Kochać i służyć cierpieniem – duchowość Sługi Bożej Kunegundy Siwiec – tercjarki karmelitańskiej
W swoim środowisku miała opinię osoby bardzo skromnej, rozmodlonej, unikającej plotek. W domu Siwców unikano zbędnych ocen i wtrącania się w życie sąsiadów. Wszyscy wiedzieli, że u Siwców jest praca odpoczynek, modlitwa i wzajemna miłość.
zdjęcie: www.karmel.pl
2026-04-01
Babiogórscy górale, z których wywodziła się Kunegunda Siwiec, cechowali się prostym, ale jednocześnie głębokim spojrzeniem na życie. Potrzebną do tego mądrość czerpali nie tylko z katolickiej wiary ojców. Cenne lekcje odbierali także od otaczającego ich świata przyrody. Obserwowali wiosnę i jej pęd ku życiu, doświadczali ciepłych letnich miesięcy pełnych słońca, podziwiali jesienne barwy na liściach drzew wskazujące na przemijanie, by wreszcie poddać się zimie niosącej śnieg, mróz i krótkie, często ponure dni.
Góralska codzienność miała wiele podobieństw. Był w niej obecny pęd ku życiu, aktywna młodość, starcze zmagania i jeszcze coś, przed czym każdy po ludzku się wzdryga – nieuchronność cierpienia. Gdy pojawiało się w czyjejś chacie, budziło obawy i lęk, jednak rozumiano, że tak jak zima jest częścią roku, tak cierpienie należy do człowieczej egzystencji.
Kunegunda, zwana przez mieszkańców Siwcówki Kundusią, „była prostą wiejską kobietą, nie wyróżniającą się z tłumu innych kobiet. A mimo to była inna” – zauważyła jedna z sąsiadek. Owej subtelnej inności nikt nie był w stanie dokładnie sprecyzować. Niby wszystko w Kunegundzie było takie proste i góralskie, a jednak jakoś inne. Było bardziej głębokie, bo towarzyszyła jej wiara w sens, jaki Stwórca nadał ludzkiemu wysiłkowi, a zwłaszcza zmaganiu z cierpieniem. Chociaż nie napisała żadnej książki, to jednak przez sposób życia sama stała się „księgą”, z której można wyczytać niejedno cenne pouczenie. Oto kilka jej postaw, jakie dedykuje nam, ludziom XXI wieku.
Czas działania i czas cierpienia
Kunegunda dużo czytała. Na pierwszym miejscu były u niej księgi Pisma Świętego, zwłaszcza Nowego Testamentu, a tuż za nimi religijne periodyki. Znała bardzo dobrze powiedzenie biblijnego mędrca Koheleta, który stwierdził, że „wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów...” (Koh 3, 1-4). Życie nie składa się z samych tylko radości i twórczej, przynoszącej satysfakcję aktywności. Z biegiem czasu, gdy z powodu starszych już lat przestała pracować w polu oraz katechizować mieszkańców Siwcówki, do czego była zobowiązana jako sidziniarka ks. Wojciecha Blaszyńskiego, wzmogło się w niej pragnienie wejścia głębiej w tajniki życia duchowego. Częściej zaczęła sięgać po pisma karmelitańskich mistyków: św. Teresy od Jezusa i św. Jana od Krzyża. W jej prostym spojrzeniu na życie było czymś oczywistym, że zakończył się dla niej czas, gdy służyła Bogu i bliźnim poprzez działanie, a przyszedł czas, gdy owa służba powinna wyrazić się przyjęciem krzyża.
Z lektury karmelitańskich tekstów Kunegunda dowiedziała się, że cierpienie, które potrafi skutecznie przykuć człowieka do łóżka, może stać się pod pewnymi warunkami „aktywnością” bardziej owocną niż młodzieńczy zapał towarzyszący działaniu; może przynieść więcej chwały Stwórcy, a duszom pożytku. Dopóki człowiek trzyma rękami mocno koło sterowe swego życia i nie pozwala go nawet dotknąć Chrystusowi, pozostaje sam w obliczu cierpienia. Chodzi więc o to, by wpuścił Go do swej codzienności, by przyjął to, co leżało w planach Bożych, chociaż nie leżało w jego planach. Najczęściej to właśnie cierpienie jest tym niespodziewanym i niechcianym gościem, który ma moc zmienić kurs życia. I trzeba się na to zgodzić, tak jak zgodził się Chrystus, gdy mówił do swego Ojca: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22, 42). Zgodziła się również na to Kunegunda, oddając swe życie Chrystusowi bez zastrzeżeń, jak to się dawniej mówiło: „na przepadłe”.
Ważne jest to, co da Jezus
Miłość, jaką Kunegunda darzyła Jezusa podpowiadała jej, że za Jego ofiarę na krzyżu trzeba odwzajemnić się darem ze swego życia. Wzorem wielkich świętych, których życiorysy czytała, myślała nawet o męczeństwie. W 1942 r., w trudnych latach drugiej wojny światowej, gdy śmierć czyhała niemal na każdym kroku, gdy na świecie szalała nienawiść, prosiła dla siebie o męczeństwo. Usłyszała wówczas słowa Jezusa, które zanotował jej duchowy kierownik, ks. Bronisław Bartkowski: „Śmierci męczeńskiej ci nie dam, przy śmierci dam ci więcej cierpień. Z Matką moją wyjdę na twoje spotkanie”. Kunegunda zrozumiała, że większą wartość w oczach Bożych ma przyjęcie z Jego rąk doświadczeń, które On sam dla niej wybrał, niż te ofiary, które sama chciałaby Mu złożyć. Zgodziła się więc przyjąć od Chrystusa cierpienie, które On dopuścił. Najpierw była nim jaglica prawego oka, czyli wirusowe zapalenie spojówki i rogówki, które stopniowo pozbawiło ją możliwości widzenia tym okiem. Czytając, wytężała wzrok, trzymając książkę czy modlitewnik blisko zdrowego oka. „W czasie wojny, gdy Niemcy dowiedzieli się, że ktoś jest chory na jaglicę, to wysyłali chorego do Oświęcimia, do krematorium. Oczyszczali dla siebie teren z ludzi chorych i ułomnych, bo nasze tereny włączone były do Trzeciej Rzeszy” – wspominał jeden ze świadków życia Kunegundy.
Pod koniec życia Jezus jeszcze bardzie podniósł poprzeczkę i spełnił swą zapowiedź, że da jej więcej cierpieć. Zaczęło się od bólu kolan, który był tak dotkliwy, że uniemożliwiał chodzenie. Potem całkowicie przykuł do łóżka. Długi okres jej cierpień opisał ksiądz Bartkowski: „Miejsca bolesne zaczynają puchnąć, zjawiają się też obrzęki na ręku. Boleści wzmagają się, dochodzi do tego, że najmniejsze dotknięcie powoduje atak bólu tak silnego, że Kundusia, choć mężna i cierpliwa zawsze, nie może powstrzymać się od krzyków. Przez pół roku leży tylko na jednym boku i tak sypia, a raczej drzemie, bo bóle nie pozwalają spać ani obrócić się na drugi bok. Wszelkie środki lekarskie i próby leczenia zawodzą. Dwa lata przed śmiercią gruźlica, która zaatakowała kości, teraz prawdopodobnie przerzuciła się na organy wewnętrzne. Następują wyczerpujące krwotoki wewnętrzne i wzmaga się jednocześnie bezsenność”.
Spotkania Kunegundy z cierpieniem uświadomiły jej, że dla każdego człowieka jest ono doświadczeniem niepowtarzalnym. Nie dokonuje się według z góry określonego schematu, lecz uwzględnia specyfikę danej osoby. Cierpienia nie można się „wyuczyć” i mieć to zadanie „z głowy”, czyli odrobione. Za każdym razem, gdy wzmagały się jej cierpienia, w swoim sercu musiała ponawiać względem Chrystusa akty wiary, nadziei i miłości. Na własnym przykładzie nauczyła się, że bez modlitwy nie można sprostać wyzwaniom, jakie przynosi cierpienie. Postępowała więc tak, jak Jezus – jeszcze usilniej się modliła. Prosiła o siłę, o wytrwanie, o obronę przed zwątpieniem, o dotrzymanie kroku Chrystusowi, za którym idąc, niosła swój krzyż.
Odpowiedzialność za innych ludzi
Prosząc o łaski dla siebie, nie zapominała o ludziach żyjących wokół niej. W czasie trwania choroby często była proszona o modlitwy. Chociaż niewielu wiedziało o tajnikach jej duszy, o rozmowach, jakie prowadzi z Chrystusem, to jednak „w ludziach była wiara w jej wstawiennictwo” – wspomina pewna osoba. Mówiła wówczas z charakterystyczną dla siebie gwarą: „Jo tako zwykło, jo nic nie znace, ale poprose Pana Jezusa”.
Pamięć o innych, proszenie w ich intencjach w czasie, gdy samemu się cierpi, jest wyrazem głębokiego przylgnięcia do Chrystusa i naśladowania Jego postaw. Kunegunda doskonale rozumiała, że wszystko, co działo się w jej życiu, włącznie z doświadczeniem cierpienia, miało znaczenie dla innych ludzi. Ich losy nie dokonywały się w izolacji, lecz w ścisłej zależności od jej własnych dziejów. Przyjaźń prawdziwa to dawanie swego życia nie tylko w chwilach wielkich zmagań, ale i w najbardziej nawet zwykłych jego przejawach. Kunegunda nie żyła tylko dla siebie. To, czym i jak żyła, ważne było dla innych. Tak żył Jezus. Żył dla Kunegundy i dla każdego z nas swą radością, cierpieniem, uśmiechem, każdym krokiem stawianym na piaszczystych drogach Galilei. Niczego nie zostawiał sobie.
Człowiekowi żyjącemu w obecnych czasach, które tak mocno podkreślają jego prawo do samostanowienia o sobie, do wolności wyboru, trudno jest przyjąć prawdę zawartą w nauczaniu św. Pawła: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14, 7-8). To logika znacznie różniąca się od tej, w jakiej jest wychowywany. Z listu Apostoła dowiadujemy się, że dar istnienia, czyli moje własne życie, nie jest absolutną moją własnością. Planując je na dalszą perspektywę czy układając fragmenty konkretnego dnia, muszę wziąć pod uwagę, że wszystko to dokonuje się przed oczami Boga, do którego należę. A w Nim należę do innych ludzi.
Zobowiązania względem tych, którzy prosili ją o modlitwę, Kunegunda traktowała z należytą powagą. Pamiętała słowa mędrca Syracha, który napisał: „Bywa przyjaciel, ale tylko na czas jemu dogodny, nie pozostanie nim w dzień twego ucisku” (Syr 6, 8). Istnieje fałszywa przyjaźń, w której wykorzystuje się drugiego człowieka, by jego kosztem zaspokoić własne pragnienia. Próbą dla takiej przyjaźni jest ucisk, czyli czas cierpienia. Gdy wszystko się układa, łatwo jest uczestniczyć w szczęściu drugiego. Łatwo jest zapewniać o swej lojalności, o tym, że się kogoś nosi w swoim sercu. Szczęście jednak nie trwa wiecznie. Naturalną koleją rzeczy przychodzą doświadczenia trudne. I właśnie wtedy, gdy na zasadzie wzajemności trzeba dać siebie, czyli coś wycierpieć dla drugiego lub towarzyszyć mu w jego cierpieniu, relacje międzyludzkie często rozpadają się. Cierpienie pełni tutaj rolę ognia, który skutecznie obraca w popiół to, co miało tylko pozór przyjaźni. W rzeczy samej taka przyjaźń skrywała egoizm i wyrachowanie fałszywego przyjaciela. Kunegunda była inna, ona należała do przyjaciół niezawodnych. Na jej modlitwę i cierpienie zawsze można było liczyć.
Jeden ze świadków życia Kunegundy wspominał: „Kiedyś, a było to w czasie choroby, gdy Kundusia była unieruchomiona w łóżku, odwiedziłam ją. W czasie rozmowy powiedziała mi, że miała sen. Poprosiłam, by mi go opowiedziała, gdyż zauważyłam, że z jakimś naciskiem podkreślała, iż to był sen. Kundusia opowiadała: Była taka górka jak Siwcówka, ale ja byłam wyżej, na jakiejś górze, wysoko, a przy mnie stał niżej ksiądz. A wkoło było dużo ludzi. Siostrzycko, było tyle ludzi, że nie do obliczenia. Kundusia mówiła i tak na mnie patrzyła tylko jednym okiem, bo drugie nie widziało po przebytej jaglicy. Gdy skończyła opowieść, ja powiedziałam, że przetłumaczę jej ten sen. Powiedziałam: Kundusiu, ci ludzie to byli wszyscy, których Kundusia wyratowała swoim cierpieniem i modlitwami od potępienia. A ksiądz kapelan Bartkowski to był ten, co Kundusi pomagał. Kundusia jakby się zorientowała, że za dużo się domyślam, zmieniła temat rozmowy i już nigdy więcej na podobne tematy nie wszczynała rozmowy”.
Pokora w obliczu cierpienia
Podobnie jak inni ludzie, wielcy i mali, grzesznicy i święci, bogaci i ubodzy, młodzi i starcy, żyjący samotnie i we wspólnocie, także Kunegunda stawiała w obliczu cierpienia pytania: Dlaczego Bóg je dopuścił? Dlaczego przydarzyło się ono właśnie mnie? Dlaczego w tej, a nie innej formie? Takie pytania są najtrudniejsze, a na trudne pytania nie ma łatwych odpowiedzi, często są nawet niemożliwe.
Jezus nie wyjaśnił Kunegundzie, dlaczego dopuścił, aby cierpiała. Wskazał jednak na sens tego trudnego doświadczenia, na jego wartość. Pokazał, czemu może posłużyć. Zadał Kunegundzie trud poszukiwania sensu cierpienia w doświadczeniach Jego własnego życia. Zaangażował się w cierpienie, aby człowiek nigdy nie mówił Bogu: Ty mnie nie rozumiesz, ponieważ nie cierpiałeś! Jezus, prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek, cierpiał. Jak nikt z nas On rozumie cierpienie. Tak więc w Jego życiu Kunegunda szukała dla siebie odpowiedzi.
Rozważając mękę Chrystusa dostrzegła, że w obliczu cierpienia niezbędna jest pokora. Bez niej rodzi się bunt, a nawet nienawiść Boga za cierpienie, które się pojawiło. Pokora jest przede wszystkim uznaniem i przyjęciem Bożej perspektywy wydarzeń. Pokorne serce daje jej pierwszeństwo przed swoją własną perspektywą. Cierpienie wprowadza na drogi przemyśleń wybiegające poza schematy codziennych zachowań. Innymi słowy, Chrystus proponuje wysiłek sięgnięcia dalej niż to zazwyczaj czynimy. Cierpienie – zabierając wszelkie możliwe podpórki emocjonalne, psychologiczne i moralne – stawia w obliczu dramatu samotności. Jednocześnie jednak stwarza możliwość powiedzenia Chrystusowi wyjątkowego wyznania. Kocham Cię i ufam Ci! wypowiedziane w cierpieniu jest bez wątpienia najtrudniejsze, ale zarazem najbardziej prawdziwe. Wygląda na kruche i bezradne, bo wypowiedziano je ostatkiem sił, jakby wbrew sobie, ale posiada pokorę, co czyni je szczególnie pięknym w oczach Boga. Jest niekłamane i samodzielne, bo niczym nie można się było podeprzeć, by je powiedzieć.
Kunegunda miała jasno wytyczoną życiową misję: zbawiać ludzi cierpieniem i modlitwą. W czasie rozmów z różnymi osobami często powtarzała słowa, które pewnego razu usłyszała od niej jedna z sióstr zmartwychwstanek: „Siostrzycko, niech siostrzycka pamięta, żeby sama do nieba nie poszła. Siostrzycka sama by się wstydziła tam przyjść. Siostrzycka musi dużo, dużo ludzi ze sobą do nieba przyprowadzić swoimi modlitwami”.
Zobacz całą zawartość numeru ►