Z Jezusem na sercu

Rozmowa z prof. Janem Holeksą, botanikiem i nadzwyczajnym szafarzem Komunii świętej.

zdjęcie: Canstockphoto.pl

2026-01-07

Redakcja: – Od 20 lat jest Pan nadzwyczajnym szafarzem Komunii świętej. Jak wygląda Pana posługa chorym?

prof. Jan Holeksa: – Przez te wszystkie lata odwiedzałem chorych w tych parafiach, na terenie których mieszkałem. Najpierw była to parafia Przemienienia Pańskiego w centrum Katowic, potem parafia Świętej Rodziny w Katowicach-Brynowie, następnie parafia Najświętszej Maryi Panny Matki Odkupiciela w Poznaniu, a obecnie parafia Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Zawoi Górnej. Z Komunią świętą do chorych udaję się regularnie w każdą niedzielę. W Zawoi odwiedzam siedem domów, w których do niedawna było jeszcze dziesięcioro chorych, teraz – po śmierci jednej pani – jest dziewięcioro. Coniedzielny obchód zajmuje mi około 3 godziny. Jeśli chodzi o przebieg mojej wizyty u osoby chorej, to trwa ona 15-20 minut. Przed obrzędem Komunii modlę się z chorym i innymi obecnymi osobami oraz witamy Pana Jezusa jedną z pieśni eucharystycznych. Dziękujemy Panu Jezusowi za Jego obecność wśród nas i za to, że karmi nas swoim Najświętszym Ciałem, stając się kimś najbliższym. Następnie jest akt pokutny, czyli przeproszenie za grzechy. Potem czytam fragment Ewangelii i razem zanosimy do Boga prośby w intencjach, które nawiązują do przeczytanego fragmentu oraz odnoszą się do sytuacji chorego i jego rodziny. Modlitwa Pańska poprzedza przyjęcie Komunii świętej przez chorego, po czym następuje chwila ciszy i dziękczynienie Panu Jezusowi wspólnym śpiewem. Po końcowej modlitwie jest czas na rozmowę z chorym i jego najbliższymi. Rozmowy te rodzą się spontanicznie, niemal zawsze z inicjatywy chorych, i dotyczą różnych spraw.

– Co daje Panu posługa chorym od strony ludzkiej i duchowej?

– Największym duchowym darem jest dla mnie bliskość Pana Jezusa pod postaciami eucharystycznymi. Gdy niosę Go chorym, spoczywa na moim sercu w bursie. Pan Jezus staje się dla mnie kimś najbliższym, bo jestem z Nim cały czas – nie tylko wtedy, gdy udzielam Go chorym, ale także podczas drogi. Moja więź z Panem Jezusem umacnia się dzięki temu i pogłębia. Natomiast od strony czysto ludzkiej, dzięki tej posłudze poznaję osoby, których z pewnością w innych okolicznościach bym nie poznał, a już na pewno nie tak blisko. Przychodzę do ich domów i dzięki temu jestem z nimi u nich. Sytuacja domowa jest ze swojej natury sytuacją intymną, bo jeśli zaprasza się kogoś do domu, to ten ktoś staje się kimś bliskim, zwłaszcza jeśli spotkanie nie jest jednorazowe, ale są to odwiedziny regularne. Ponadto mogę dzięki wizytom w domach osób chorych poznać także ich najbliższych i opiekunów. Często mam okazję do ważnych i serdecznych rozmów, które wiele mnie uczą i przynoszą radość. Są to dla mnie naprawdę cudowne chwile.

– Co skłoniło Pana przed laty do podjęcia posługi szafarza?

– Aby odpowiedzieć na to pytanie, muszę cofnąć się do 21 stycznia 1998 roku – dnia, w którym zostałem przyjęty do Kościoła katolickiego (wcześniej byłem ewangelikiem) przez ks. Jana Waliczka, ówczesnego proboszcza parafii Przemienienia Pańskiego w Katowicach. Zrodziło się wówczas we mnie pytanie o moje miejsce w Kościele. Kościół jest ogromny i dla każdego jest w nim miejsce, ale ja szukałem tego mojego, konkretnego miejsca. W ramach tego poszukiwania początkowo znalazłem dwa bardzo ważne dla mnie miejsca zaangażowania: wspólnotę Sióstr Misjonarek Miłości. Do ich domu w Katowicach przychodziłem raz w tygodniu przez dziesięć lat, aby służyć ubogim, których siostry przyjmują i karmią. Drugim miejscem stała się katowicka wspólnota Świeckiego Zakonu Karmelitów Bosych, w której złożyłem przyrzeczenia definitywne, a od kilku lat mam status członka wspierającego. Później postanowiłem także zaangażować się w parafii Przemienienia Pańskiego w grupę świeckich lektorów, tym bardziej, że od chwili przyjęcia mnie do Kościoła katolickiego każdego dnia byłem na mszy świętej. Któregoś razu podczas takiego spotkania, a było to sześć lat po tym, jak stałem się katolikiem, usłyszałem pytanie ks. Zenona Działacha, który był wtedy proboszczem w mojej parafii, czy kiedyś doczeka się, że będzie u nas nadzwyczajny szafarz Komunii świętej. To pytanie nie dawało mi spokoju, bo odczytałem je jako skierowane wprost do mnie. Po kilku dniach poszedłem więc do księdza proboszcza i powiedziałem, że jestem gotów przygotować się do posługi szafarza. Po okresie przygotowania biskup Stefan Cichy ustanowił mnie do tej posługi i po raz pierwszy służyłem w parafii jako szafarz w Wielkanoc 2005 roku.

– Pamięta Pan chorych, których odwiedzał Pan przed laty? Głęboko zapisali się w Pana sercu?

– Z pewnością nie sposób zapomnieć kogokolwiek spośród chorych, których odwiedzałem kiedyś lub odwiedzam obecnie. W pamięć szczególnie zapadła mi pani Agnieszka, którą odwiedzałem w Poznaniu. Mieszkała sama, wcześniej pochowała męża i syna. Mimo swojej samotności zawsze była uśmiechnięta i pogodna. Niesamowite było u niej to, że kiedy wypowiadałem przy niej słowa modlitwy, ona jakby czytając w moich myślach, równocześnie mówiła je na głos wraz ze mną. Nie wiem jak to było możliwe, ale wręcz mówiliśmy jednym głosem. Teraz, wśród chorych w Zawoi, podobnie czyni pani Marianna. Wielu z chorych odwiedzanych przeze mnie już nie żyje. Staram się o nich pamiętać, przywołując ich imiona w codziennej modlitwie brewiarzowej.

– Czy szafarz może się czegoś nauczyć od chorych i ich najbliższych?

– Tak. Od rodzin, w których jest osoba chora można nauczyć się pięknego sprawowania opieki, cierpliwości i miłości. Opiekę nad chorym członkiem rodziny najczęściej sprawują dorosłe dzieci lub wnuki albo współmałżonkowie. Ich pełna oddania troska zawsze niezwykle mnie ujmuje. Natomiast sami chorzy uczą mnie szczególnie dwóch rzeczy: nieustannej modlitwy i pokory w przyjmowaniu krzyża cierpienia. Przy łóżku osób chorych zawsze jest jakiś modlitewnik, książeczka do nabożeństwa albo różaniec. Te osoby naprawdę nieustannie się modlą. Często porównuję chorych do osób żyjących w zakonach kontemplacyjnych, które przecież też nieustannie się modlą. Chorzy przez modlitwę i ofiarę cierpienia naprawdę podtrzymują Kościół, parafię, świat. Chorzy dają mi kapitalną lekcję, jak przyjmować krzyż choroby. Zwykle są pogodni i rzadko skarżą się na swoją sytuację. To mi pokazuje, jak ja powinienem żyć na co dzień, także w zetknięciu z osobistym cierpieniem.

– Jednak osobą chorą, od której nauczył się Pan najwięcej, była Pana mama.

– Przy łóżku mojej mamy spędziłem cztery lata. Bycie przy niej – dzisiaj to wiem – przygotowywało mnie do posługi chorym, którą pełnię obecnie, choć nie tylko do niej. Nie własną wolą i nie własnymi siłami tego dokonałem, że cztery lata spędziłem przy sparaliżowanej mamie, która po udarze mózgu nie odzyskała mowy i nic nie potrafiła samodzielnie zrobić. To zdziałała Boża pomoc, która z dnia na dzień wspierała mnie i dodawała siły. Te cztery lata były czasem mojej przemiany. Wcześniej myślałem głównie o sobie, o swojej pracy, sukcesach naukowych i zawodowych. To zajmowało moje myślenie i większość czasu, nawet rodzina była na drugim planie. Czas spędzony przy mamie pomógł mi przewartościować wiele rzeczy w moim życiu. To, co dotąd było dla mnie najważniejsze, ustąpiło przed służbą drugiemu człowiekowi i przed miłością. Lata choroby mamy stały się dla mnie i dla naszej rodziny błogosławieństwem. Moja żona Krysia powiedziała mi kiedyś: „Jasiu, stałeś się innym człowiekiem”. Tak, stałem się i jestem innym człowiekiem. Moja ukochana mama urodziła mnie dwa razy. Razem z tatą dała mi życie w chwili poczęcia. Potem rozwijałem się przez dziewięć miesięcy pod jej sercem i przyszedłem na świat. Powtórzyło się to po latach: przez cztery lata rozwijałem się duchowo przy jej łóżku i narodziłem się z chwilą jej śmierci. Kiedy odchodziła, byłem przy niej i trzymałem ją za rękę. Pamiętam wielki pokój w moim sercu, brak żalu i dziękczynienie Bogu za mamę.

Wcześniej niewiele było miłości w moim życiu. Mało miłości było w moich relacjach z najbliższymi, bo najważniejsze miejsce zajmowała praca. Wstyd się przyznać, ale nawet studenci byli nieraz ważniejsi niż to, co działo się w domu. Opieka nad mamą i poświęcony jej czas uświadomiły mi, że spotkanie z chorobą może być błogosławieństwem. Pan Bóg pozwolił mi przez to dostrzec coś, na co wcześniej byłem zupełnie ślepy. I powiem więcej, że wręcz trzeba Panu Bogu dziękować za ten krzyż. Bo on nas zmienia, on pozwala zobaczyć świat, relacje z bliskimi zupełnie inaczej. Odrzucenie krzyża jest największym przekleństwem, jakie może człowieka w życiu spotkać.

– Cztery lata stałej opieki nad chorą osobą to wielki wysiłek fizyczny, organizacyjny, rodzinny. Z pewnością wiele Pana kosztowało, by pogodzić ze sobą opiekę nad mamą, obowiązki wobec swojej rodziny, pracę, uczelnię…

– Gdyby ktoś mi na początku drogi z mamą powiedział, że ten czas potrwa cztery lata, chyba bym wtedy zwariował. Ale kiedy coś się odbywa dzień za dniem, staje się łatwiejsze. Ten czas nauczył mnie, aby każdy dzień traktować jako ten najważniejszy w życiu, skupiając się na tym, co dzisiaj jest do zrobienia i starać się zrobić to jak najlepiej. Oczywiście trzeba planować przyszłość, przewidywać, ale opieka nad osobą chorą daje szczególną możliwość skupienia się na tym, co dzieje się tu i teraz. Teraz mogę komuś pomóc, teraz moje ręce mogą kogoś pogłaskać, pocieszyć, teraz moje nogi mogą mnie do kogoś zaprowadzić, teraz mogę pójść z Komunią do chorego. A to, czy ja będę robił coś przez kolejne lata czy może tylko jeszcze przez tydzień, nie ma znaczenia. Najważniejsze, by skupić się na tym, co jest do zrobienia teraz i robić to z oddaniem i miłością.

– W myśl tej właśnie zasady zrezygnował Pan ze swojej działalności naukowo-dydaktycznej, która w ostatnim czasie miała miejsce w weekendy, aby w niedzielę mieć czas dla chorych.

– Tak. Do niedawna prowadziłem sobotnio-niedzielne wykłady w Prywatnej Szkole Turystyki i Ekologii w Suchej Beskidzkiej. Przynosiło mi to wiele satysfakcji. Ale jeśli podjąłem decyzję o zaangażowaniu się w parafii, najpierw od roku jako kościelny, a od kilku miesięcy jako nadzwyczajny szafarz Komunii świętej, to musiałem zrezygnować z innych zobowiązań. To jest rezygnacja z czegoś ważnego na rzecz czegoś ważniejszego. Choć wolę mówić, że nie zrezygnowałem, ale wybrałem.

– Mówił Pan już o radościach związanych z posługą szafarza. A są też jakieś trudności?

– Pewną trudnością w obecnym miejscu mojej posługi, czyli w Zawoi, są duże odległości, które mam do pokonania między domami chorych – to aż 14 kilometrów. W Katowicach i Poznaniu te odległości były dużo mniejsze i mogłem je przemierzać pieszo. W Zawoi ktoś musi mnie podwozić autem. Początkowo był to kolega, a teraz jest to moja żona Krysia. I tak, co niedzielę nie tylko ja jestem bardzo blisko z Panem Jezusem, kiedy jest On w bursie na moim sercu, ale jesteśmy z Nim wspólnie z żoną. To jest dla mnie niesamowite, że możemy niejako tę posługę pełnić razem. Można więc powiedzieć, że z tej trudności związanej z odległościami zrodziła się wielka radość i błogosławieństwo dla naszego małżeństwa. Poza tym spotyka nas tutaj wielka wdzięczność ze strony chorych, którzy chcą się odwdzięczyć za to, że regularnie przywozimy im Pana Jezusa. To bywa dla nas czasem krępujące, ale jednocześnie uczy nas, żeby przyjmować od ludzi dobro, które chcą nam wyświadczyć. Po dwóch latach życia w Zawoi jestem przez niektóre osoby przyjmowany jako swój i to jest dla mnie jedna z największych radości. To niezwykłe, jak zaangażowanie w Kościele i parafii zbliża ludzi do siebie. Czułem to wszędzie, gdzie byłem, choć chyba na wsi ma to szczególny charakter.

– To piękne, że jest Pan tak serdecznie przyjmowany w domach chorych i że chcą oni korzystać z Pana posługi. Choć trzeba powiedzieć, że czasem posługa nadzwyczajnych szafarzy Komunii świętej spotyka się także z dezaprobatą.

– To prawda, że potrzeba nieraz czasu i cierpliwości, by ktoś przekonał się do posługi nadzwyczajnego szafarza. Zwykle ta nieufność nie wynika ze złej woli, ale bardziej z niewiedzy albo obcowania z czymś nowym. Zachęcam więc osoby chore, aby zechciały przyjmować Pana Jezusa, który pragnie do nich przychodzić. Nie stawiajmy Panu Jezusowi warunków, pod jakimi możemy Go przyjąć. Pan Jezus w rękach nadzwyczajnego szafarza, powołanego przez biskupa, jest tak samo święty jak w rękach kapłana. To jest zawsze ten sam wielki, święty i żywy Bóg.

– Dziękuję Panu za rozmowę i piękne świadectwo posługi wobec chorych.


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2025nr12, Z cyklu:, W cztery oczy