Kiedy twój rodzic staje się twoim dzieckiem

Jak to możliwe? To pytanie pojawia się jak mantra w życiu niejednego, ciężko chorego człowieka i w życiu całej jego rodziny, która nieoczekiwanie staje wobec wyzwań, do jakich nie została przygotowana.

projekt okładki: Joanna Dąbrowska

2014-07-28

Gdy po raz pierwszy sięgnęłam po książkę Kena Abrahama „Kiedy twój rodzic staje się twoim dzieckiem”, bardziej niż z potrzeby serca uczyniłam to z obowiązku służbowego, który obligował mnie do jej przeczytania i skreślenia paru zdań recenzji. Nawet nie przypuszczałam, że nie będę umiała rozstać się z nią jeszcze długo po zamknięciu ostatniej stronicy.

Autor tej niezwykłej pozycji wydawniczej Księgarni św. Wojciecha, Ken Abraham, to znany i popularny pisarz amerykański, który w swoim dorobku ma wiele cenionych pozycji, wśród których aż trzynaście znalazło się na prestiżowej liście bestsellerów „New York Timesa”.  

W książce, która na długo i niepodzielnie zawładnęła moim sercem autor opowiada, jak przez kolejne miesiące towarzyszył swojej mamie w jej podróży przez… demencję. Wyznaje, że nie od razu zmiany, które spostrzegł w zachowaniu matki uważał za objawy ciężkiej choroby. Utratę pamięci, spadek formy fizycznej, czy nietypowe reakcje na rozmaite zdarzenia z codziennego życia długo woli postrzegać, jako typowe dla osób w podeszłym wieku. Kiedy w końcu uświadamia sobie, że to demencja i jakie są jej skutki, musi nauczyć się, jak radzić sobie z sytuacją, która zmieni życie nie tylko jego mamy, ale także całej rodziny. I właśnie tymi trudnymi, często bardzo bolesnymi doświadczeniami, ale także zdobytą wiedzą postanawia podzielić się z czytelnikami. Czyni to z humorem, a równocześnie z dużą odpowiedzialnością za każde słowo, które wychodzi spod jego pióra. W stonowany i niezwykle taktowny sposób, jakby między wierszami, przypomina nam wszystkim – swoim czytelnikom – o czci należnej rodzicom, niezależnie od tego, w jakiej znajdą się sytuacji.

Już na samym wstępie swej książki Ken Abraham stawia nas wobec kluczowego pytania: „Jak to możliwe, utracić ukochaną osobę, kiedy ona jeszcze żyje? Osoba, którą znałeś i kochałeś, siedzi naprzeciwko ciebie, rozmawia z tobą, uśmiecha się – ale w jakiś sposób odeszła lata temu. Dostrzegasz subtelne dziwactwa i kaprysy, które z czasem się nasilają, a mimo to jesteś nieświadom prawdy – że to nie upór i nieumyślne złośliwości starszej osoby; że stoisz wobec wyniszczającej choroby, z którą musisz się zmierzyć, a do walki z nią masz niewiele narzędzi”.

Jak to możliwe? Pytanie pojawiające się jak mantra w życiu niejednego ciężko chorego człowieka i w życiu całej jego rodziny, która nieoczekiwanie staje wobec wyzwań, do których nie została przygotowana. Już w samej nazwie tej choroby, pochodzącej od łacińskich słów, które znaczą tyle, co „z dala, poza” i „umysł”, kryje się jej definicja, a wszystko, co się dzieje – czasami stopniowo, w innych przypadkach skokowo – tę definicję potwierdza.

Autor wraca wspomnieniami do okresu, kiedy choroba mamy nie dawała jeszcze tak mocno o sobie znać, a tym, co od śmierci ojca dokuczało jej najbardziej, mimo częstych wizyt synów i ich rodzin, była samotność. „Jeden, to najbardziej samotna liczba” – zatytułuje Ken któryś z rozdziałów swojej książki. On i jego bracia skłaniają więc matkę, by zamieszkała bliżej jednego z nich. Kiedy jej demencja sprawia, że na odległość nie można już czuwać nad jej zdrowiem i bezpieczeństwem, Ken postanawia zapewnić jej – najbardziej jak to tylko jest możliwe – dobrą i godną starość, w pobliżu siebie.

Przed samym sobą i czytelnikami tak uzasadnia swój krok: „Nadszedł czas spłaty – mama z poświęceniem opiekowała się mną, kiedy byłem dzieckiem i bardzo mnie wspierała w mojej pracy pisarskiej, nigdy nawet nie myśląc o jakimkolwiek wynagrodzeniu. Nigdy nie robiła tego dla pieniędzy czy uznania, robiła to z miłości. Jeśli nawet dożyje setki nie będę w stanie spłacić długu wdzięczności, który u niej zaciągnąłem. Nie czułem się zmuszony do opieki nad nią; czułem się zaszczycony, że będę mógł opiekować się wspaniałą kobietą; kobietą, która ryzykowała własnym życiem, bym ja mógł się narodzić, i która wypełniła swoje życie miłością do Boga, do ludzi i – tak! – do mnie. Nie czułem się przymuszony do opieki nad mamą; to był przywilej, możliwość spłacenia choćby w części, swojego długu w ostatnich latach jej życia”.

Ten dług Ken Abraham spłaca konsekwentnie także w najtrudniejszym okresie życia matki, wtedy, gdy do demencji dołączają inne schorzenia starzejącego się organizmu. Sprawiają one, że opieką nad matką musi podzielić się z wykwalifikowanym personelem medycznym. Czytelnicy żyją jego rozterkami, skrupułami, wyrzutami sumienia, które niejednokrotnie są udziałem tych spośród nich, którzy muszą swoich bliskich „oddać” w opiekę szpitalom czy ośrodkom opiekuńczym wyspecjalizowanym w opiece nad osobami starszymi. To także dla Kena czas bardzo trudnych wyborów, ale jednocześnie czas odkrywania pewnej ważnej prawdy: „Przegapiłem zbyt wiele okazji, żeby powiedzieć mamie, że ją kocham. Kiedy tak patrzyłem na tę malutką kobietę w szpitalnym łóżku, przyrzekłem sobie, że odtąd już żadnej nie przegapię” – stwierdza podczas jednego z pobytów matki w szpitalu. Również i w tym swoim postanowieniu pozostaje konsekwentny podczas niemal codziennych wizyt u matki. Tak o tym napisze: „Trzymanie mamy za rękę, kiedy modliliśmy się razem wieczorami uzmysłowiło mi, jak ważny jest dla niej kontakt fizyczny. Tego rodzaju wyrażanie uczuć zawsze było dla mnie nieco kłopotliwe, ale zdałem sobie sprawę, że mama tęskni za czułym dotykiem (…) Bez mojego dotyku czy innego znaczącego dla niej kontaktu fizycznego, do którego nie zaliczała kontaktu z pielęgniarkami czy salowymi (…) mama była w stanie wytrzymać  dzień do tygodnia. Na początku było to dla mnie trudne, ale zmusiłem się i przełamałem swoje zażenowanie. Podczas moich wizyt zawsze wyciągałem rękę po jej dłoń, zwłaszcza podczas naszych wspólnych modlitw”.

Decyzje, które podjął Ken są jego osobistymi wyborami, stara się ich nie narzucać ani pozostałym członkom swej rodziny ani tym bardziej czytelnikom. Jednak jego postawa zmusza do refleksji i zweryfikowania własnych reakcji w sytuacjach, przed jakimi może nas postawić choroba – zwłaszcza taka jak demencja czy choroba Alzheimera – bliskiej nam osoby.

Kiedyś jedna z córek Kena, skąd inąd bardzo kochająca babcię, zadała mu pytanie: „Tato, jak ty dajesz radę jeździć tam dzień w dzień… to takie przygnębiające… Jak ty to wytrzymujesz?” Kena nie mogło zgorszyć jej pytanie. Kiedyś, jako chłopiec, zadał podobne swojemu ojcu, który dzień po dniu, rok po roku odwiedzał swoją chorą na demencję siostrę, nawet wówczas, kiedy straciła już ona zdolność komunikowania się z kimkolwiek. Z troski o ojca zaproponował mu wówczas: „Co się przejmujesz! Możesz sobie zrobić małą przerwę. Ciocia Anna nawet nie będzie wiedziała, jeśli od czasu do czasu nie pojawisz się przez kilka dni”. Ojciec dał mu wówczas odpowiedź, która w pewien sposób zaważyła na całym jego życiu. Powiedział tylko: „Ale ja będę wiedział”. I teraz on – Ken Abraham – w podobny sposób może odpowiedzieć swojej córce: „Nie odwiedzamy babci Minnie ze względu na to, czy jest tak wygodnie, czy nie. Odwiedzamy ją, ponieważ kochała nas jeszcze przed naszymi narodzinami, a teraz nasza kolej, aby dać wyraz naszej bezwarunkowej miłości. Odwiedzamy ją nie dlatego, że tak jest łatwiej lub przyjemniej; odwiedzamy ją, bo po prostu tak należy postąpić”.

Czym tak naprawdę jest książka Kena Abrahama „Kiedy twój rodzic staje się twoim dzieckiem”? Biografią? Kroniką zmagań z chorobą tak ciężką, jak demencja? Poradnikiem dla tych, którzy stanęli wobec podobnych wyzwań? Tak, z pewnością także wszystkim tym po trochu. Dla mnie jest jednak przede wszystkim zapisem pięknej miłości, niezależnej od okoliczności, miłości „aż po grób”: dzieci do rodziców i rodziców do dzieci. Jest zapisem miłości Boga i człowieka ale także i może przede wszystkim… Boga w człowieku.

Taka miłość boli, czasem bardzo boli. Dlatego nie dziwią rozpaczliwe pytania, jakie i Ken stawia Bogu siedząc przy łóżku umierającej, bardzo już cierpiącej matki. Kiedy jego serce krwawi i tak bardzo chciałby jej tych cierpień zaoszczędzić, pyta: „Panie, dlaczego ona musi to znosić? W jakim celu? Boże, czego ma Mnie to wszystko nauczyć? Mam zobaczyć, jak umiera święty? A może powinienem nauczyć się okazywać więcej miłosierdzia tym, którzy cierpią? Albo, że życie to nie wszystko i że Bóg trzyma dla nas w zanadrzu coś, czego nasze oczy nie widziały, a umysły nie są w stanie sobie wyobrazić? Czegokolwiek mam się nauczyć, Boże, proszę, pomóż mi nauczyć się tego szybko” – modli się żarliwie.

Ktoś kiedyś powiedział, że wszystko, co naprawdę dobre, musi boleć. Ken Abraham pojął to do końca z chwilą śmierci matki. Niedługo przed tym dniem usłyszał od niej słowa: „Tylko pamiętaj, aby podziękować Panu Bogu za wszystkie dobre chwile, które razem przeżyliśmy (…) Czekam na Jezusa… jestem gotowa odejść” – powiedziała, a on już wiedział, że nie wypada się smucić, kiedy była tak bardzo gotowa do drogi. Kiedy po jej śmierci patrzył na nieruchomą, ukochaną twarz, miejsca po wszystkich pytaniach i wątpliwościach szybko wypełniły ufność i spokój. „Tak, wierzyłem. Wierzyłem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej” – wyznaje czytelnikom i wie, co teraz powiedziałaby mu – wolna już od demencji czy choroby Alzheimera – matka: „Nigdy w życiu nie czułam się lepiej”.

Wierzę, że każda kolejna stronica tej pięknej książki wielu ludziom przyniesie nadzieję, podobnie jak mnie natchnie optymizmem i pomoże zrozumieć te same prawdy, które jej Autor odkrywał w kolejnych dniach, miesiącach i latach życia swej matki.


cena książki: 29,90 zł

Wydawca:
Drukarnia i Księgarnia św. Wojciech Sp. z o.o.
ul. Chartowo 5, 61-245 Poznań
wydawnictwo@swietywojciech.pl

Zamówienia:
Dział Sprzedaży i Logistyki
ul. Chartowo 5, 61-245 Poznań
tel.  61 659 37 57 (-58, -59)
sprzedaz@swietywojciech.pl
 

Dajmund Danuta, Autorzy tekstów, Najnowsze, Dobra książka

nd pn wt śr cz pt sb

28

29

30

1

2

3

5

11

12

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

Dzisiaj: 26.05.2024