Moje życie jest winnicą Pana
A póki co, dał mi tę winnicę, którą mam zarządzać, o którą mam dbać. Mojego Męża, moje dzieci, moje własne życie, zdrowie, talenty; moje ciało, psychikę i ducha. Ludzi i wyzwania, do których mnie posyła. Marzenia, które mi daje w serce, aby mnie pociągać do wielkich i pięknych rzeczy. To wszystko jest Jego winnicą.
zdjęcie: Archiwum prywatne
2026-05-31
Komentarz do fragmentu Ewangelii Mk 12, 1-12
IX tydzień zwykły
„Pewien człowiek założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał tłocznię i zbudował wieżę. W końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał”.
Dla mnie ten fragment Ewangelii jest o mojej tęsknocie za Bogiem. To słowo „wyjechał” dotyka mojego serca w jego czułe miejsce. Nieraz tęsknię za Bogiem, takim namacalnym, widocznym oczami zmysłowymi, z którym mogłabym usiąść na herbatkę, widzieć Go, z którym mogłabym porozmawiać i spędzić czas, do którego mogłabym się przytulić, który czułymi rękami objąłby moją głowę i gładził po włosach z ojcowską miłością. Który wysłuchałby i doradził, co robić. Który wyraziłby zrozumienie.
To słowo „wyjechał” mówi mi, że nie teraz, że muszę poczekać na Jego „powrót”, ale jednocześnie daje nadzieję na to, że to kiedyś nastąpi. „Teraz widzimy niejasno, kiedyś poznamy Go twarzą w twarz”, jak mówi św. Paweł.
Przez wiarę wiem jednak, że to wszystko, za czym tęsknię dzieje się zawsze wtedy, gdy siadam do modlitwy. To jest ten mój święty czas sam na sam z Bogiem. Bogiem jedynym w kochającej się wspólnocie Trzech Osób: spotykam się z moim kochanym Tatą, z najlepszym Przyjacielem Jezusem i najświętszym Duchem. On zasiada ze mną, pije ze mną herbatkę, spędza ze mną czas, wysłuchuje i doradza, przytula i rozumie. To wszystko dzieje się naprawdę! Tylko nie widzę oczami, nie słyszę uszami, nie czuję ciałem. Ale widzę, słyszę i czuję sercem wiary. Właściwie to nie muszę czuć wcale. Wierzę. I to wystarczy. On JEST przy mnie i spędza ze mną czas: wysłuchuje, mówi przez Biblię, której fragment danego dnia rozważam, porządkuje moje myśli i uczucia, wskazuje drogę pokojem, który wlewa w moje serce. Ociera łzy, nie potępia, lecz rozumie, bo wie wszystko, wie – jak nikt – jak to jest być w mojej skórze, czyli w mojej sytuacji życiowej, z moją historią i uwarunkowaniami, z moim cierpieniem, ograniczeniami i marzeniami. On wspiera mnie i przytula, tak duchowo.
Kiedyś wróci wreszcie tak namacalnie (jakież to będzie święto!). A póki co, dał mi tę winnicę, którą mam zarządzać, o którą mam dbać. Mojego Męża, moje dzieci, moje własne życie, zdrowie, talenty; moje ciało, psychikę i ducha. Ludzi i wyzwania, do których mnie posyła. Marzenia, które mi daje w serce, aby mnie pociągać do wielkich i pięknych rzeczy. To wszystko jest Jego winnicą. Chcę o nią dbać jak najlepiej. A ile razy (czyli codziennie) brakuje mi do tego sił, albo chwast grzechu zaczyna ją porastać, znowu idę do Niego i na szczęście – w gruncie rzeczy – On jest zawsze bardzo blisko.