Na wspólnej drodze z chorymi

Mój zawód jest bardzo relacyjny, oparty na zaufaniu i szczerości. Szczególnie ceniłam sobie pracę w hospicjum domowym. Nie ma tam przyjmowania kolejnego pacjenta co 10 minut. Jest czas. Zawiązuje się więź. I odtąd, przez pewien rozdział w życiu idziemy wspólnie. Towarzyszę tej osobie.

zdjęcie: www.freechristimages.org

2025-10-02

Życie doczesne to droga

Na obrazie Eugène Burnanda „Uczniowie Piotr i Jan biegnący do grobu w poranek zmartwychwstania” twarze apostołów są pełne ekspresji, ukazują całą gamę uczuć, które wręcz udzielają się. Zdumienie, niedowierzanie, nadzieja przebijająca przez smutek, tęsknota. Jeszcze niedawno byli załamani i zrezygnowani. Idą pospiesznie, lekko pochyleni, patrzą prosto przed siebie, wypatrując celu. Lubię myśleć, że przypominają nas, przemierzających przez życie. Czyż i my nie doświadczamy tak różnych emocji? I czy nasze życie nie jest wędrówką, by w końcu dojść do celu – domu Ojca, w którym jest mieszkań wiele (por. J 14, 2)? Apostołowie z obrazu idą we dwóch. Podobnie i my: spotykamy na swojej drodze innych i ścieżki życia przeplatają się. Nie jest to łatwe życie. Naród wybrany do swojego nowego domu wędrował 40 lat przez pustynię. Idźmy razem, tak raźniej i łatwiej. Ksiądz Jan Twardowski pisał, że do nieba się chodzi parami. Człowiek schodzący do Jerycha szedł sam... Nie dość, że w niewłaściwą stronę, to przede wszystkim sam. Co byłoby, gdyby nie miał tyle szczęścia, że ktoś się nim zajął? Dlatego pomagajmy sobie. Każdy na swój sposób, zgodnie z tym, co umie. „Służcie sobie nawzajem tym darem, jaki każdy otrzymał” (1 P 4,10).

Każdy ma jakieś talenty

Każdy ma jakąś umiejętność, którą może się dzielić. „Różne są dary łaski, [...] różne są rodzaje posługiwania, [...] różne są wreszcie działania […] Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce” (1 Kor 12, 4-11). Ja wiele lat uczyłam się zawodu lekarza, a potem praktykowałam. I tym chcę służyć. Owszem, otrzymuję pensję, ale traktuję to jako możliwość pomocy innym w tej trudnej wędrówce przez życie. Towarzyszyć chorym – to moja droga do Boga. Dzielę się moją wiedzą i umiejętnością leczenia. Nie mam srebra ani złota [...] ale co mam, to ci daję (Dz 3, 6).

Moja historia

Postanowienie o byciu lekarzem jest jednym z moich najwcześniejszych dziecięcych wspomnień. Od początku było tak naturalne i oczywiste, bez wątpliwości, że nie potrzebowałam uzasadnienia. Nie było w tym nic wzniosłego ani duchowego. Wtedy nawet nie byłam zbyt wierząca. Ale nie było też kalkulacją finansową ani jakąkolwiek inną. Jednak dziś widzę, jak to we mnie ewoluowało, rozwijało się i wspaniale współbrzmiało z moimi coraz dojrzalszymi pragnieniami i celami życiowymi. Może więc już wtedy, w tym małym, kilkuletnim dzieciaku, Ktoś inny zaszczepił tę myśl? Ktoś, kto widzi dalej, więcej, zna przyszłość i wie, gdzie będę najpełniej sobą i będę się najbardziej spełniać. Lub – mówiąc za św. Ignacym – gdzie będzie większe dobro. Może nie zawsze coś jest od razu spektakularne i wytłumaczalne. Czasem to jak szmer łagodnego powiewu (a w dosłownym tłumaczeniu: cisza), dopiero w którym Eliasz rozpoznał obecność Boga (por. 1 Krl 19, 12). Taka cisza, niby koleje życia, a jednak Bóg tam zawsze był.

Leczę i rozmawiam

Mój zawód jest bardzo relacyjny, oparty na zaufaniu i szczerości. Szczególnie ceniłam sobie pracę w hospicjum domowym. Nie ma tam przyjmowania kolejnego pacjenta co 10 minut. Jest czas. Zawiązuje się więź. I odtąd, przez pewien rozdział w życiu idziemy wspólnie. Towarzyszę tej osobie. W pełni się w to angażuję i chcę dawać miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i przepełnioną (por. Łk 6, 38). Celem jest to, aby chory miał jak najmniej objawów, pogodził się ze sobą, swoją chorobą, bliskimi i z Bogiem. I by tak doszedł do kresu życia.

Skarb Kościoła i najbiedniejsi z biednych

Mam więc przywilej służenia tym, którzy są skarbem Kościoła – jak określił chorych św. Jan Paweł II. Pewna osoba napisała mi, że już sam fakt nieuleczalnej choroby sprawia, że moi chorzy doświadczają szczególnego rodzaju biedy, ubóstwa. Oni są też najbiedniejsi z biednych – w obliczu śmierci – bezradność, strach, czasem gniew i bunt – to jest rodzaj ubóstwa większy niż brak materialny, bo wymaga więcej miłości i wytrwałości przy trwaniu przy nich. Wśród nich bywały osoby samotne, pozostawione same sobie, zwłaszcza, gdy jeszcze były samodzielne. Wówczas wizyty były także odwiedzinami kogoś, z kim można porozmawiać. Starałam się wnieść trochę radości, ożywić pusty dom. Spotykałam też osoby otoczone tłumnie rodziną, a jednak niezrozumiane, niemające nikogo, przed kim mogłyby otworzyć się i powiedzieć o swoich obawach, lękach, przeczuwaniu zbliżającej się śmierci. Bo to są trudne tematy. Gdy wykazałam zrozumienie i podtrzymałam rozmowę (ku przerażeniu obecnej dookoła rodziny), widziałam ulgę na twarzy chorego. Jednocześnie czułam na sobie wzrok pozostałych osób – wzrok pełen oburzenia, wręcz zgorszenia. Wtedy trzeba było uczyć ich wspólnego dialogu, otwierania się na potrzeby chorego. Czasami moi pacjenci byli bardzo ubodzy materialnie, pozostający w wielu nałogach, mieszkający w czymś, co trudno nazwać mieszkaniem. I wiedziałam, że zalecanie długiej listy leków nie ma sensu, bo i tak nie zostaną wykupione. To, czego najbardziej potrzebowali, to akceptacja. „Wszystko, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

Choroba prowokuje pytania

Tak więc pomiędzy oceną stopnia dolegliwości i wypisywanymi receptami, rozwiązujemy też problemy międzyludzkie, szukamy odpowiedzi na pytania o sens cierpienia, życia, cel, powód. Czasem choroba na nowo przypomina o Bogu, który dotychczas wydawał się być nieobecny i milczący. I dobrze, choćby miało się to zacząć od wykrzyczenia Mu przykrych słów... Pozwalam, by to wybrzmiało. Potem wspólnie się nad wszystkim zastanawiamy. Bardzo bym chciała, aby taka sama swoboda wypowiedzi była w obrębie rodziny, znajomych i medyków. Pomiędzy wątkami o swoim zdrowiu chory próbuje często powiedzieć coś bardzo ważnego, osobistego. To cenne, jeżeli wybrał do tego ciebie. Zaufał. „Wówczas zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą” (Wj 3, 5). Wysłuchaj go. Bardzo krzywdzące jest powiedzieć takiej osobie: „Nie mów tak, nie wolno ci tak myśleć”. Nie wyśmiewaj, nie zaprzeczaj. Nie zostawiaj go samego z tymi problemami...

Uczę się od chorych

Towarzysząc moim pacjentom, oswajam się z tym, co trudne i układam swoje wartości. Uczę się też chrześcijaństwa, podejścia do cierpienia, dojrzewania do śmierci. Zazwyczaj człowiek robi to wszystko w przyspieszonym tempie dopiero, gdy styka się z własną chorobą lub chorobą i śmiercią bliskich. Ja od 20. roku życia, pierwszych praktyk studenckich. To cenny, dodatkowy czas. Miałam wśród chorych wielu wspaniałych nauczycieli.

Lekarz nie jest ideałem, potrzebujemy siebie nawzajem

Kto z nas nigdy nie będzie potrzebował pomocy? Lekarz także potrzebuje. Bywa słaby, miewa kryzysy, cierpi. Nie wie wszystkiego. Nieraz czuje bezradność. Jest kruchy, jak każdy. Czasem opatruję rany jak Samarytanin, a niekiedy to ja potrzebuję pomocy. „Panie, nie mam człowieka” (J 5, 7) – powiedział pewien chory do Jezusa przy sadzawce Betesda. Może właśnie to bolało go najbardziej, że nie ma nikogo, nie ma wsparcia, przyjaciela, po prostu człowieka. Że jest z tym sam z tą swoją chorobą i niesamodzielnością.

Własny przykład może więcej niż słowa. W hospicjum, tak jak pytam o objawy, leki, historię leczenia, pytam też o wiarę i wyznanie. Z ogromną delikatnością, jakbym dotykała sfery najbardziej osobistej, ale szczerze i naturalnie. Pamiętam chorego, który w ostatnim dniu odpowiedział resztkami sił, że jak żył, tak i umrze. Był niewierzący. Nikomu nigdy nie narzucam wiary. Tego się nie da narzucić... Ufam jednak intuicji św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która komentując fragment Pieśni nad Pieśniami pisała, że osoba troszcząc się o własne życie duchowe, w pewien sposób przybliża do Boga wszystkich, na których jej zależy. „A więc nawet nie trzeba mówić: «pociągając mnie, pociągnij także dusze, które kocham». To proste słowo: «pociągnij mnie» wystarczy. […] Dusza nie pobiegnie sama, ale pociągnie za sobą wszystkie dusze, które kocha. Dzieje się to bez przymusu i bez wysiłku, jest to naturalny skutek jej dążenia ku Tobie” (Rękopis C 34r).

A zatem... „Pociągnij mnie za sobą, pobiegnijmy” (Pnp 1, 4).


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, pozostali Autorzy, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2025nr10, Z cyklu:, Panorama wiary