Chrześcijanin wobec cierpienia

Chrystus nie przychodzi usunąć cierpienia, ale zbawić je, usuwając jego śmiertelny jad. Nie przychodzi, by pozbawić człowieka krzyża, alienując go z rzeczywistości, ale by podjąć krzyż i na nim zwyciężyć.

zdjęcie: Krzysztof Gawor

2026-01-30

Święty Franciszek z Asyżu stawiał swych uczniów przed krzyżem, kazał im się w niego wpatrywać i pytał: „Co ci mówi krzyż?”. Sam zresztą wcześniej dni całe spędzał przed wizerunkiem Ukrzyżowanego w maleńkim kościółku św. Damiana, szukając odpowiedzi na to pytanie. Ośmielić się spojrzeć na krzyż. Ośmielić się zadać mu pytanie. I poczekać na odpowiedź. Na pewno będzie niestandardowa.

Dlaczego cierpienie?

Co należy w naszym życiu do gatunku pytań najtrudniejszych? Bez wątpienia problem cierpienia. Zło zawinione w postaci przemocy, wojen, podłości, krętactw i rozczarowań, jak i zło niezawinione, choć nieuchronne, w postaci chorób, starzenia się, barier wydolności fizycznej czy psychicznej składa się na obraz ludzkiego cierpienia. Nie sposób wyliczyć, ani nawet wyobrazić sobie, a co dopiero przewidzieć wszystkich postaci i odmian spraw, które przenikają bólem i niszczą nasz ludzki świat. Wobec tego wszystkiego stajemy przerażeni i bezbronni, budzi to w nas lęk i osamotnienie, bezradność i bunt. Zwłaszcza, że w miarę rozwoju cywilizacji ludzkich i osiągania nowych pułapów nowoczesności ułatwiającej dobrobyt czy komunikację, cierpienia nie ubywa, a wręcz jest go jakby coraz więcej. Wielu ateistów twierdzi, że największym argumentem przeciw Bogu jest samo życie. Jeśli Bóg stworzył taki świat – uważają – byłoby lepiej zwrócić bilet wstępu do życia. „Taki Bóg, który pozwala na niewinne cierpienie i który dopuszcza bezsensowną śmierć, w ogóle nie jest godny miana Boga” – pisał Jurgen Moltmann. Choć, jak trzeźwo zauważył Joseph Ratzinger, „jest rzeczą uderzającą, że większość oskarżeń przeciwko Panu Bogu nie pochodzi od cierpiących tego świata, ale od sytych widzów, którzy nigdy nie cierpieli. Cierpiący nauczyli się widzieć”.

Każdy ma jakiś swój krzyż: jeden mniejszy, drugi całkiem okazały; u jednych jest wyrazisty i dostrzegalny, u innych starannie zamaskowany. Krzyż pojawia się zwłaszcza tam, gdzie cierpimy, nie rozumiejąc, dlaczego. Wydaje się absurdem. Najczęściej od krzyża uciekamy w grzech: dając upust złości. Święty Paweł pisał: „Wielu postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego” (Flp 3, 17). Apostoł głosił odważnie ów Krzyż Chrystusa, który dla Żydów, czyli osób religijnych jest skandalem, a dla Greków, to jest chcących wszystko zrozumieć, jest głupotą. Ludzie religijni (w sensie naturalnym) szukają Boga, by zdziałał na ich korzyść cud i uchronił ich od nieszczęść. W przeciwnym razie gorszą się mówiąc: „Bóg mnie skarał”. Natomiast racjonaliści, chcący wszystko ogarnąć umysłem, akceptują tylko to, co są w stanie racjonalnie przefiltrować i uzasadnić. Dla nas tymczasem – mówi św. Paweł – krzyż jest mocą i mądrością Boga, miejscem naszego uświęcenia i odkupienia. W krzyżu bowiem człowiek opuszcza bezużyteczne zabezpieczenia swojego „ja”, by wychylić się ku Bożej miłości i miłości drugiego człowieka. Dla wielu miejscem największej intymności z Bogiem stał się krzyż: szpital, wypadek lub inne poczucie fiaska. Wielu też krzyż nauczył dostrzec i kochać drugiego człowieka.

Krzyż musi być oświecony światłem Ewangelii! „Kto krzyż odgadnie, ten nie upadnie”. Dlatego Chrystus uczył: „Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” (Łk 14, 27). Ojciec Pio, gdy ludzie tłumnie przychodzili do niego, prosząc o modlitwę i uwolnienie od choroby, jakiejś życiowej trudności czy krzywdy, pytał: „O co przychodzicie mnie prosić? Żebym was pozbawił możliwości zbawienia?”. W krzyżu sam Bóg przychodzi do nas. Krzyż nas zmusza do szukania kontaktu z Nim.

Chwalebny krzyż Jezusa

Na krzyżu Bóg postanowił udzielić odpowiedzi na ten problem. Chrystus nie przychodzi usunąć cierpienia, ale zbawić je, usuwając jego śmiertelny jad. Nie przychodzi, by pozbawić człowieka krzyża, alienując go z rzeczywistości, ale by podjąć krzyż i na nim zwyciężyć. Bóg wszedł w cierpienie i śmierć, poddał się jego przekleństwu, aby w tym miejscu, gdzie ludzie gubią się i tracą sens życia – aż na dnie nędzy i rozpaczy, na krańcach ludzkiej wytrzymałości i akceptacji i poza nią – zatriumfować jako Pan nowego życia i Zwycięzca śmierci. Zwycięstwo odniesione na krzyżu nie polega na tym, że Chrystus usuwa cierpienie z ludzkiego doczesnego bytowania, ale że przezwyciężył On cierpienie miłością.

Oddał całkowicie swoje życie, pozwalając, by krzyż Go zmiażdżył. Zstąpił aż na samo dno ludzkiej klęski i upodlenia, aby stamtąd nas wydźwignąć. Zmartwychwstał i żyje, by zamienić mroki bólu na świetliste miejsce spotkania człowieka z miłością Boga. Zniszczył odium krzyża, przenikając życie człowieka światłem zbawienia.

Nauka krzyża jest paradoksem: to, co po ludzku jest znakiem klęski i uznawane za zło, dla Chrystusa staje się instrumentem przełamania zła i największą prawdą życia. Cierpienie na Kalwarii zostało wprowadzone w nowy wymiar. Zostało na zawsze związane z Miłością, osiąga swój szczyt: „Życie osiąga swój szczyt, swój sens i swoją pełnię, kiedy zostaje złożone w darze” („Salvifici doloris”, 22).

„Poprzez wieki i pokolenia stwierdzono – zauważył Jan Paweł II – że w cierpieniu kryje się szczególna moc przybliżająca człowieka wewnętrznie do Chrystusa, jakaś szczególna łaska”. Ksiądz Dolindo wyjaśniał to następująco: „Ludzi oddalonych Jezus przyciąga ku sobie przez ból. Ból dla duszy sprawiedliwej oznacza najpiękniejszy skrót drogi prowadzącej do nieba”. „Mądrości krzyża można nauczyć się tylko wtedy – mówiła św. Edyta Stein – gdy krzyż czuje się w samym sobie”.

Gościć w swoim ciele mękę Pana

Chciałbym to wesprzeć pewną szczególną ilustracją, świadectwem, stanowiącym o pewnym chrześcijańskim sekrecie tkwiącym w cierpieniu. David, siedemnastolatek z Rzymu, pozostawił po sobie opowieść na kanale YouTube: „Przeżyłem najlepszy rok w swoim życiu, spotkałem prawdziwe szczęście. Teraz już się niczego nie boję, nawet śmierci, bo Pan zawsze jest obok mnie”. Do Davida dotarła zła wiadomość: zachorował na raka. „Dla mnie wiadomość o tym, że w wieku 16 lat mam raka, była trudna”. Chłopiec zaczął odczuwać ból w nodze. Pomyślał, że to od zbytniej aktywności sportowej w ostatnich miesiącach. Był członkiem narodowej drużyny młodzieżowej hokeja podwodnego. Ból nasilał się coraz bardziej, w nocy miał problemy z zasypianiem, leki przeciwbólowe nie dawały prawie żadnego efektu. Lekarze zauważyli zmiany, postawili hipotezę o krwiaku, lecz potrzebna była weryfikacja. Rozpoczęła się batalia modlitewna przy wsparciu rodziny, znajomego księdza z parafii i przyjaciół. David przechodził przez kolejne próby wiary. Odprawiano msze, odmawiano nowenny, modlitwy, byle to nie był rak. Okazało się jednak inaczej. Dalsza ofensywa modlitewna dotyczyła tego, by nie był to rak złośliwy. Okazało się, że jest złośliwy i to o wysokim natężeniu złośliwości. Rozpoznanie medyczne należy do tych najgorszych: agresywny kostniakomięsak z maksymalnym progiem bólu. Włączona zostaje jeszcze intensywniejsza modlitwa o to, by nowotwór nie rozprzestrzenił się po całym organizmie. Okazuje się, że nastąpiły liczne przerzuty do płuc.

W tym momencie choroba zaczyna szybko się rozwijać: „Byłem niemal wściekły na Boga. Pytałem Go: «czemu modlę się o jedno, a Ty sprawiasz, że dzieje się coś innego? Dlaczego nie chcesz mi pomóc? Jaki jest sens modlitwy, skoro dzieje się coś dokładnie odwrotnego od tego, co chciałeś uzyskać?»”. Mimo trudności, David nadal szuka pocieszenia w Kościele i nie przestaje prosić o pomoc znajomych księży. Jeden z nich rzuca mu wyzwanie: „Davidzie, powierz Bogu swoją chorobę”. Chłopiec odczuwa w sobie kategoryczny sprzeciw, w głębi serca wie, że oznacza to pogodzenie się z możliwością śmierci. „Nie bój się – słyszy od kapłana. – Jezus też bał się w ogrodzie Getsemani: «Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie»” (Łk 22, 42).

„Pewnego razu trafiłem do szpitala na chemioterapię i nie mogłem spać – relacjonuje dalej David. Zacząłem odczuwać przepastny niepokój w sercu i postanowiłem się modlić. Wziąłem do ręki różaniec, który miałem obok siebie, i natychmiast zacząłem odczuwać ogarniające mnie przepiękne wzruszenie, które promieniowało w moim sercu. Bardzo, bardzo silne uczucie. Była to emocja, ale zupełnie inna niż radość, smutek, strach, złość czy coś tego rodzaju. Była to zupełnie nowa emocja, nigdy wcześniej nie odczuwana, piękna jak uczucie zakochania, jakbym się znalazł w siódmym niebie, coś jeszcze piękniejszego. Rozpłakałem się i płakałem przez około pół godziny, nie mogąc przestać, podczas gdy powracały mi do głowy słowa: «powierz Bogu swoją chorobę». Zaraz potem nadciągały inne myśli: «jeśli nie możesz powierzyć Bogu swej choroby, nie jesteś na to gotowy, módl się nadal, aby ci się to udało». Zaczynam odmawiać różaniec od nowa i czuję, że Pan znowu przychodzi do mnie. Jestem do głębi wstrząśnięty, bo doświadczam w sobie przejścia od sprzeciwu względem oddania Mu mojej choroby do głębokiego przekonania, że to jest jedyna rzecz, którą naprawdę pragnę zrobić. Zrozumiałem wtedy, że wszystkie moje plany i cały mój wysiłek wkładany w wymachiwanie rękami, byle tylko oddalić się od tej sytuacji, działa jedynie na moją niekorzyść. Pan pokazywał mi, że moje życie może odpowiedzieć nie na moją, ale na Jego wolę. I od początku choroby to mi wyraźnie pokazywał: chciałem krwiaka i to był rak, chciałem, żeby był łagodny, okazał się złośliwy, i tak dalej. Moje życie nie było już w moich, ale w Jego rękach. Od tego momentu przeżyłem dosłownie najlepszy rok w moim życiu. Jestem naprawdę szczęśliwy i przestałem bać się śmierci, ponieważ zrozumiałem, że mam po swojej stronie Boga, który pragnie tylko mojego szczęścia. Nawet najbrzydsza i najokropniejsza rzecz, jeśli taka jest Jego wola, może przeobrazić się w coś najpiękniejszego, co może nam się przydarzyć”.

Odkupiciele w Odkupicielu

W Wielki Piątek David nie mógł już fizycznie wziąć udziału we wspólnej modlitwie z własną wspólnotą. Jego przyjaciele poradzili mu, by wziął udział w transmitowanym za pośrednictwem telewizji nabożeństwie odprawianym przez Ojca Świętego w rzymskim Koloseum. Za każdym razem, gdy droga krzyżowa docierała do kolejnego upadku Jezusa pod krzyżem, odczuwał silny ból. Gdy Jezus dotarł na szczyt Golgoty i umierał na krzyżu, ból był bardzo silny i naprawdę przeszywający. Kiedy to minęło, David czuł, że Chrystus jest z nim. Był wzruszony, mogąc gościć Jego mękę w swoim ciele.

Ostatni okres choroby był dramatyczny, zwłaszcza ostatnie tygodnie: rak objął już niemal wszystkie ważne narządy. Chłopiec bardzo cierpiał, miał trudności z oddychaniem, ale nigdy się nie skarżył. Oddawał całego siebie, przelewał swój ból na krzyż, składając z każdej minuty swojego cierpienia ofiarę Bogu Ojcu. Wśród cierpień, na krótko przed zapadnięciem w śpiączkę, towarzyszący mu kapłan usiłował wspierać chłopca duchowo: „Uważaj, David, bo diabeł będzie próbował podawać w wątpliwość istnienie Boga”. David wyszeptał z przekonaniem: „To się nie wydarzy!”. „Bądź czujny – mówił ksiądz – diabeł nie jest sentymentalny. Zapadasz w śpiączkę, ale twoja dusza będzie czujna... Musisz stanąć na nogi”.

David odszedł w uroczystość Bożego Ciała. Wydawało się, że na twarzy ma wypisane zdanie, które powtarzał każdemu, kogo w tamtym okresie spotkał: „Jeśli ja jestem szczęśliwy, to jak ty możesz nie być?”. „Było dla mnie czymś oczywistym, że w tym chłopcu kryje się obecność Kogoś innego, moc Boga – zwierzał się ks. Pierangelo Pedretti. Co mogłem dać Davidowi? Głosiłem mu nieustannie Ewangelię, którą ktoś kiedyś głosił mnie. David nie przeżywał całego swego zmagania z oczami utkwionymi w niebo. Bywały chwile, jak w przypadku Jezusa: «Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?» (Mt 27, 46). Zdarzały się przejścia przez tunel. Wtedy wołał cały podekscytowany: «A jeśli niebo nie istnieje, a ja umieram!». I zaraz prosił: «Otwórz mi Biblię!». W ten sposób pozwalał się Bogu pocieszać”.

Ksiądz Pierangelo opowiadał też, że David poświęcił swe życie i cierpienie w intencji nawrócenia swych rówieśników. W szpitalu sporządził listę tych, których chciał do siebie zaprosić. Pojawiali się u niego przy łóżku, jeden po drugim, młodzi ludzie z tatuażami, kolczykami w skórze; ktoś brał narkotyki, ktoś żył z drugą osobą bez ślubu, ktoś inny handlował czymś na czarno, bywał w nocnych klubach… Prosił, by ks. Pierangelo każdemu z nich głosił Dobrą Nowinę. Ściskał mu rękę i szeptał: „Powiedz mu kerygmat!”. Gdy lista się wyczerpała, David odszedł.

Wielu świadczy dziś o tym, jak David pomaga im zza grobu. „Jakiś miesiąc temu natrafiłam na film Davida na YouTube – opowiada dla przykładu Mariarca, dwudziestojednoletnia studentka biologii na Uniwersytecie Fryderyka II w Neapolu. Od razu sprawił mi wielką radość, szczególnie z powodu swego całkowitego oddania się w ramiona Pana... Od tego czasu zaczęłam się do niego często modlić i rozmawiać z nim tak, jak rozmawia się z przyjacielem. Modliłam się do niego szczególnie przed bardzo trudnym do zdania egzaminem. Rankiem 6 czerwca, w Boże Ciało, około godziny siódmej, siódmej trzydzieści śniło mi się, że David dodaje mi otuchy. Powiedział mi: «Zdasz egzamin». W tym momencie rozpłakałam się. Wtedy powiedział do mnie: «Pan nas kocha pomimo wszystkich naszych słabości i ułomności». Podeszłam do egzaminu i zdałam”.

Inna kobieta o imieniu Barbara, opowiada: „Wczoraj przydarzyła mi się dziwna rzecz. Byłam w pracy. Byłam sama w pokoju i drzwi były zamknięte, odwróciłam się w stronę drzwi i miałam «błysk». Zobaczyłam nastoletniego chłopca. Nie był zbyt wysoki, bez bujnych włosów i ubrany w prosty szary T-shirt. Po tym „błysku” wszedł do jej pokoju Pino, kolega z pracy, za którego modliła się już od dłuższego czasu, ponieważ cierpiał na raka żołądka i miał przejść poważną operację. „Pino nie musiał już być więcej operowany, czuje się dobrze. Nie wiem, ale moim zdaniem ten chłopak naprawdę jest przy Bogu”. Ponoć nieustannie coraz to nowi rówieśnicy Davida zaczynają szukać Boga pod wpływem pozostawionych na YouTube jego świadectw.

Papież Benedykt XVI podczas swej pielgrzymki do Fatimy w 2010 roku powiedział do chorych: „Cierpienie przeżywane razem z Jezusem służy zbawieniu braci”. I dodał: „Przyjmijcie to wezwanie Jezusa i zawierzcie mu każdą przeciwność i ból, z jakim się mierzycie, aby stały się one – zgodnie z Jego planami – narzędziem odkupienia dla całego świata. Będziecie odkupicielami w Odkupicielu, tak jak jesteście synami w Synu. Pod krzyżem jest Matka Jezusa, nasza Matka”.


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, pozostali Autorzy, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2026nr02