Modlitwa, która wstrzymała śmierć

Przez pierwszy tydzień opatrywałam go dwa razy dziennie. Po 2-3 dniach udało się usunąć wszystkie gniazda robaków, martwe tkanki i dużo ropy. Ponadto spał na czystym łóżku, inni pomagali mu się myć i jeść. Zaczął odżywać...

Doktor Helena Pyz od ćwierć wieku leczy trędowatych w Indiach, pomagając im odzyskać nadzieję i przywrócić miejsce w lokalnej społeczności. Jak mało kto rozumie stygmat trądu, bo sama naznaczona jest niepełnosprawnością w wyniku choroby Heinego-Medina. W 2015 roku została laureatką Nagrody TOTUS, nazywanej kościelnym Noblem, w kategorii „Promocja człowieka, praca charytatywna i edukacyjno-wychowawcza”.

zdjęcie: ARCHIWUM SEKRETARIATU MISYJNEGO JEEVODAYA

2016-01-05

Wszystko jest jeszcze świeże i bolesne, choć przecież, gdy stoję nad grobem Hemlala dominuje we mnie uczucie wdzięczności Panu Bogu i wielkie zdumienie nad Tajemnicą. Wszystko jest świeże, choć minęło już parę lat...

Sekunda wystarczyła

Tego około 60-letniego mężczyznę, bardzo zniszczonego przez trąd, zobaczyłam pierwszy raz w ostatnią środę listopada. Przywieźli go do nas jego koledzy z tej samej kolonii dla trędowatych w Durgu. Z ich opowiadań – zawsze coś wymyślają, dodają, malują ciemnymi kolorami, żeby mnie przekonać o konieczności przyjęcia pacjenta – wiem, że mieszkał samotnie, chodził żebrać jak inni, jadał byle co, rzadko sobie gotował, czasem sąsiedzi dożywiali go gorącym posiłkiem, czasem popijał – i tak od wielu lat egzystował. Takie jest życie okaleczonego trędowatego w centralnych Indiach, w slumsach na obrzeżach dużego miasta. Jego koledzy podobno dopiero od tygodnia wiedzieli, że jest chory i potrzebuje pomocy lekarskiej.

Na decyzję o przyjęciu Hemlala do naszego Ośrodka nie musiałam mieć więcej niż sekundę. Kiedy odchylił brudny koc, którym był nakryty cały razem z głową, buchnął smród taki, że cofnęłam się o krok. Zdążyłam tylko zarejestrować na siatkówce oczu wielką ziejącą, cieknącą ranę zamiast prawej połowy twarzy, obrzęk, zaczerwienienie, oraz ciemne plamy martwych tkanek wokół. Chyba pierwszy raz w mojej kilkunastoletniej praktyce tutaj tak zareagowałam. Kilka minut nie mogłam zupełnie dojść do siebie, przeszłam do innego pomieszczenia, żeby się otrząsnąć z pierwszego wrażenia, smród przeniknął na długo do moich nozdrzy, był w całym pokoju. A myśl, że za chwilę będę musiała zająć się nim, opatrzyć go, była trudna do przyjęcia. Poprosiłam moich pomocników, żeby go trochę umyli, ale zdawałam sobie sprawę, że to zadanie należy nieodwołalnie do mnie; opatrywania tego chorego nie mogę zlecić nikomu. Dobrze, że mam wrażliwych, myślących, dobrych pomocników – poza narzędziami, rękawiczkami i fartuchem, wzięli jeszcze czepki i maski operacyjne. Spełniły podwójne zadanie: fetor trochę mniej przenikał mi do nosa i chory ani nikt inny nie mógł zobaczyć mojej twarzy oraz reakcji na to co widziałam i czego dotykałam. Myślę, że tak wyglądali, chorowali i umierali trędowaci wszystkich nacji w dobie przed antybiotykami; trędowaci którymi zajmowali się św. Damian na wyspie Malokai, nasz bł. Jan Beyzym na Madagaskarze i wszyscy od tysiącleci. Ale dziś? Aż tak? W środku cywilizowanego kraju?

Brat Hemlal

Pierwszą myślą, która natychmiast przebiegła mi przez głowę, gdy tylko bliżej przyjrzałam się ranie było: jeśli robaki, które zżerały tkanki od środka, dostaną się do mózgu – chory umrze. A przecież to tak blisko i tak łatwo mogło się stać poprzez nos, którego prawie nie miał. Przez pierwszy tydzień opatrywałam go dwa razy dziennie. Po 2-3 dniach udało się usunąć wszystkie gniazda robaków, martwe tkanki i dużo ropy. Hemlal jednocześnie dostawał duże dawki antybiotyków i inne potrzebne leki. Ponadto spał na czystym łóżku, inni pomagali mu się myć i jeść. Zaczął odżywać...

W najbliższą niedzielę zaczynał się adwent. Mamy tutaj zwyczaj modlić się za siebie wzajemnie w tym czasie, o dobre przygotowanie do świąt – losujemy imiona. Kazałam oczywiście dopisać do listy imię Hemlala, choć wiedziałam dobrze, że w jego imieniu to ja będę się modlić za kogoś. Ale on i tak, nawet bez modlitwy, miał swój wielki wkład cierpienia w przygotowanie do świętowania Narodzenia Jezusa. Bardzo potrzebował modlitwy i wsparcia. Jakże byłam zaskoczona i wzruszona, gdy moja 4,5-letnia Patrycja przyniosła mi karteczkę, abym jej odczytała imię osoby, za którą ma się modlić. To był Hemlal! Wiedziałam, nawet miałam pewność: jeśli on będzie żył to za sprawą modlitwy tego malucha. Już w ubiegłym roku uczyłam ją, jak pamiętać o osobie powierzonej jej modlitwie: chodziłyśmy razem na króciutką osobistą modlitwę do kaplicy, sama o tym mi przypominała i codziennie o to prosiła. Teraz też tak było. W litanii odpowiedź na wezwania do Matki Bożej „módl się za nami” w języku hindi brzmią: „hamare lije prarthna kar”, a Patrycja zmieniła to i konsekwentnie powtarzała: „Hemlal ke lije prarthna kar”. Oczywiście musiałam jej powiedzieć, kim jest Hemlal i że jest bardzo chory. Raz nawet poszłyśmy go odwiedzić – wtedy gdy obrzęk już zszedł i trochę widział na oczy.

Nareszcie w domu

Historia choroby, historia zdrowienia, życia i śmierci – to zawsze Boże tajemnice. Hemlal zdrowiał w zdumiewającym mnie tempie. Na Święta Bożego Narodzenia (niespełna miesiąc po rozpoczęciu leczenia) był w swojej zwyczajnej kondycji sprzed choroby. Rana nie mogła się całkowicie zagoić, pod płatem skórnym policzka i resztką nosa była nadal dziura, która nie miała czym się wypełnić, ale była czysta i prawie sucha, pacjent oddychał i jadł normalnie, widział i poruszał się samodzielnie. Miałam nadzieję, że rana pokryje się delikatnym nabłonkiem i tak Hemlal dożyje swoich dni. Zaraz po Nowym Roku już sobie dobrze radził ze wszystkim i poprosił o pozwolenie pójścia do domu, a ponieważ zasadniczych przeszkód nie było – zgodziłam się. Jakoś się zagapiłam, a przecież powinnam była dla Patrycji zrobić mu zdjęcie po leczeniu. To był jej własny, wymodlony staruszek.

Boże tajemnice

Trzy tygodnie później ktoś mnie zawiadomił, że Hemlal przyjechał. Pomyślałam, że teraz zrobię to zaległe zdjęcie... Ale on niestety był znów w bardzo złym stanie. Tak dobrze mi znany fetor gnicia buchnął od niego jak poprzednio. Byłam zdruzgotana. Hemlal był zbyt słaby i chory, by go pytać, jak to się stało. Czyżby spał na ziemi, czy nie ma porządnego posłania w domu? Jak w jego ranach znów mogły zagnieździć się robaki? Czyżby wszystkie muchy czekały na niego w Durgu, żeby zaatakować go, gdy tylko wróci?

Miałam nadzieję, że już z pewną wprawą szybko opanujemy sytuację. Obiecałam sobie, że go nie wypuszczę, zanim nie sprawdzę jego warunków domowych i na pewno już po gorącej porze (kwiecień-czerwiec). Ale tym razem antybiotyki działały jakby wolniej, Hemlal był bardzo słaby. W przeddzień mojego wyjazdu do Bombaju na konferencję lekarską jeszcze go widziałam na nogach, a w nocy nagle wystąpiły objawy neurologiczne i pobudzenie. Hemlal stracił przytomność. Najgorsze przypuszczenie sprzed ponad 2 miesięcy sprawdziło się: robaki dowierciły się do tkanki mózgowej. Agonia trwała kilka godzin, nie było ratunku. Poprosiłam księdza o udzielenie Hemlalowi warunkowego chrztu, otrzymał imię Piotr. Modliłam się wraz z Patrycją i moimi pomocnikami – tylko tej pomocy mogliśmy mu jeszcze udzielić. Zanim ruszyłam w drogę Hemlal odszedł do Pana. Nie brałam udziału w pogrzebie osobiście, ale Patrycja opowiedziała mi wszystko. I teraz co jakiś czas wspomina „swojego” staruszka, Hemlala. Modlitwa niewinnego dziecka wstrzymała tę śmierć na 2 miesiące. Hemlal przeżył radość Narodzenia Pana, dożył swego narodzenia na nowo w Chrystusie przez wody chrztu. Wielka Boża tajemnica, której dane było mi dotknąć własnymi rękoma, którą zobaczyłam na własne oczy, którą moje serce jest umocnione i ubogacone.


Zobacz całą zawartość numeru ►

2016-nr-01, Z cyklu:, Numer archiwalny, Miesięcznik, Autorzy tekstów, Panorama wiary, pozostali Autorzy

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

Dzisiaj: 25.08.2019