Najtrudniejsze pytanie: „dlaczego?”
Bóg, w którego wierzę i którego kocham jest Bogiem miłości, jest samą Miłością! Jego wolą jest, abyśmy w każdym wymiarze życia byli szczęśliwi.
zdjęcie: Canstockphoto.pl
2026-03-03
Rozpoczynamy cykl tekstów – bardzo trudnych, wymagających zarówno od piszącego je, jak i Czytelników, wielkiej pokory i miłości. Zakładających różne perspektywy spojrzenia: tych, których wiara jest niezachwiana, ale również poszukujących i dopuszczających istnienie „pustego nieba”. Musimy zaakceptować fakt, że nie znajdziemy odpowiedzi na wszystkie pytania.
Musimy pogodzić się z tym, że pytanie „dlaczego?” to najtrudniejsze pytanie świata i że w którymś momencie dotykania cierpienia, szczególnie zagarniającego dzieci, dotkniemy Tajemnicy Boga, który nam się objawia również w solidarności bólu, cierpienia, samotności, w wołaniu „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27, 46). I trzeba będzie zaakceptować fakt, że na resztę odpowiedzi przyjdzie jeszcze poczekać. Niełatwe to założenie.
Poza schematy
Niekiedy chrześcijaństwu zarzuca się gloryfikowanie cierpienia, promowanie cierpiętnictwa. Boga maluje się jako sadystę, lubującego się w zadawaniu bólu. To nieprawda – jasno o tym mówią kluczowe założenia Apostolstwa Chorych.
Marksiści mówili, że religia, która pozwala nadać sens cierpieniu, to „opium dla ludu”, niczym narkotyk pozwalający znieść trudy codzienności, oszukać przeznaczenie. Tymczasem ból, sam w sobie, był, jest i zawsze będzie zły. Tu na ziemi nie da się go wyeliminować. Kto twierdzi inaczej, buduje kolejną utopię. Chodzi o coś innego: o to, dokąd ból, samotność mogą nas zaprowadzić – nawet, jeśli dotykają dzieci.
Pieluchy nie mają zapachu fiołków. Szpitalne sale nigdy nie dorównają pięciogwiazdkowym hotelom. Jest, jak jest. Kiedy umierał ks. Józef Tischner, ktoś z przyjaciół zapytał go: „Czy cierpienie uszlachetnia?”. Nie mogąc już mówić, pokręcił głową przecząco. Nie uszlachetnia. Nikt z nas go nie chce i nikt do niego nie dąży. Chronimy siebie, bliskich przed nim, nie wolno się godzić na jego zadawanie. Ale ono jest, przychodzi, dotyka nas – nasze ciała i dusze – czasem w najmniej oczekiwanym momencie. Raz uderza niczym nagła fala tsunami, gwałtownie zmiatając z powierzchni ziemi plany, nadzieje. Innym razem przychodzi jako zapowiedziany gość. Raz stawia wobec okrutnej samotności, kiedy indziej otwiera na inne światy, uwalnia. Uszlachetnia miłość, którą ono może wydobyć, wysubtelnić, oczyścić.
Zawsze buntuję się, gdy ktoś próbuje tłumaczyć sparaliżowanym z bólu rodzicom po stracie dziecka, że „Bóg tak chciał!”, że „taka jest wola Boża”. Bóg lubujący się w zadaniu bólu? Bóg okrutny, nieczuły? Bawiący się nami? Nie. Próby apologii Pana Boga przy pomocy takich stwierdzeń skazane są z góry na porażkę.
Bóg, w którego wierzę i którego kocham jest Bogiem miłości, jest samą Miłością! Jego wolą jest, abyśmy w każdym wymiarze życia byli szczęśliwi. Aby dzieci, które obdarował życiem i nieśmiertelną duszą, rosły, dojrzewały do świętości, by kiedyś wszyscy mogli się z Nim spotkać.
Dlaczego zatem Bóg pozwala na cierpienie? Nasze ciała zbudowane są z materii podlegającej zniszczeniu. Zostaliśmy „uwikłani” w doczesność. Bo Stwórca obdarował nas darem wolności. Jak pisał św. Jan Paweł II: „zaryzykował wolność”. W tej przestrzeni wolności ludzie godzą się na śmierć, budują „fabryki śmierci” np. Auschwitz. Tworzą chore ideologie pozwalające bombardować miasta i osiedla, patrzeć na dzieci jak na potencjalnych terrorystów, jak to się dzieje dziś w Palestynie w Strefie Gazy czy Ukrainie. Zatruwają świat.
Nie jesteśmy marionetkami w Jego rękach. Naszym przeznaczeniem nie jest koncentracja na tym, co „tu i teraz”, ale dojrzewanie do spotkania z Nim. Nasz Dom jest gdzie indziej. „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” – notuje słowa Jezusa św. Jan (J 14, 1-3). A co z Hiobem – ktoś zapyta? Będziemy do tego często wracali w naszym cyklu, pytając o sens cierpienia dzieci.
Co na to Jezus?
Jezus wielokrotnie spotykał się z chorymi. Ewangeliści (najczęściej Łukasz, z zawodu lekarz) niejednokrotnie o tym pisali. Wielu uzdrowił, ale przecież nie wszystkich. „Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?” (J 11, 37) – pytali zgorszeni Żydzi, gdy Jezus przybył do grobu Łazarza. Bywało, że spośród setek proszących o uleczenie z choroby usłyszał jednego – tak, jak to miało miejsce podczas wejścia do Jerycha, gdy przywrócił wzrok niewidomemu (por. Łk 18, 35-43) albo gdy dostrzegł w tłumie kobietę cierpiąca na krwotok, która Go dotknęła (por. Łk 8, 43-48).
Jezus nie bał się bliskości – szokował faryzeuszów, gdy tulił do siebie trędowatych, gorszył, gdy uzdrawiał w szabat (por. Łk 6, 6-11), budził zdziwienie, kładąc choremu błoto na oczy (por. J 9, 6n) i przywracając zdolność widzenia. Budził miłość, ukazując jej potęgę, pozwalającą przekraczać granice kulturowe i społeczne (np. przypowieść o dobrym Samarytaninie – Łk 9, 25-37), jak też jej zasadnicze znacznie dla odnowy rzeczywistości.
Cud stawał się pieczęcią wiarygodności wypowiedzianych wcześniej słów: Chrystus chciał pokazać, że w Nim jest moc, dzięki której wypowiedziane słowa mogą się spełnić. Tłumaczył, że cierpienie nie musi być zawinione: „Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?». Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże” (J 9, 1-3). Ale też pytał o wiarę, uzdrawiał najpierw chorą, zranioną grzechem duszę, potem leczył ciało: „Potem Jezus znalazł go [uzdrowionego paralityka] w świątyni i rzekł do niego: «Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło»” (J 5, 14). Jezus przyjął na siebie niezawinione cierpienie. Dlaczego? Ponieważ „do końca nas umiłował”.
W cierpieniu jest obecny Bóg
Zachowały się wstrząsające wspomnienia więźnia obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Jako karę za ucieczkę powieszono na szubienicy małego chłopca. Jego ciało było wychudzone i lekkie. Bardzo długi czas męczył się, zanim skonał w straszliwych konwulsjach. Ubrani w pasiaki mężczyźni, zgromadzeni na placu obozowym, patrzyli ze zgrozą. W pewnym momencie któryś z nich cicho zapytał stojącego obok współwięźnia-kapłana: „Gdzie jest teraz twój Chrystus?”. „Właśnie kona” – odpowiedział ksiądz. Niesamowite, że cierpienie, na które w taki sposób spoglądamy, staje się – w jakimś sensie – sakramentem!
Jesteśmy członkami Ciała Chrystusa. Właśnie to stanowi naszą najbardziej podstawową tożsamość i określa nasze najbardziej podstawowe powołanie (por. Rz 12; 1 Kor 12). „Gdy jeden członek cierpi” – stwierdza apostoł Paweł – „pozostałe uczestniczą w jego cierpieniu” (1 Kor 12, 26). Wraz z członkami cierpi również Głowa tego Ciała. Oznacza to, że we wszystkim, czego doświadczamy, nigdy nie pozostajemy w odosobnieniu. W cierpieniu nigdy nie pozostajemy sami. Choć inni członkowie Ciała mogą nie zważać na nasze cierpienie, Chrystus podejmuje je w całości. W każdym cierpiącym człowieku jest On obecny. Cierpienie otwiera na miłość. Bożą miłość. Paradoks? Niekoniecznie. To bliskość Boga, miłość uszlachetnia! Gdy towarzyszy cierpieniu, gdy staje się jedno z Przedwieczną Miłością, nabiera nadprzyrodzonego sensu. Wybudza z iluzji, że będziemy na tym świecie żyć wiecznie. Uczy wolności. Jest „dezintegracją pozytywną” – burzy, ale też pozwala dzięki temu wybudować coś nowego. Transformuje. Pozwala dostrzec inną miarę piękna.
Gdy Zmartwychwstały objawiał się swoim uczniom, uwiarygodniał się przez swoje Rany. One pozostały, ale już nie bolały! Zjednoczenie z Chrystusem nie sprawia, że cierpienie znika. Dalej pozostaje, ale ustawia człowieka w nowej perspektywie. Cierpienie przeżywane wspólnie ze Zmartwychwstałym, otwiera na inną rzeczywistość.
Zapraszam Państwa do lektury tekstów w kolejnych numerach „Apostolstwa Chorych”, w których spróbujemy się zmierzyć z trudnym tematem: dziecko – choroba – cierpienie – odchodzenie. Jak towarzyszyć choremu dziecku i rodzinie? Jak mu wytłumaczyć fakt choroby, cierpienia, niepełnosprawności? W jaki sposób zagospodarować przestrzeń domu, przeorganizować jego funkcjonowanie, czas domowników itp., gdy pojawi się w nim chore dziecko? Jak sobie radzić z emocjami?
Będzie nieco elementów psychoonkologii, powiemy sobie, czym są hospicja pediatryczne i perinatalne i dlaczego się różnią od tego typu placówek dla dorosłych. Wreszcie poszukamy odpowiedzi na pytania, jak się odbudować po śmierci dziecka, jakie są fazy żałoby, jakie pułapki czekają na zbolałych po odejściu dziecka rodziców. Jestem otwarty na Państwa sugestie. Zapraszam do kontaktu, dyskusji: dyrektor@hospicjumsiedlce.pl
Niech przez ten i kolejne teksty tegorocznego cyklu – jak mówił sam Jezus – „objawią się sprawy Boże”.
Zobacz całą zawartość numeru ►