Kapelan wierny do końca – bł. ojciec Michał Czartoryski OP

Dokładnie 20 lat temu papież Jan Paweł II beatyfikował 108 męczenników II wojny światowej. Wśród nich znalazł się dominikanin, o. Michał Czartoryski. We wrześniu br. minie 75. rocznica jego męczeńskiej śmierci.

zdjęcie: WWW.CZARTORYSKI.DOMINIKANIE.PL

2019-06-14

Warszawa. Ulica Tamka, róg Smulikowskiego. Dokoła kawiarnie, ulicą jadą samo­chody do mostu Świętokrzyskiego, który dumnie wisi nad Wisłą tuż obok pomni­ka Syrenki. Kilkaset metrów dalej ciągnie się kolejka do wejścia do Centrum Nauki Kopernik, które ma rozbudzać apetyt na wiedzę wśród najmłodszych. 75 lat temu ten obraz wyglądał całkowicie inaczej.

Zamiast kawiarni – powybijane w kamienicach szyby i ostrzelane gzym­sy. Zamiast mostu – widok radzieckiej armii stojącej na drugim brzegu rzeki. Zamiast kolejki do Centrum Nauki – w szpitalu powstańczym leżą ranni, którzy czekają na nieuchronną śmierć z rąk nazistów. Obok chorych i rannych jest osoba, która zdaje się być obecna gdzieś indziej. Która patrzy na spaloną i zrujnowaną Warszawę, na wszystkich wokół, a zapewne i na samego siebie, z zupełnie innej perspektywy. Tą posta­cią jest ojciec Michał Maria Czartoryski.

Żołnierz i dominikanin

Ojciec Michał Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 roku w Pełkiniach koło Jarosławia. Na chrzcie nadano mu imiona Jan Franciszek. Był szóstym z jedena­ściorga dzieci Witolda i Jadwigi z domu Dzieduszyckiej.

Atmosfera jego rodzinnego domu była przesiąknięta głęboką wiarą – zarów­no matka jak i ojciec należeli do Sodalicji Mariańskiej. Rodzice świadomie starali się wychowywać w wierze swe dzieci, co zaowocowało w przyszłości między innymi tym, że dwaj bracia Jana zostali księżmi diecezjalnymi, a siostra wizytką.

W wieku trzech lat Jan przeszedł cięż­ką szkarlatynę, po której częściowo stracił słuch. Po otrzymaniu starannego wycho­wania w domu, uczył się w prywatnej szkole „Ognisko”, prowadzonej przez ks. Jana Gralewskiego w Starej Wsi pod War­szawą. Po maturze zdanej w Krakowie, rozpoczął studia techniczne we Lwowie i ukończył je jako inżynier architekt. Jed­nocześnie brał udział w obronie Lwowa w roku 1920 i za męstwo okazane na polu bitwy otrzymał Krzyż Walecznych. Gdy w 1921 roku zaczęto we Lwowie organizować katolickie stowarzyszenie młodzieży „Odrodzenie”, Jan Czartoryski był jednym z jego założycieli. Od 1923 roku był współorganizatorem wakacyj­nych kursów „Odrodzenia”. Od tego czasu był również regularnym uczestnikiem rekolekcji zamkniętych organizowanych przez związek. W 1924 roku odbył własne rekolekcje w klasztorze redemptorystów w Krakowie, pod kierunkiem o. Bernarda Łubieńskiego.

W 1926 roku, po długich wakacjach spędzonych w podróży po Francji i Belgii, Jan wstąpił do seminarium duchowne­go obrządku łacińskiego we Lwowie. Po krótkim pobycie w seminarium opuścił je, a w rok później, 18 września 1927 roku, przyjął w Krakowie w kaplicy św. Jacka habit dominikański i rozpoczął nowi­cjat. W zakonie otrzymał imię Michał. Po roku, 25 września 1928 złożył śluby zakonne. Już w trzy lata później, w 1931 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów teologicznych w 1932 roku, został wychowawcą najpierw braci nowicjuszy, a potem studentów. To trudne i odpowiedzialne zadanie wy­pełniło większość jego życia zakonne­go. Oprócz tego przez jakiś czas był odpowiedzialny za budowę nowego klasztoru na Służewie. Gromadził wokół siebie środo­wiska inteligencji, zajmował się III Zakonem św. Dominika, gło­sił rekolekcje. Wiosną 1944 roku został skierowany do klasztoru na Służewie w Warszawie.

Kapelan ochotnik

1 sierpnia 1944 roku o. Michał Czar­toryski jedzie ze Służewa do centrum Warszawy, gdzie ma umówioną wizytę lekarską. Tam zastaje go Godzina „W” oznaczająca początek powstania. Zostaje odcięty od reszty miasta, nie ma drogi powrotu. Zatrzymuje się więc u swych przyjaciół, państwa Kaszniców, w ich mieszkaniu przy ul. Smulikowskiego. Na drugi dzień idzie do kościoła św. Teresy na rogu ulic Tamki i Smulikowskiego. Świątynia jest pusta – proboszcz i wikary uciekli poprzedniego dnia; wiedzieli, na co się zanosi. Zabiera stamtąd puszkę z komunikantami, kielich i patenę. Nie chce, żeby zostały sprofanowane. Gdy w kolejnych dniach powstania widzi pierwszych zabitych i rannych, sam zgłasza się do dowództwa III Zgrupo­wania „Konrad” na Powiślu i proponu­je objęcie funkcji kapelana oddziału. Propozycja zostaje przyjęta z radością, gdyż wyznaczony kapelan do nich nie dotarł i oddziały pozostawały bez opieki duszpasterskiej.

Ojciec Michał rozpoczyna codzienną posługę, nie tylko jako kapelan wojska, ale także ludności cywilnej. Przemyka się po ulicach, za barykady i do oko­pów, chodzi do szpitala, prze­siaduje przy łóżkach rannych. Powstańczy szpital mieści się w modernistycznym budynku szwedzkiej firmy „Alfa Laval”. Gdy Czartoryski przychodzi do szpitala, siada na stołku między łóżkami i odmawia różaniec. Z zewnątrz dochodzą odgłosy walk, pojękiwania rannych, a on najzwyczaj­niej w świecie przesuwa między palcami paciorki. Jakby chciał im dodać spokoju. Odprawia Msze święte w opuszczonym kościele przy ul. Tamka.

15 sierpnia odprawia uroczystą Mszę polową w bramie, na dziedzińcu ubez­pieczalni przy ul. Smulikowskiego. Tak zapamiętał tę Mszę jeden z jej uczest­ników, Jan Chmielewski pseudonim „Mączka”: „Są wydarzenia, które pozo­stają w pamięci niezatarte. Dla mnie do nich należy odprawiona Msza święta 15 sierpnia 1944 roku, w święto żołnierza, w której uczestniczyłem wraz z całym oddziałem. Uroczystość odbywała się w scenerii płonących domów, huku wybuchających granatów, terkotu bro­ni maszynowej i świście przelatujących pocisków. Byliśmy zahipnotyzowani sto­ickim spokojem kapelana, celebrującego Mszę świętą, a następnie jego kazaniem. Gorące słowa otuchy uskrzydlały nas i mobilizowały do największych wyrze­czeń, czuliśmy się jedną, wielką rodziną, walczącą o swój byt i godność”.

Pomimo słabego słuchu o. Michał także wiele spowiadał. Ówcześni młodzi żołnierze w swych relacjach podkreślali niezwykłą empatię i troskę o. Michała, które okazywał im podczas tych oso­bistych chwil.

Do końca z chorymi

Po ponad miesiącu walk, w nocy z 5 na 6 września 1944 roku, powstańcy wy­cofują się do Śródmieścia. Pozostają tylko cywile i najciężej ranni w szpitalach. Oj­ciec Michał przebywał tej nocy w piwni­cy wraz z rannymi, których nie można było ewakuować, modląc się z nimi. Jedna z sanitariuszek zapisała w swoich wspomnieniach: „Ostatnią Mszę świę­tą o. Michał odprawił raniutko w dniu upadku Powiśla. Modlił się wtedy jak zawsze bardzo żarliwie. Wzmacniał tą modlitwą naszą wiarę, dawał nam siłę, tak bardzo nam przecież potrzebną. Szczególnie utkwiło mi w pamięci to, jak o. Michał rozdawał rannym i nam sanitariuszkom hostie, po kilka, do ostat­niej kruszyny, aby nie dostały się w ręce wroga i nie były zbezczeszczone. I tak posileni, z Bogiem, ciągle podtrzymywa­ni na duchu rozmowami z o. Michałem, czekaliśmy końca”.

Kiedy nadarzyła się okazja, wielu sa­nitariuszy i zwykłych cywilów uciekło ze swoich kryjówek przed zbliżającymi się Niemcami. Personel medyczny i znajo­mi namawiali także o. Michała do tego, by zdjął habit, założył płaszcz i wyszedł z cywilami. Pozostał niewzruszony na te sugestie i zawsze odmawiał, mając na uwadze chorych, przy których chciał po­zostać, bo byli bezbronni. Powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach, nie opuści. Później cywile, którym pozwolono opuścić piwnice, mówili, że gdy byli wyprowadzani na zewnątrz, widzieli jak o. Michał siedzi wśród łóżek rannych i głośno, ale ze spo­kojem odmawia różaniec; jego spokój udzielał się chorym.

Krótko potem Niemcy najprawdo­podobniej zastrzelili rannych w łóżkach, a innych, w tym również o. Michała wy­prowadzili na zewnątrz. Tam, oskarżając kolejno każdego o bycie bandytą, roz­strzeliwali. Ojca Michała nazwali „naj­większym bandytą”, bo zorientowali się, że jest kapelanem powstańców i nosi strój duchowny. Wszystkie ciała wywle­czono na barykadę i spalono, a szczątki kazano zakopać. Już po powstaniu, gdy ekshumowano zabitych, nie dało się roz­poznać i odnaleźć szczątków o. Michała. Prawdopodobnie leżą one na cmentarzu Gloria Victis na warszawskiej Woli. Nie ma więc doczesnych relikwii bł. Michała Czartoryskiego.

Gotowy do ofiary

Wiele wskazuje na to, że o. Michał przez lata przygotowywał się duchowo do męczeńskiej śmierci. Jakby przeczu­wał, że Bóg poprowadzi go taką drogą.

Już w 1934 roku o. Michał zapisał w dzienniku swoje pragnienia, realizowa­ne przez całe życie i zwieńczone w dniu śmierci niemal dosłownie: „W nocy, po wspólnej adoracji, zagłębiłem się w roz­myślaniu, patrząc na Pana umierającego na krzyżu. Uświadomiłem sobie lepiej, że za Jego przykładem jestem obowią­zany i powołany również do ofiary; do tego, by wydać siebie na całopalną ofiarę dla Niego z miłości i przez miłość, by oddać się i poddać się Mu całkowicie we wszystkim, by z Nim się zjednoczyć w miłości i ukochaniu oraz związać przez mocną, wytrwałą, mężną wolę”.

Niemal natychmiast po śmierci o. Michała zaczęły spływać do jego ojca, Witolda, pisemne kondolencje, które wyrażały przekonanie o świętości Mi­chała; jego śmierć nazywano męczeńską. Także w zakonie trwałe było przekonanie o męczeńskim charakterze śmierci o. Mi­chała. Gdy więc w 1992 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny 108 męczenników II wojny światowej, w gronie kandydatów na ołtarze znalazł się również o. Michał. Ostatecznie 108 męczenników II wojny światowej zostało beatyfikowanych 13 czerwca 1999 roku w Warszawie przez papieża Jana Pawła II.



Fotografia przedstawia o. Michała Czartoryskiego sprawującego Mszę świętą 15 sierpnia
1944 roku. We wspomnieniach wielu świadków szczególnie ta Msza święta zapisała się
jako przynosząca pokrzepienie w trudnych chwilach powstania warszawskiego.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2019nr06, Z cyklu:, Nasi Orędownicy, Teksty polecane

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

1

2

3

4

6

7

8

10

11

13

18

19

20

21

22

23

24

25

26

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 21.10.2019