje, jak się czuje, potraktował jak partnera dialogu, pomógł mu uwierzyć w siebie.

Bezdomni, których odwiedzamy, nie zawsze mówią nam prawdę – nie wiemy, gdzie właściwie nocują, jaka stoi za nimi historia. Wydaje się, że publiczne odkrycie tego przed nami, jawi im się jako zagrożenie budowanej długo kruchej stabilności. Po miesiącach, czasem latach, ci z nas, którzy znają ich z imienia i są rozpoznawalni dla nich, dostępują szansy dowiedzenia się czegoś więcej. Staramy się więc mieć świadomość, że kanapka nie zmieni ich życia, nie wyrwie nikogo z ulicy, ale może pomóc budzić w tym, do kogo trafi, świadomość, że jest dla nas ważny. Kanapka pomaga w oswojeniu się z człowiekiem, ale oswojenie domaga się traktowania go trwale z należnym mu szacunkiem.

Dobrodziejstwo choroby

Z duszpasterzem Apostolstwa Chorych, ks. Wojciechem Bartoszkiem, zamieszkałem przed kilkoma laty w jednym diecezjalnym domu. Opowiadał mi dużo o działaniach wobec swoich chorych. Trwała jeszcze wówczas pandemia. Słyszałem przez ścianę, jak nagrywa wideokonferencje, jak prowadzi zdalną modlitwę. Byłem pod wrażeniem, kiedy wracał do domu po wizytach duszpasterskich w szpitalu covidowym. Do chorej wspólnej sąsiadki, mieszkanki naszej kamienicy, chodziliśmy wtedy na zmianę: on, by odprawiać w święta w jej mieszkaniu liturgię, ja, by przynosić jej w niedzielę Komunię świętą. I tak też połączyliśmy siły.

Studenci trafili do jego podopiecznych, gdy najpierw pojechali na pielgrzymkę chorych na Jasną Górę. Opowiadali mi potem po powrocie o radości bycia wśród niezwykle pogodnych ludzi: „Proszę księdza, nikt z nich nie marudził, nikt się nie uskarżał”. Sam pamiętam, jak przy jednym stole w którymś z częstochowskich barów żywo rozmawiali z niewidomą uczestniczką pielgrzymki, opowiadając – na zmianę – o wyzwaniach dzisiejszego świata i o wierze. Potem, idąc z nią pod rękę, maszerowali do bazyliki jasnogórskiej na kolejne punkty wydarzenia. Szykowali też opłatkowe spotkania, pomagali w przedświątecznym rozwożeniu paczek. Magda, jedna ze studentek, wspominała potem, że „dostali lekcję, jaką wartość mają drobne gesty, ile znaczy uśmiech okazany innym ludziom, jak ważna jest na co dzień obecność drugiego”.

Cieszy mnie, że dziś traktują to już naturalnie – sami pytają o terminy wydarzeń, widzą je jako stały punkt we wspólnym kalendarzu. Kasia, dziś absolwentka DA, podkreśla, że obecność wśród chorych pozwoliła jej odkryć, że „służba to czas dawania, w którym sami dostajemy więcej”.

Święty Frassati

Duszpasterstwo akademickie w Katowicach ma wśród swoich patronów jednego z najmłodszych katolickich świętych, Piera Giorgia Frassatiego, kanonizowanego we wrześniu przez papieża Leona XIV. Ten włoski student przez większość swego niedługiego życia pomagał w różny sposób bliźnim. Chorym zanosił leki, ubogim – żywność lub ubrania. Zmarł, zarażony polio od biednych w slumsach Turynu. Leżąc, zmożony chorobą, próbował jeszcze resztką sił zapisać na kartce do przyjaciół polecenie dotyczące pomocy drugiemu. Człowiek, który przystępując codziennie do Komunii świętej, mawiał, że „Chrystus daje mi siebie w Najświętszym Sakramencie, więc ja zanoszę Go do Jego ubogich!”.

Nie chodzi nam w duszpasterstwie o to, by imitować jego przykład, by kopiować go w każdym calu. Ale by widzieć dzięki niemu, że posłaniem człowieka wiary jest drugi człowiek; że Chrystus oczekuje od nas wychodzenia do innych; że tak nam daje siebie lepiej poznać. My rozwijamy się w pracy z innymi. Wśród biednych doświadczamy ludzkiej biedy; wśród chorych uczymy się reakcji na chorobę; tam, gdzie jest potrzeba, głód czy jakikolwiek inny brak w człowieku, uczymy się reagowania na nie, szanując tego, kto go wyraża i słuchając, czego tak naprawdę potrzebuje. To jest lekcja chrześcijańskiej, prawdziwej miłości.   


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, pozostali Autorzy, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2025nr12, Z cyklu:, Panorama wiary