Z radością trwamy we wspólnocie Apostolstwa Chorych
Beata Malinowska z Zebrzydowic i Łucja Sidoruk z Ochab, członkinie Apostolstwa Chorych, opowiadają o swojej niezwykłej przyjaźni, o duchowej sile płynącej z rekolekcji oraz o wzmacnianiu wiary i relacji we wspólnocie osób chorych.
zdjęcie: Archiwum prywatne
2025-10-10
Redakcja: – Beato, jesteś osobą niepełnosprawną. Czy Twoja niepełnosprawność trwa od urodzenia?
Beata Malinowska (BM): – Tak, jestem osobą niepełnosprawną od urodzenia. Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego taka się urodziłam i co jest przyczyną mojej niepełnosprawności. Chociaż przeszłam wiele badań, lekarze niestety nie potrafili postawić jednoznacznej diagnozy i za każdym razem wskazywali na różne możliwe przyczyny mojego stanu.
– Przez pierwsze lata życia doświadczyłaś wielu operacji i pobytów w szpitalach.
BM: – Właściwie do 5. roku życia prawie cały czas przebywałam w szpitalach. Przeszłam liczne operacje, głównie w szpitalu w Piekarach Śląskich, ale także w Bytomiu i w Cieszynie. Podczas leczenia spotkało mnie wiele przykrych i bolesnych przeżyć, ale doświadczyłam także ogromnie dużo dobra. Sporo zawdzięczam zwłaszcza jednemu lekarzowi z Piekar Śląskich, który dzięki swoim umiejętnościom i determinacji przyczynił się do tego, że mogę samodzielnie chodzić. Oczywiście poruszam się głównie na wózku inwalidzkim, ale potrafię też przemieszczać się o własnych siłach np. w domu. Wielkim wsparciem była i jest dla mnie rodzina. Zawsze czułam się kochana przez moich rodziców i rodzeństwo, którzy z jednej strony okazywali mi we wszystkim pomoc, a z drugiej strony nigdy nie dawali mi odczuć, że jestem od nich słabsza w jakikolwiek sposób zależna. Robili wszystko, abym mogła prowadzić normalne życie. Poświęcali mi wiele uwagi i troski. Podobnie było wśród koleżanek i kolegów w szkole. Od nich oraz od nauczycieli otrzymałam wiele wsparcia. Na potwierdzenie tego mogę powiedzieć, że niektóre moje przyjaźnie z czasów przedszkola i szkoły przetrwały do dzisiaj.
– A jak potoczyły się Twoje losy rodzinne i zawodowe?
BM: – Skończyłam szkołę podstawową i liceum, w którym zdałam maturę. Po skończeniu liceum chciałam pójść na studia, ale na tamten czas niestety nie miałam takiej możliwości. Do wyboru pozostała mi więc albo renta albo praca. Wybrałam pracę i przez 3 lata pracowałam w szpitalu uzdrowiskowym w Ustroniu jako recepcjonistka. W pracy nawiązałam nowe znajomości i przyjaźnie – między innymi tam poznałam Łucję. Z czasem założyłam także własną rodzinę i urodziłam trójkę wspaniałych dzieci.
– Łucjo, jak z Twojej perspektywy wyglądał początek Waszej znajomości z Beatą?
Łucja Sidoruk (ŁS): – Kiedy Beata została przyjęta do pracy na recepcji, ja w ustrońskim szpitalu pracowałam od 1,5 roku jako pielęgniarka. To były lata 80., szpital się rozbudowywał, zatrudniał wielu pracowników. Pamiętam, że wówczas panowały tam bardzo dobre relacje – wszyscy chętnie sobie pomagali i okazywali sobie wsparcie. Beata mieszkała w hotelu pracowniczym, bo codzienne dojazdy do pracy z jej rodzinnych Zebrzydowic byłyby niemożliwe bez samochodu, którego wówczas jeszcze nie miała. Mogę powiedzieć, że polubiłyśmy się od razu, od pierwszego spotkania. Beata jest niezwykle ciepłą, otwartą, życzliwą i spontaniczną osobą, obok której nie da się przejść obojętnie. Nasza przyjaźń przeszła próbę czasu i trwa do dzisiaj. Jest ona dla mnie czymś fantastycznym, bo w naszej relacji ufamy sobie całkowicie i akceptujemy siebie nawzajem.
– Beato, jako osobie niepełnosprawnej, z pewnością nie było Ci łatwo wychować trójkę dzieci i stworzyć dla nich dom.
BM: – Niepełnosprawność uczy pokory w wielu dziedzinach, także w życiu małżeńskim i rodzinnym. Nie ukrywam, że trudności nie brakowało, ale jeśli w rodzinie panują miłość i zgoda, to z Bożą pomocą można pokonać wszystkie przeszkody. Wychowanie dzieci i zajmowanie się domem było dla mnie dużym wyzwaniem i włożyłam wiele wysiłku, aby moja rodzina była szczęśliwa i zaopiekowana. Zwykłe, codzienne obowiązki wymagały ode mnie sporego zaangażowania, bo zależało mi na tym, aby dzieci wracały do domu, który będzie kochający i bezpieczny. Robiłam wszystko, aby realizować się jak każda zdrowa mama, ale mając swoje ograniczenia, nie zawsze mogłam towarzyszyć moim dzieciom we wszystkich aktywnościach np. w górskich wędrówkach, w jeździe na rowerze czy w zabawach na basenie. Brakowało mi tego i nieraz odczuwałam z tego powodu smutek. Myślę jednak, że mimo różnych przeszkód udało mi się wychować dzieci na porządnych i wrażliwych ludzi. Mogę śmiało powiedzieć, że obecnie zbieram dobre owoce tego wychowawczego trudu sprzed lat, bo moje dorosłe już dzieci bardzo o mnie dbają. Ich pomoc jest niezwykle wrażliwa i mądra. Nie dają mi odczuć, że jestem niepełnosprawna. Dziękuję Bogu za rodzinę i za to, że moje dzieci wyrosły na dobrych ludzi.
ŁS: – Dopowiem, że Beata nie tylko wspaniale dbała i nadal dba o swoją rodzinę, ale także, gdy ja urodziłam dzieci, bardzo mnie wspierała. Beata przeszła tę drogę jako pierwsza i dlatego jej mądre rady były dla mnie bezcenne. Kiedy dopadały mnie jakieś macierzyńskie czy rodzinne kryzysy, od razu przypominałam sobie o Beacie, która podołała wszystkim trudnym obowiązkom macierzyństwa, będąc przecież osobą niepełnosprawną. I kiedy przychodziła pokusa narzekania, zawstydzałam się i powtarzałam sobie, że skoro Beata jest tak dzielna i wytrwała, to ja też muszę zrobić wszystko, aby dać radę. Rozumiemy się z Beatą bardzo dobrze, bo łączy nas wiele wspólnych doświadczeń. Są sprawy, problemy, o których nie opowiada się wszystkim dookoła, ale tylko najbardziej zaufanej osobie. Myślę, że jesteśmy dla siebie nawzajem takimi właśnie osobami. I choć Beata i ja mamy także inne przyjaciółki, nasza relacja jest wyjątkowa.
– Beato, czy kiedykolwiek przeżywałaś jakiś bunt dotyczący Twojej niepełnosprawności?
BM: – Przez całe życie ani razu nie pomyślałam, że jestem w jakikolwiek sposób pokrzywdzona przez los. Nigdy nie miałam do nikogo pretensji o to, że jestem niepełnosprawna. Po prostu przyjęłam swoją niepełnosprawność i godzę się z nią całkowicie. Oczywiście nie znaczy to, że cieszę się z niepełnosprawności i że nie przeżywam w związku z nią żadnych trudności. Nieraz bywają chwile załamania i bólu, w których czuję, że wszystko mnie przerasta i że nie dam rady znieść więcej. Wtedy proszę Pana Boga, aby mi pomógł i mnie umocnił. Nie zdarzyło się, abym w tych prośbach kiedykolwiek się zawiodła. Zawsze dzięki Bożej pomocy i ludzkiej życzliwości w końcu wracam do równowagi po trudniejszych chwilach. Wierzę, że kiedyś się dowiem, dlaczego jestem osobą niepełnosprawną. Być może w Bożych planach ta moja niepełnosprawność jest komuś potrzebna, być może kogoś uratowała albo ustrzegła przed czymś złym… Nigdy nie modliłam się o uzdrowienie fizyczne, za to Pan Bóg wielokrotnie przychodził do mnie z uzdrowieniem wewnętrznym. Wlewał w moje serce pokój i radość, dając odczuć mi swoją bliskość. Pan Bóg błogosławi mi każdego dnia, posyłając do mnie dobrych ludzi. Mam więc za co Mu dziękować.
– Jak to się stało, że kilka lat temu odkryłyście wspólnie duchową drogę, którą proponuje Apostolstwo Chorych?
ŁS: – Można powiedzieć, że to był przypadek. Przed laty opiekowałam się mamą, która przechodziła rekonwalescencję po złamaniu biodra. Dbałam o to, aby każdego miesiąca do mamy przychodził ksiądz z posługą sakramentalną. Ksiądz przynosił mamie miesięcznik „Apostolstwo Chorych”. Któregoś dnia przeglądając czasopismo, trafiłam na informację o organizowanych w Brennej rekolekcjach dla chorych. Był to akurat czas, kiedy razem z Beatą przeżywałyśmy trudniejszy okres w życiu. Byłyśmy zmęczone i przytłoczone codziennymi obowiązkami. Obydwie potrzebowałyśmy odpoczynku i „odejścia na bok”. Postanowiłyśmy pojechać na rekolekcje dla chorych, bo uznałyśmy, że Beata sobie poradzi w takiej grupie pod względem poruszania się i intensywności programu dnia. Przyznaję szczerze, że wówczas naszą główną motywacją wyjazdu na rekolekcje była chęć oderwania się od codziennych spraw. Chciałyśmy mieć po prostu trochę spokoju i czasu dla siebie i Pana Boga.
BM: – Wybór rekolekcji Apostolstwa Chorych okazał się w naszym przypadku „strzałem w dziesiątkę”. Na rekolekcjach był czas na codzienną Eucharystię, adorację Najświętszego Sakramentu, spotkania w grupach dzielenia, spowiedź świętą. Mogłyśmy się wyciszyć i oddać modlitwie, która w codzienności nie zawsze bywa pogłębiona. Oprócz tego miałyśmy okazję doświadczyć siły i radości płynącej z przebywania we wspólnocie. Okazuje się, że osoby chore, mimo swoich różnych dolegliwości są radosne, chętne do rozmów, pełne nadziei i wiary. Na pierwszych rekolekcjach od razu poczułam, że wspólnota Apostolstwa Chorych jest bliska mojemu sercu. Teraz każdego roku uczestniczymy w rekolekcjach, bo one bardzo nas umacniają i dają nam siłę na kolejne miesiące.
ŁS: – Dla mnie rekolekcje Apostolstwa Chorych były czasem zmiany myślenia o wielu sprawach. Mogłam zaczerpnąć z życiowego doświadczenia innych uczestników, sporo starszych ode mnie. Atmosfera rekolekcji i treści dostosowane do osób chorych sprzyjają pogłębieniu relacji z Panem Bogiem. Nauki rekolekcyjne są „dla nas i o nas”, więc każdy uczestnik łatwo może się w nich odnaleźć i otrzymać odpowiedzi nie nurtujące go pytania.
– Duchowa droga, którą proponuje Apostolstwo Chorych jest trudna i wymagająca. Nie miałyście trudności z zaakceptowaniem trzech warunków przynależności do wspólnoty, by przyjąć, nieść i ofiarować cierpienie?
BM: – Duchowość Apostolstwa Chorych faktycznie jest wymagająca. Nie łatwo przecież zrozumieć, że to co trudne, a więc np. cierpienie, może mieć głęboki sens. Ale ten sens można przez wiarę odnaleźć w krzyżu Pana Jezusa i „wykorzystać” cierpienie w dobrym celu – ofiarując je w różnych intencjach. Człowiek sam nie dałby rady podjąć takiej drogi, ale w zjednoczeniu z Panem Jezusem jest to możliwe. Myślę, że niezwykle ważne jest poczucie wspólnoty, duchowej bliskości z innymi chorymi. Wierzę, że dzięki tej duchowej bliskości członek Apostolstwa Chorych nigdy nie jest sam, nawet gdyby zewnętrznie był opuszczony i zapomniany przez wszystkich wokół. Apostolstwo Chorych pomaga mi w inny sposób popatrzeć na moją niepełnosprawność. Kiedy nachodzą mnie złe myśli i zwątpienie, wówczas pomaga mi świadomość, że nie jestem sama.
ŁS: – Od 36 lat jestem pielęgniarką. Moja praca polega na usuwaniu cierpienia i na uśmierzaniu bólu chorych. Zanim znalazłam się we wspólnocie Apostolstwa Chorych, nie myślałam o cierpieniu w taki sposób, że ono może mieć jakiś głębszy sens. Oczywiście nie chodzi o szukanie cierpienia i pragnienie go, ale gdy ono się pojawia i nie da się go pokonać, wówczas można spożytkować je w sposób duchowy dla dobra innych. Apostolstwo Chorych uświadomiło mi, że cierpienie jest czymś wielkim i doniosłym, choć bardzo trudnym.
– W jakich intencjach ofiarujecie Panu Bogu swoje cierpienia?
BM: – Zawsze wiele się modliłam, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że oprócz modlitwy mogę ofiarować Panu Bogu także moją niepełnosprawność w konkretnych intencjach. Dopiero Apostolstwo Chorych uświadomiło mi, że moje cierpienie ma ogromną wartość w Bożych oczach i że On przyjmuje każdą moją ofiarę, udzielając przez to łaski komuś innemu. Modlę się więc za swoich najbliższych i za kapłanów. Mój brat jest księdzem i dobrze wiem, jak bardzo kapłani potrzebują modlitwy i ofiary cierpienia osób chorych.
ŁS: – W życiu zdarzają się sytuacje, które nas po ludzku przerastają. Jest ich bardzo wiele. Zawsze wzbudzam w sercu pragnienie, aby Pan Bóg moją modlitwę i cierpienie przyjął w intencji kogoś, kto w tej chwili najbardziej potrzebuje Jego pomocy. Wierzę, że On potrafi te łaski najlepiej rozdysponować.
– W tym roku uczestniczyłyście w rekolekcjach Apostolstwa Chorych w Piekarach Śląskich. Beato, wiem, że dla Ciebie to miejsce ma szczególne znaczenie.
BM: – Czerwcowe rekolekcje miały odbyć się w Kokoszycach, ale zostały przeniesione do Piekar Śląskich. Kiedy dowiedziałam się o tej zmianie, potraktowałam to jako szczególny znak od Pana Boga i zaproszenie samej Matki Bożej. Z Piekarami wiąże się ważna dla mnie historia. Jak już wspomniałam, w dzieciństwie często przebywałam w piekarskim szpitalu na leczeniu. Ostatnio, robiąc porządki, znalazłam obrazek z wizerunkiem Matki Bożej Piekarskiej, na odwrocie którego było napisane, że została zamówiona msza święta w intencji chorego dziecka, czyli mnie. Najwidoczniej moja mama, która była osobą głęboko wierzącą, zawierzyła mnie wówczas opiece Maryi. Wyjazd na rekolekcje do Piekar ucieszył mnie tym bardziej, że od czasów dzieciństwa nigdy więcej tam nie byłam. Rekolekcje w tym miejscu były dla mnie czymś wspaniałym i bardzo głęboko je przeżyłam. Przez całe życie towarzyszą mi takie słowa: „Zaufaj bez reszty Maryi, zaufaj Jej wielkiej miłości, zaufaj, a Ona twe troski zamieni w radości”. Czasem, gdy jest mi ciężko, powtarzam sobie te słowa na głos, jak najpiękniejszą modlitwę i to mi bardzo pomaga. Wierzę głęboko, że Matka Boża Piekarska wyprosiła mi w życiu wiele łask. Przede wszystkim to, że sobie radzę, że mogę chodzić i że czuję się bardzo spełnioną i szczęśliwą osobą. Przez Jej ręce dziękuję Panu Bogu za dar życia i radości.
ŁS: – Cieszę się, że Apostolstwo Chorych tak się rozwija i modlę się, aby jak najwięcej osób odkryło tę piękną duchowość. Razem z Beatą z radością trwamy we wspólnocie Apostolstwa Chorych i dziękujemy Panu Bogu, że wprowadził nas na tę drogę.
– Bardzo dziękuję Wam za rozmowę i piękne, pełne prostoty i ufności świadectwo wiary.
Zobacz całą zawartość numeru ►