„Teraz wiem, że boisz się Boga”

Homilia Arcybiskupa Stanisława Gądeckiego wygłoszona podczas 58. Ogólnopolskiej Pielgrzymki Apostolstwa Chorych na Jasną Górę (6 lipca 2023 r.).

zdjęcie: Biuro Prasowe Jasnej Góry

2023-09-01

We wspomnienie Matki Bożej Uzdrowienia Chorych – patronki Apostolstwa Chorych – na Jasną Górę przybywają chorzy, niepełnosprawni i cierpiący, aby zawierzyć Matce Zbawiciela swoje radości i smutki.

U tronu Jasnogórskiej Pani spotykają się dzisiaj członkowie Apostolstwa Chorych, tzn. członkowie tej szczególnej wspólnoty osób, która pragnie złożyć duchową ofiarę ze swego cierpienia. Podobnie jak Matka Bolesna stojąca pod krzyżem, tak też i one przyjmują cierpienie w zjednoczeniu z Chrystusem. Ofiarują swoje cierpienia Bogu za zbawienie świata, za Kościół i Ojczyznę oraz w intencjach Ojca świętego. Jest to już 58. Ogólnopolska Pielgrzymka Apostolstwa Chorych.

W takim kontekście warto podjąć rozważanie na temat dwóch spraw: na temat ofiary Abrahama oraz ofiary członków Apostolstwa Chorych.

Ofiara Abrahama (Rdz 22)

Pierwszy temat to ofiara Abrahama (zob. Rdz 22,1-19). Podczas dzisiejszej Mszy świętej słyszymy wielce znaczący dla osób chorych i niepełnosprawnych tekst z 22. rozdziału Księgi Rodzaju. Jest to opowiadanie o ofierze Abrahama. Prawdopodobnie żadna inna historia z Księgi Rodzaju nie ma tak teologicznej głębi i literackiego piękna. Z ludzkiego punktu widzenia byłoby to opowiadanie bardzo trudne do zrozumienia, gdyby sam autor natchniony nie ofiarował nam niezbędnego klucza interpretacyjnego.

Oto Pan Bóg wystawia Abrahama na próbę. Jest to ostatnia próba, jakiej został poddany Abraham, próba najcięższa. Miała ona dowieść ponad wszelką wątpliwość, że Abraham jest bezgranicznie wierny, że kocha Boga bardziej aniżeli własnego syna. Chodzi tu o kwestię potwierdzenia pierwszeństwa Stworzyciela przed stworzeniem.

Na miejscu ostatecznej próby, na wzgórzu Moria, Pan Bóg nie tylko powiedział do Abrahama „weź twego syna jedynego”, ale dodał ponadto syna „którego miłujesz” i złóż z niego ofiarę. Z pomocą tego wzmocnienia Bóg zwiększył ciężar próby, dodając do tego zwrot „ofiara całopalna” (por. Kpł 1, 3-11). Wskutek tego Abraham doskonale zdał sobie sprawę, co czeka Izaaka; całopalenie wymagało pocięcia i spalenia całego zwierzęcia.

Przez trzy dni drogi do góry Bożej Moria Abraham miał okazję dokładnie przemyśleć Boże polecenie. Przez całe trzy dni jego dusza doznawała cierpienia. Søren Kierkegaard – w książce „Bojaźń i drżenie” – starał się poddać głębszej analizie reakcję Abrahama. Pragnął odgadnąć myślenie Abrahama w tych dramatycznych dniach. „Abraham – mówi Kierkegaard – nie chce powiedzieć Izaakowi tego, co mu Pan Bóg nakazał, dlatego wypowiada w swojej duszy następującą modlitwę: Panie niebios, byłoby lepiej, aby Izaak sądził, że ja jestem potworem, niżby miał stracić wiarę w Ciebie, Boże. Gdybym wyjaśnił Izaakowi Twoje żądanie, Izaak przekląłby Boga, dlatego Abraham milczy”. Kierke­gaard pisze dalej: „Każdy staje się wielki w zależności od wielkości tego, czego oczekiwał. Jeden stał się wielki, bo oczekiwał rzeczy możliwych. Inny – ponieważ oczekiwał rzeczy wiecznych. Lecz ten, kto oczekiwał rzeczy niemożliwych, jest większy od wszystkich innych. Inaczej mówiąc, Abraham nie wie, dlaczego Pan Bóg prosi go o śmierć Izaaka, on tylko całkowicie ufa Bogu. On wie, że Bóg jest wierny nawet wtedy, gdy wydaje się, że nas zdradza”.

Autor Listu do Hebrajczyków inaczej postrzega tok rozmyślań Abrahama w trakcie tych trzech dni. Abraham rozważał w tym czasie rzecz niesłychaną, a mianowicie „pomyślał, iż Bóg mocen jest wskrzesić także umarłych” (Hbr 11, 19). Inaczej mówiąc, w konkluzji swoich rozważań on uwierzył, że jego zabity i spopielony syn zmartwychwstanie. Uwierzył, że nie jest możliwe, aby Bóg skłamał, udzielając mu obietnicy potomstwa (zob. Rdz 21, 12). Ten, który ożywił obumarłe łono Sary, może także odrodzić człowieka z prochu – pomyślał patriarcha.

Przybywszy więc na górę Moria, Abraham zbudował ołtarz, położył na nim drwa i związał swojego syna. Prawo dokładnie opisuje związanie Izaaka, używając przy tym hebrajskiego słowa akeda („związanie razem rąk i nóg”). Zdaniem rabinów Abraham miał wtedy 137, a Izaak 37 lat. Czy jest możliwe – pytają oni – aby tak stary człowiek związał młodego mężczyznę bez jego zgody? Wzmianka o akeda dowodzi – według nich – że Izaak dobrowolnie zgodził się na taką ofiarę. W tym momencie być może Abraham dał synowi ostatni ojcowski pocałunek, po czym przystąpił do czynności, którą tyle razy wykonywał na barankach. Jego ręka sięgnęła po nóż, który za chwilę miał przyłożyć do szyi Izaaka…

Jest to słynna, dziesiąta próba, jakiej zostaje poddana wiara Abrahama. Obrzydzenie, jakie budzi w nas myśl o tym, że Pan Bóg może nakazać czyn tak nieludzki i haniebny, nie znajduje na szczęście uzasadnienia w samym opowiadaniu. W rzeczy samej bowiem opowiadanie to jest jedynie próbą wyjaśnienia, jak w Izraelu doszło do zaniechania ofiar składanych z pierworodnych chłopców. Żydzi – zanim przystąpili do lektury tego tekstu – od dawna znali już jego zakończenie; wynik tej próby był z góry wiadomy. Podobnie się dzieje w przypadku dzieci, które znają na pamięć bajkę o Czerwonym Kapturku, a mimo to ciągle na nowo proszą swoich rodziców o jej ponowne przeczytanie. Ta scena pozwala nam łatwiej zrozumieć, co to jest wiara. Wiara to zaufanie, które nie wyklucza krzyża. Wierzyć w Boga, to ufać Mu całkowicie. Kochać Go bardziej niż wszystkie Jego dary. „Przez wiarę Abraham, wystawiony na próbę, ofiarował Izaaka – jedynego syna składał na ofiarę – on, który otrzymał obietnicę, że z Izaaka będzie dla ciebie potomstwo”.

U Orygenesa istnieje wspaniały tekst, będący interpretacją Listu do Rzymian, którego bohaterami są – podobnie jak w Księdze Rodzaju 22 – Ojciec i Syn. Z tą tylko różnicą, że ojciec i syn z Księgi Rodzaju są śmiertelni, natomiast w Liście do Rzymian (zob. Rz 8, 32) – Ojcem jest nieśmiertelny Bóg a Synem odwieczny Chrystus. Bóg – pisze Orygenes – „rywalizuje w hojności z ludźmi. Abraham ofiaruje Bogu syna śmiertelnego, który umrze, a Bóg dla ludzi wydaje na śmierć Syna nieśmiertelnego. […] Podobnie jak wiara w Boga to miłość do Niego wbrew wszelkiej oczywistości, tak też miłość Boga do ludzi objawia się wbrew wszelkiej oczywistości ludzkiej logiki. Szaleństwo wiary Abrahama znajduje swoje prawdziwe światło w szaleństwie wiary Boga, który nie oszczę­dził swego Syna, ale ofiarował Go za nas na krzyżu. Jezus jest nowym Izaakiem, a Bóg to nowy Abraham, którego przedmiotem nieskończonej miłości jesteśmy”.

Święty Jan Paweł II w „Tryptyku rzymskim” napisał: „Ta góra [Moria] nie doczekała się ofiary z syna. Inna góra – tak. Inny Ojciec złoży Syna – Baranka, Jezusa Chrystusa. Inny Ojciec złoży jedynego Syna, którego miłuje, za nas, dla nas i dla naszego zbawienia”. Apostoł Paweł wyprowadza z tej sceny słowa otuchy: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?” (Rz 8, 31b-32).

Podobnie jak Abraham, człowiek jest gotów chętnie iść za Bogiem, gdy Ten spełnia jego najskrytsze pragnienia; gdy realizuje nasze marzenia. Miło jest iść za Bogiem, który robi to, czego od Niego oczekujemy. Ale jak się zachowamy, gdy Pan Bóg odbierze nam to, co nam dał? Gdy odbierze nam zdrowie lub siły, gdy czyni nas niepełnosprawnymi i potrzebującymi pomocy i opieki? Co zrobię, gdy zapadam na nieuleczalną chorobę? Kiedy śmiertelnie zachoruje moje dziecko? Gdy umiera małżonek?

Wiara nie jest intelektualną grą. Wiara to całkowite zawierzenie Bogu niezależnie od tego, czego od nas żąda. Czy jesteśmy gotowi na naszą akeda? Czy jesteśmy gotowi oddać Bogu swego ukochanego „Izaaka”? Rezygnacja z tego, czego nie kochasz, nic nie kosztuje. Rezygnacja z tego, co kochasz najbardziej, powierzając się Bogu na dobre i na złe – to jest właśnie wiara.

Ofiara chorych

Druga kwestia to dobrowolna ofiara ze strony osób chorych, cierpiących i niepełnosprawnych. Podobnie jak ostatnia próba Abrahama dowiodła jego całkowitego zawierzenia Bogu, tak też i próba, jaką przechodzi każdy człowiek cierpiący, może się stać potwierdzeniem jego wiary i skutecznym otwarciem na Boże błogosławieństwo dla siebie, dla ludu Bożego, dla Ojczyzny.

Łatwo tu zauważyć, że nasz świat był i jest nie tylko pełen radości, ale także przepełniony cierpieniem. Człowiek doznaje w nim nie tylko cierpienia fizycznego, ale także psychicznego, duchowego i moralnego. Oprócz przerażająco rozległego obszaru cierpienia fizycznego istnieje także obawa przed niebezpieczeństwem śmierci, śmierć własnych dzieci, ale również bezdzietność, prześladowanie i wrogość otoczenia, szyderstwo i wyśmiewanie cierpiącego, samotność i opuszczenie, wyrzuty sumienia, trudność zrozumienia, dlaczego złym się powodzi, podczas gdy sprawiedliwi doznają cierpień, niewierność i niewdzięczność ze strony przyjaciół i bliskich, wreszcie nieszczęścia własnego narodu i tęsknota za Ojczyzną. Ale najbardziej szczególną kategorią ciepiących osób są dzieci. Każde cierpienie woła o pomoc, jednak cierpienie bezbronnego dziecka woła o tę pomoc najbardziej.

Tak, „cierpienie przynależy do ludzkiej egzystencji. Pochodzi ono z jednej strony z naszej skończoności, zaś drugiej strony z ogromu win, jakie nagromadziły się w ciągu historii i jakie również obecnie bez przerwy narastają. Oczywiście należy robić wszystko, co w naszej mocy, aby cierpienie zmniejszyć: zapobiec – na ile to możliwe – cierpieniom niewinnych, uśmierzać ból, pomagać w przezwyciężeniu cierpień psychicznych. Są to obowiązki wynikające zarówno ze sprawiedliwości, jak i z miłości, które wchodzą w zakres podstawowych wymagań chrześcijańskiej egzystencji i każdego życia prawdziwie ludzkiego. […] Tak, musimy zrobić wszystko dla pokonania cierpienia, ale całkowite usunięcie go ze świata niestety nie leży w naszych możliwościach – po prostu dlatego, że nie możemy zrzucić z siebie naszej skończoności i dlatego, że nikt z nas nie jest w stanie wyeliminować mocy zła, winy, która – jak to widzimy – nieustannie jest źródłem cierpienia” (Spe salvi, 36).

I tu niemal automatycznie rodzi się pytanie: Dlaczego Pan Bóg nie eliminuje choroby i cierpienia, dlaczego nie eliminuje zła? Dlaczego cierpienie i choroba ranią człowieka niewinnego? Dlaczego tak się dzieje? Brak odpowiedzi na te pytania staje się często źródłem niewiary.

Ateistyczna odpowiedź pochodząca z głębokiej starożytności brzmi: Bóg nie eliminuje zła, ponieważ nie troszczy się o nic. Epikur uczył: „Albo Bóg chce usunąć zło, a nie może, albo może, a nie chce, albo ani nie chce, ani nie może, albo i chce i może. Jeżeli chce, lecz nie może, to znaczy, że jest niedołężny, co nie może dotyczyć Boga. Jeżeli może, a nie chce, to znaczy, że jest zawistny, co również nie może być cechą Boga. Jeżeli ani nie chce, ani nie może, to jest zawistny i niedołężny, przeto nie jest Bogiem. Jeżeli chce i może – co jedynie przystoi Bogu – skąd więc zło? Albo dlaczego go nie usuwa?”.

Klasyczną chrześcijańską odpowiedź na ten ateistyczny zarzut znajdziemy u Laktancjusza, który uczy: „Bóg może cokolwiek zechce i nie ma w nim żadnego niedołęstwa lub zawiści. Bóg może więc usunąć zło, lecz nie chce. A nie usuwa go dlatego, bo dał człowiekowi mądrość. Kiedy Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, wlał mu jednocześnie mądrość, polegającą na odróżnianiu tego, co dobre, od tego, co złe. Gdyby usunął zło, musiałby jednocześnie usunąć ludzką mądrość, czyli zdolność rozróżniania dobra i zła i wybierania tego, co dobre. Wszystko zatem istnieje ze względu na człowieka, tak zło jak i dobro. Inaczej mówiąc, Bóg pozostawia człowiekowi wolność”.

Kościół rozumie gorące ludzkie pragnienie zdrowia, obecne u człowieka chorego i w takiej sytuacji – idąc za radą św. Jakuba – radzi mu żarliwą modlitwę o uzdrowienie: „Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5, 14-15).

Oczywiście odwoływanie się chorego i jego otoczenia do modlitwy nie wyklucza a nawet zakłada korzystania z lekarzy i naturalnych środków medycznych, służących zachowaniu i przywróceniu zdrowia. Kościół jest bowiem przekonany, że każdy człowiek cierpiący winien ze wszystkich sił walczyć z chorobą i wszelkimi godziwymi sposobami starać się o zachowanie swego zdrowia.

Nade wszystko jednak trzeba pamiętać, że nie cierpimy sami. Bernard z Clairvaux ukuł wspaniałe powiedzenie: „Impassibilis est Deus, sed non incompassìbilis” – „Bóg nie może cierpieć, ale może współcierpieć”. Człowiek jest dla Boga tak bardzo cenny, że On sam stał się człowiekiem, aby móc rzeczywiście współcierpieć z nim, w ciele i krwi, jak to nam przedstawia opis męki Jezusa. Stąd w każde cierpienie ludzkie wszedł Chrystus, który je z nami dzieli i znosi. Stąd w każdym cierpieniu jest odtąd obecne consolatio – „pocieszenie” – przez współcierpiącą miłość Boga.

A co w takim razie mają czynić ludzie nieuleczalnie chorzy? Rozwiązanie libertyńskie sugeruje, że to nie życie ma samoistną wartość, ale „jakość” życia. Gdy owa jakość zdecydowanie się pogorszy, sam człowiek nieuleczalnie chory albo jego rodzina mieliby prawo zadania mu śmierci lub przekazania takiego prawa lekarzom. Tego rodzaju postępowanie przekazuje Prawo Boże w ręce człowieka, który sam miałby decydować, kiedy może przerwać swoje życie. W taki oto sposób historia zatoczyła wielkie koło, przywracając do łask filozofię Fryderyka Nietzschego, który twierdził, że istnieje pewien rodzaj życia, który jest „niewart życia”. Godne życia prowadziłyby tylko osobniki młode, silne i zdrowe. Praktyczne wnioski z tego założenia wyprowadził Hitler, nakazując najpierw eksterminację psychicznie chorych, a następnie Żydów, a w dalszej kolejności eksterminację Słowian. Z takiego rozwiązania mogłyby cieszyć się towarzystwa ubezpieczeniowe, które – kierując się rachunkiem czysto ekonomicznym – są zainteresowane jak najmniejszymi wydatkami na leczenie nieuleczalnie chorych pacjentów.

Tymczasem „miarę człowieczeństwa określa się w odniesieniu do cierpienia i do cierpiącego. Ma to zastosowanie zarówno w przypadku jednostki i społeczeństwa. Społeczeństwo, które nie jest w stanie zaakceptować cierpiących ani im pomóc i mocą współczucia współuczestniczyć w cierpieniu, również duchowo, jest społeczeństwem okrutnym i nieludzkim. Społeczeństwo nie może jednak akceptować cierpiących i wspierać ich w cierpieniu, jeśli nie są do tego zdolne jednostki. Co więcej, jednostka nie może akceptować cierpienia drugiego, jeśli ona sama nie potrafi odnaleźć w cierpieniu sensu, drogi oczyszczenia i dojrzewania, drogi nadziei” (Spe salvi, 38).

Ewangelia w pewnych okolicznościach – gdy cierpienie może stać się sposobem na budowanie Kościoła – radzi nam przyjąć cierpienie jako łaskę. „W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24) – powie św. Paweł. „Przez tego rodzaju przyjęcie cierpienia chrześcijanin buduje Kościół duchowy. Nie unikanie cierpienia ani ucieczka od bólu uzdrawia człowieka, ale zdolność jego akceptacji, dojrzewania w nim, prowadzi do odnajdywania sensu przez zjednoczenie z Chrystusem, który cierpiał z nieskończoną miłością” (Spe salvi, 37). Dzięki łasce Chrystusa człowiek cierpiący zdobywa wewnętrzną dojrzałość i wielkość duchową. Czyż wielu świętych nie zawdzięczało swego nawrócenia właśnie łasce cierpienia?

Święty Jan Paweł II uczył: „Jest to bowiem następna tajemnica, która jest udziałem świata chorych, że wy, słabi, fizycznie słabi, poddani cierpieniom, jesteście równocześnie – w każdym razie możecie być – źródłem mocy dla innych, dla zdrowych, czasem dla tych, którzy swoje zdrowie źle wykorzystują, którzy obrażają Boga, posługując się swoim zdrowiem i swoimi siłami. Możecie być dla zdrowych nie tylko wyrzutem, ale także i nawróceniem. Podobnie jak zbawienie świata idzie poprzez krzyż Chrystusa, tak nawracanie grzeszników w świecie idzie poprzez wasz krzyż i przez wasze cierpienie”. To wy możecie pomóc ludziom zdrowym osiągnąć zdrowie wewnętrzne, które jest równoznaczne z pogodą i pokojem duszy, a bez którego zdrowie fizyczne i wszelkie inne zdrowie ziemskie nie jest nic warte”.

Bóg cierpi z nami

„Cierpieć z innymi, dla innych; cierpieć z powodu pragnienia prawdy i sprawiedliwości; cierpieć z powodu stawania się osobą, która naprawdę kocha – oto elementy fundamentalne człowieczeństwa, których porzucenie zniszczyłoby samego człowieka. Jednak znowu rodzi się pytanie, czy jesteśmy do tego zdolni? Czy inny jest wystarczająco ważny, abym ja dla niego cierpiał? Czy prawda jest dla mnie na tyle ważna, by wynagrodziła cierpienie? Czy obietnica miłości jest tak wielka, aby usprawiedliwiała dar z samego siebie?

W historii ludzkości wierze chrześcijańskiej przypada ta właśnie zasługa, że w nowy sposób i z nową głębią obudziła w człowieku zdolność do takich sposobów cierpienia, jakie są decydujące dla jego człowieczeństwa. Wiara chrześcijańska pokazała, że prawda, sprawiedliwość, miłość nie są po prostu ideałami, ale rzeczywistością w najwyższym stopniu. Ukazała nam bowiem, że Bóg,  osobowa Prawda i Miłość, zechciał cierpieć dla nas i z nami” (Spe salvi, 39).

Na koniec módlmy się więc w intencji Apostolstwa Chorych, w intencji wszystkich chorych, ale także całej służby medycznej i wolontariuszy:

Modlitwa za chorych oraz tych, którzy im służą

Ojcze niebieski, Ty z miłości do człowieka posłałeś na świat swojego Syna, który żyjąc pośród ludzi uzdrawiał chorych i pomagał cierpiącym.  Przez Twoją nieskończoną miłość prosimy Cię o łaskę zdrowia dla chorych, jeśli taka jest Twoja wola, a otrzymane zdrowie nie przyczyni się do ich zguby wiecznej. Prosimy, abyś dał im łaskę zrozumienia sensu cierpienia i choroby, aby krzyż, który dźwigają nie był bezsensownym ciężarem, ale stał się źródłem uświęcenia własnego oraz całego Kościoła. Amen.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Autorzy tekstów, pozostali Autorzy, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2023nr09, Z cyklu:, Z bliska

nd pn wt śr cz pt sb

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

14

15

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

Dzisiaj: 22.04.2024