Apostolstwo Chorych w moim życiu

Poczułam, że spadłam spod sufitu na stół operacyjny. Gwałtownie. Ogromny ból rozrywał moją klatkę piersiową. Czułam silne uderzenia, jakby ktoś łamał moje żebra, jakby mnie poraził prąd. Bolało, bardzo bolało. Ktoś głośno krzyczał: „mamy ją, mamy ją z powrotem”.

zdjęcie: Krzysztof Gawor

2026-03-11

Mówienie o bólu i cierpieniu nie jest łatwe. Szczególnie wtedy, gdy odbiorcami są osoby, które w swoim dotychczasowym życiu nie doświadczyły bólu rozrywającego chore ciało „na kawałki”, nie doświadczyły bólu duszy i cierpienia osamotnionego serca. Z doświadczeń zawodowych i osobistych wiem, że przybliżanie się do cudzego cierpienia wymaga uduchowienia, czasu oraz kontemplacji. Także ostrożności, pokory w sercu i nieustannej wdzięczności wobec Boga dającego nadzieję w każdym momencie ludzkiego życia. Jeśli ktoś wierzy w siłę modlitwy błagalnej, wspierającej, ten w najtrudniejszych momentach swojego życia, bez chwili zawahania będzie prosił o modlitwę inne osoby, do których ma zaufanie i które nie zlekceważą prośby.

To, co opowiem – to wspomnienie oparte o to, co powiedzieli mi bliscy, personel medyczny i współlokatorka z sali chorych. Przywieziono mnie do szpitala z udarem niedokrwiennym mózgu. Nic nie wiedziałam, nic nie czułam, nic nie pamiętałam. W izbie przyjęć polecono bliskim, aby zabrali mój telefon komórkowy do domu. Tak zrobiono. A ja, już na sali chorych, nie wiedząc, gdzie byłam i co ze mną robiono, prosiłam o telefon. Natrętnie i uparcie prosiłam o telefon jakby od tego telefonu zależało moje życie. W końcu przyniesiono mój telefon. Podobno szybko wyszukałam jakiś numer w telefonie, napisałam smsa i wysłałam. Potem oddałam telefon i zasnęłam. Nikt nie wiedział, co i do kogo napisałam. Ja też tego nie zapamiętałam. Po czasie, gdy świadomość zaczęła powoli wracać mój telefon zadzwonił. Byłam bardzo zdziwiona, bo to dzwonił ksiądz, którego znałam. Zapytał: „co się stało i dlaczego jest pani w szpitalu?”. Dodał, że mój sms był bardzo krótki, że napisałam tylko: „jestem chora w szpitalu”. Ksiądz powiedział jeszcze, że gdy przeczytał mojego smsa, był w Rzymie i szedł do kaplicy odprawić mszę świętą oraz to, że moją prośbę położył duchowo od razu na ołtarzu.

Jestem głęboko przekonana, że tamta msza odprawiona przez księdza w Rzymie była istotną podporą w moim powrocie do zdrowia. Księdzem, do którego wtedy wysłałam smsa był ks. Wojciech Bartoszek – dyrektor Apostolstwa Chorych. Dzielę się tym z państwem podczas tej wyjątkowej konferencji, zapewniając, że moja wdzięczność jest ogromna.

To wydarzyło się podczas kolejnej mojej operacji w szpitalu. Pamiętam, z samego rana przyszedł do sali chorych ksiądz, który przychodził każdego dnia. Przyjęłam Komunię świętą. Ksiądz wiedział, że za kilka chwil zabiorą mnie na blok operacyjny. Modlił się przez chwilę razem ze mną a potem powiedział: „Jezus wydźwignie”. Tylko tyle, a brzmiało jak nadzieja. Na stole operacyjnym leżałam spokojna, bez obaw, z nadzieją na uratowanie mojego życia i zdrowia. Pamiętam pochyloną nad moją głowa twarz anestezjologa, wkłucie do żyły i ciężkie powieki, zasnęłam szybko.

A potem zapamiętałam coś, co trudno jest umieścić w świecie realnych przeżyć. Przez wiele lat nazywałam to „tajemnicą”. Do dziś nie wiem jak to coś nazywać. Brakuje mi słów, aby określić moje przeżycie z tamtego czasu. Pamiętam, że jeszcze spałam snem wywołanym narkozą, jeszcze trwała operacja. Nagle zobaczyłam bardzo wyraźnie siebie leżącą nieruchomo na stole operacyjnym i dużą ilość osób pochylających się nad moją postacią. Widziałam to wszystko z góry. Czułam się tak, jakbym była wyjęta ze swojego ciała. Byłam spokojna i lekka i nic mnie nie bolało

Unosiłam się powoli do góry ponad stół operacyjny. Byłam już prawie pod sufitem sali operacyjnej. Cały czas w pozycji leżącej, bez prześcieradeł, którymi mnie okryto wcześniej. Coraz wyżej i wyżej, powoli jakbym jechała windą, ale windy nie było. Nic, zupełnie nic nie bolało. Odczuwałam błogi spokój, łagodność, ciepło i niewidzialną radość, która zbliżała się do mnie. Nie rozumiałam, bo byłam w dwóch miejscach – na stole i pod sufitem… Czułam, że ta nieokreślona „radość otoczenia” wisząca pod sufitem chciała tulić mnie do siebie, chciała mnie zabrać do siebie. Było mi z tym cudownie. Nagle wszystko się zmieniło. Blask jasności zniknął, błogi spokój wnętrza oddalił się. Poczułam, że spadłam spod sufitu na stół operacyjny. Gwałtownie. Ogromny ból rozrywał moją klatkę piersiową. Czułam silne uderzenia, jakby ktoś łamał moje żebra, jakby mnie poraził prąd. Bolało, bardzo bolało. Ktoś głośno krzyczał: „mamy ją, mamy ją z powrotem”.

Teraz opowiem o godności umierania w mojej rodzinie. O umieraniu w ciszy, zadumie, pożegnaniu. Bez lamentów, płaczu i strachu. Pamiętam umierającego Dziadka, ojca Taty. Byłam wtedy dzieckiem, ale przeżycia związane z oczekiwaniem na śmierć były tak duże, że pamiętam je do dzisiaj. Dziadek nie wstawał z łóżka już od kilku dni. Wiedziałam od rodziców, że był bardzo chory. Odwiedził Dziadka ksiądz, podał mu Komunię świętą i namaścił świętymi olejami. Któregoś popołudnia, gdy słońce jeszcze świeciło, a ja bawiłam się przed domem z dziećmi od sąsiadów, mama zawołała mnie do domu. Kazała mi umyć buzię i ręce, ubrała mnie w czystą sukienkę i razem poszliśmy do Dziadka. Rodzice też ubrali się ładnie – jak do kościoła. Mama w pośpiechu wyjaśniała mi, że idziemy pożegnać się z Dziadkiem. W pokoju, w którym leżał Dziadek było już dużo ludzi, cała rodzina. Pamiętam, że każdy z zebranych, w pełnej powadze i okazywanym szacunku podchodził do Dziadka i całował go w policzek albo w rękę. Dzieci też. Dziadek dotykał ręką głowy każdego pochylającego się przy jego łóżku. Nikt nie płakał, nie lamentował i nie bał się umierającego. Ja też się nie bałam. Mój Tato podszedł jako ostatni, był najmłodszym z dzieci. Trzymał Dziadka za rękę. Jak długo nie wiem. Aż usłyszeliśmy, jak wyszeptał: „nie żyje”. Nie bardzo rozumiałam co się stało. Zapalono gromnicę. Zebrani klęczeli i modlili się wspólnie, jakby byli w kościele. Potem długo po pogrzebie mówiono, że Dziadek zmarł godnie.

Gdy umierał mój Tato, nie mieszkałam już z rodzicami. Byłam żoną i matką. Tato chorował, był po dwóch zawałach serca i stan zdrowia stale pogarszał się. Trafił do szpitala. Od lekarzy dowiedziałam się, że ziemskie życie mojego Taty dobiegało końca. Na moją prośbę Tato został umieszczony w sali jednoosobowej. Za zgodą lekarzy zorganizowałam stałe czuwanie modlitewne przy umierającym rodzicu. Dyżurowaliśmy w dzień i w nocy, zmieniając się. Dyżurował mój starszy brat i jego żona, młodszy brat i jego żona, ja i mój mąż oraz najmłodsza nasza siostra. Tato był pod opieką lekarzy, zapadał w długi sen i odzyskiwał świadomość. Wtedy prosił o spotkanie ze swoim żyjącym jeszcze rodzeństwem. Spełnialiśmy te prośby, choć nie było to łatwe. Nie mieliśmy samochodów, ale dzięki ludzkiej życzliwości Tato mógł pożegnać się z bliskimi osobami. Zachowywał się tak jak wcześniej robił to jego umierający ojciec.

W ostatnich godzinach życia dyżur z modlitewnym czuwaniem przy Tacie pełniłam ja ze starszym bratem. Tato przyjął w południe sakrament namaszczenia chorych. Byliśmy przygotowani na najtrudniejszy moment pożegnania. Trwaliśmy. Ja cały czas trzymałam Tatę za rękę. Oddech stawał się coraz krótszy, przerywany bezdechem, puls stawał się słabo wyczuwalny. Na stoliku przyłóżkowym leżała przygotowana gromnica, którą przyniosłam z domu. Uzgodniliśmy, że brat zapali płomień gromnicy, gdy nastąpi zgon. Oddech Taty ucichł, puls nie był wyczuwalny, oczy stały się nieruchome. Milczeliśmy, wokół panowała cisza, bo nasze szeptane modlitwy też zamarły. Brat próbował zapalić gromnicę, ale knot nie chciał przejąć ognia z zapałki. Gasł kilka razy. Nagle Tato otworzył usta i wyraźnie powiedział: „Jeszcze nie teraz, nie teraz to światełko, zgaś”. Wrócił oddech, wrócił puls, wróciło nasze trwanie.

Tato był spokojny. W pewnym momencie podniósł rękę, skierował ją w stronę drzwi i z zachwytem wyraźnie powiedział: „Jak tu pięknie! Anioły, dużo ich, zobacz Hanusia”. Zbliżyłam swoją głowę do głowy Taty, patrzyłam, ale niczego nie widziałam. Tato pytał: „Czy widzisz anioły?”. Nie widziałam. Oczy Taty jaśniały radosnym blaskiem, uśmiechał się, oddychał spokojnie, wpatrywał się w to, co zobaczył. Po kilku minutach wykonał inny ruch ręką i wykrzyknął: „Zobacz, zobacz córko jaka piękna Pani stoi tu przy łóżku, przyszła do mnie”. Nie widziałam, brat w milczeniu patrzył i też nic nie widział. A Tato zamknął oczy jakby chciał zasnąć i wydał ostatni oddech. Zmarł. Brat po raz drugi zapalał gromnicę. Bez przeszkód. Płomień gromnicy zajaśniał wskazując drogę ku Niebu.

Wiele razy pytałam księży o to, co wydarzyło się w chwili śmierci mojego Taty. Trudno było pytać, trudno było rozmawiać, bo miałam wrażenie, że chcę dotknąć tajemnicy umierania. Za każdym razem otrzymywałam podobną odpowiedź, że tak nieraz się zdarza, że umierający widzi Maryję, że przychodzi po kogoś wyjątkowego. Trudno mi było w to uwierzyć, bo mój wspaniały Tatuś nie był nikim wyjątkowym. Był powojennym sierotą i osobą okaleczoną przez wojnę. Uciekając przed lecącymi z nieba bombami, schował się w rowie, ale odłamek bomby trafił w bok jego głowy, uszkadzając trwale jedno ucho – nie słyszał na to ucho. Z biegiem lat utracił słuch w drugim uchu. Żył, pracował, wychowywał dzieci (był ojcem czwórki dzieci), kochał Boga i ludzi. W powojennych czasach nie było ludzi niepełnosprawnych. Ludzi „głuchych” w ówczesnym środowisku wiejskim nazywano „głupimi”. Tato był stygmatyzowany. Umarł bardzo godnie wśród swoich dzieci.

Uważam, że należy mówić dzieciom oraz młodzieży o śmierci jako kolejnym etapie życia. Bo życie to nie tylko atrakcje, a umierania nie można zamykać w odosobnieniu.


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, pozostali Autorzy, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2026nr02