Bóg ochrania słabych

Rozmowa z o. Krzysztofem Lipowiczem OP, dominikaninem, który przez pięć lat posługiwał osobom psychicznie chorym.

zdjęcie: Renata Katarzyna Cogiel

Renata Katarzyna Cogiel

2017-04-06

REDAKCJA: – W latach 2010-2015 był Ojciec kapelanem szpitalnym. W jakim szpitalu miała miejsce ta posługa?

O. KRZYSZTOF LIPOWICZ OP: – Pełniłem posługę w Specjalistycznym Psychiatrycznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Jarosławiu nad Sanem (diecezja przemyska). Jest to największy szpital psychiatryczny w województwie podkarpackim.

– Czy obowiązki kapelana w szpitalu psychiatrycznym różnią się od tych pełnionych w zwykłym szpitalu?

– Można powiedzieć, że i tak, i nie. Na oddziały przychodziłem codziennie, z wyjątkiem sobót. Rozdawałem Komunię Świętą, odprawiałem Msze i nabożeństwa, słuchałem spowiedzi. W niedzielę odprawiałem dwie Msze: jedną w ogólnodostępnej kaplicy, drugą na świetlicy oddziału zamkniętego. I w tym moje obowiązki kapelańskie pewnie były podobne do tych podejmowanych przez kapelanów w zwykłych szpitalach. Co do różnic, to należałoby się dopatrywać ich w samej specyfice osób chorych psychicznie i ich szczególnych potrzebach, na które jako kapelan musiałem odpowiedzieć.

– Na czym polegają owe specyficzne potrzeby osób chorych psychicznie?

– Na pewno nie sposób powiedzieć o wszystkim, ale warto chociażby zauważyć fakt, że wielu pacjentów leczonych psychiatrycznie funkcjonuje w ten sposób, że wieczorami są mocno pobudzeni i aktywni, a nad ranem bywają apatyczni i mało czynni. Wynika to z konieczności podawania im dużych dawek leków uspokajających późnym wieczorem – po to, by zasnęli i dali zasnąć innym – czego konsekwencją jest z kolei przedłużony poranny wypoczynek. Dla mnie jako kapelana wiązało się to z tym, że kiedy przychodziłem na oddział ok. godziny 6.20, wielu z chorych jeszcze spało i nie było z nimi kontaktu. O tej porze miałem możliwość posługi jedynie pacjentom lżej chorym i tym, którzy wracali już do zdrowia. Gdyby chcieć przełożyć to na konkretne liczby to wyglądało to mniej więcej tak, że na około pięciuset pacjentów szpitala, regularny kontakt miałem z osiemdziesięcioma, co daje niecałą 1/5.

– To według Ojca dobry wynik?

– Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo musiałbym mieć porównanie z innymi tego typu placówkami, ale zasadniczo uważam, że jak na szpital psychiatryczny – nie jest to wynik zły. Chcę podkreślić, że z pozostałymi pacjentami również miałem kontakt, choć nie przyjmowali oni sakramentów. Gdy bywałem na oddziale także w późniejszych godzinach, nieraz spotykaliśmy się na korytarzu, pozdrawialiśmy się i serdecznie ze sobą rozmawialiśmy. Tego typu kontakty przecież także należą do posługi kapelańskiej. Niektórzy chorzy, nie dlatego nie korzystali z sakramentów, bo rano spali, ale dlatego, że zwyczajnie sobie tego nie życzyli. Myślę, że w wielu przypadkach wynikało to z faktu, że na tamten czas jeszcze „nie pozałatwiali” sobie spraw z Panem Bogiem. Być może był w nich bunt i niezgoda na sytuację, w której się znaleźli, na upokorzenia wynikające z ich choroby. Z doświadczenia wiem, że zwykle chorzy, którzy gniewają się na Pana Boga, szerokim łukiem omijają także kapelana. Piękne jest jednak to, że z czasem wszystko może się zmienić i nieraz byłem świadkiem, że ktoś wracał do Boga.

– Przypuszczam, że okolicznością, która wyróżnia szpital psychiatryczny, bywa długotrwały pobyt chorego na oddziale.

– Tak, to bardzo ważne spostrzeżenie. Cechą szczególną pobytu w szpitalu psychiatrycznym faktycznie jest jego długotrwałość. Można powiedzieć, że pobyt ten zwykle mierzony jest stopniami wchodzenia chorych w normalność. Pierwszym stopniem jest stan, w którym pacjent nie może opuszczać oddziału, drugim stopniem jest stan, w którym pacjent może opuszczać oddział pod opieką terapeuty lub pielęgniarki i trzecim stopniem jest sytuacja gdy pacjent po uprzednim zgłoszeniu, może samodzielnie wychodzić poza teren oddziału. Chorzy potrzebują zwykle długiego czasu leczenia, by przejść wszystkie te etapy i by tym samym wrócić do zdrowego funkcjonowania.

Rola kapelana w tym przedłużającym się okresie leczenia chorych psychicznie, jest nie do przecenienia. Pacjenci potrzebują długotrwałego wsparcia i obecności, rozmów oraz poświęcenia im uwagi. Często przez długi czas rodzi się w nich zaufanie do kapłana i bywa nieraz, że mijają tygodnie, a nawet miesiące zanim chory człowiek opowie o swoich doświadczeniach i problemach.

– Każda posługa kapelańska wymaga cierpliwości i empatii, ale ta w szpitalu psychiatrycznym jest w tym względzie – jak sądzę – grą w lidze mistrzów…

– Można chyba tak powiedzieć. Kontakt z osobą chorą psychicznie jest podobny do obsługi wadliwie działającego komputera. Czasem taki komputer niespodziewanie zadziała prawidłowo, a czasem w ogóle nie reaguje na wydawane mu polecenia – można w klawiaturę stukać, stukać i stukać… i nic się nie dzieje. Cierpliwość więc, o której pani wspomina, jest często kluczem do złapania kontaktu z człowiekiem chorym, nie tylko chorym psychicznie.

Poza tym potrzeba także wiele wyczucia i spokoju, by osobie leczącej się psychiatrycznie tłumaczyć kwestie dotyczące wiary i praktyk religijnych. Zdarza się bowiem, że choroba ma czasem podłoże religijne i wówczas na przykład niechęć do przyjmowania sakramentów może być właśnie wynikiem choroby, a nie niechęci samej w sobie. Jedna z pacjentek, zwykle bardzo religijna i pobożna, która zawsze przyjmowała Komunię Świętą, któregoś dnia oświadczyła mi, że odtąd nie będzie przyjmowała Komunii, bo Pan Jezus jej tak powiedział. Nagle na skutek choroby była głęboko przekonana, że oto słyszy w swoim umyśle głos samego Pana Jezusa. Naprawdę trudno z czymś takim dyskutować. Trzeba to przyjąć, zaakceptować i po prostu przeczekać. Mówię o tym dlatego, by podkreślić, że postawy czy działania osób chorych psychicznie względem rzeczywistości religijnych są często wynikiem choroby i działania leków, a nie ich świadomym i racjonalnym wyborem. Inna pacjentka z kolei nie przyjmowała Komunii Świętej, bo uważała, że jest Matką Bożą i tego nie potrzebuje. Gdy jednak mimo to zachęciłem ją, by przyjęła Komunię, ona zastanowiła się chwilę i stwierdziła, że zrobi to, by nie gorszyć innych.

Bywały także zabawne sytuacje w tej materii. Przykładowo pewien pacjent był przekonany, że jest agentem amerykańskiego wywiadu, który się ukrywa. Kiedy przychodził do Komunii, zawsze domagał się dwóch Hostii – tej dodatkowej po to, by – jak twierdził – stać się niewidzialnym. Na szczęście moje tłumaczenia, że nie wolno mi tego zrobić, rozwiązywały problem.

Myślę więc, że chorych psychicznie trzeba traktować bardzo indywidualnie i umieć przewidzieć wszelkie możliwe scenariusze. Bardzo ważne jest też, by kapelan w szpitalu psychiatrycznym pod żadnym pozorem nie wchodził w rolę terapeuty, czy lekarza. Siła jego działania polega na wierności swojej roli!

– Pięć lat posługi w jednym miejscu to długi czas. Zapewne poznał Ojciec wielu pacjentów, ale czy są tacy, którzy z jakiegoś powodu szczególnie zapadli Ojcu w pamięć?

– Oczywiście, wielu chorych pamiętam i bardzo ciepło wspominam. Przychodzi mi teraz na myśl pewien pacjent z oddziału szczególnego zabezpieczenia. Jest to oddział, na którym chorzy albo odbywają wyroki sądowe, albo przebywają na obserwacji w celu określenia stopnia ich poczytalności i podjęcia późniejszej decyzji, czy zasądzony wyrok odsiedzą w więzieniu czy w szpitalu psychiatrycznym. Na tym oddziale przebywał pacjent, który w tej specyficznej społeczności chorych cieszył się ogromnym autorytetem. Ku mojej wielkiej radości był on bardzo gorliwy w kwestiach wiary i animował życie religijne całego oddziału. Ja właściwie nie musiałem o nic się martwić i niczego organizować. Przychodziłem na gotowe. Ów pacjent budził innych rano gdy przynosiłem Komunię Świętą, organizował ministrantów do służby przy ołtarzu, do czytania liturgii Słowa, a z czasem zatroszczył się nawet o stworzenie śpiewniczka z pieśniami, które śpiewaliśmy wspólnie podczas Mszy. Pamiętam też pana Emila, który czytał dużo książek i utrzymywał kontakt z kilkoma wydawnictwami katolickimi, w których te książki zamawiał i kupował za skromną rentę. Pożyczał je potem chętnie personelowi, także mnie. Był bardzo inteligentny i oczytany, choć zewnętrznie – między innymi z powodu jego jąkania – człowiek bałby się dać za niego przysłowiowe pięć groszy. Z kolei inny pacjent, który miał osobliwe hobby – szukanie kandydatki na żonę i pisanie wierszy z rymem częstochowskim – powtarzał, że życzy mi, abym został biskupem pomocniczym diecezji przemyskiej. Na moje pytanie: „ale dlaczego pomocniczym?”, odpowiadał: „dlatego, aby miał ojciec szansę awansu, bo awans jest w życiu najważniejszy!”. Mógłbym tak opowiadać jeszcze długo, bo tych niezwykłych i pięknych spotkań z osobami chorymi było wiele.

– Z pewnością jednak bywały również trudne momenty w Ojca posłudze…

– Naturalnie. Zwłaszcza na początku posługi bardzo się bałem, że mogę zostać przez pacjenta pobity albo zwymyślany. Z czasem dowiedziałem się, że w szpitalu psychiatrycznym istnieje taka niepisana zasada, że lekarzy i kapelana się nie bije. Zwykle zasada ta była przez chorych przestrzegana i mogę powiedzieć, że w ciągu całej mojej posługi, oberwałem najwyżej dwa razy. Obawiałem się także, że z powodu pracy z osobami chorymi psychicznie będę postrzegany, także w środowisku duchownych, jako ktoś, kto nie nadaje się już do kontaktu z ludźmi normalnymi i że zostanie mi przyklejona jakaś etykietka.

– Czy może Ojciec powiedzieć, że posługa chorym w szpitalu psychiatrycznym czegoś konkretnego Ojca nauczyła?

– Myślę, że przede wszystkim nauczyła mnie tego, że świat osób chorych psychicznie nie jest światem, którego należy się bać. Często istnieje takie przekonanie, że osoby chore psychicznie są agresywne i niebezpieczne. Owszem, bywają, ale najczęściej zagrożenie z ich strony nie jest duże. Przekonałem się, że pacjenci bardzo potrzebują normalnego traktowania, zrozumienia, rozmowy. Zresztą przez traktowanie ich w normalny sposób, w jakimś sensie popycha się ich w kierunku normalności i odzyskania zdrowia. Posługa w szpitalu psychiatrycznym pozwoliła mi też na nowo zachwycić się wielkością Bożych dzieł. Nieraz byłem świadkiem, gdy Bóg niejako dawał człowiekowi drugie życie, gdy dopomagał, by odratowano go z próby samobójczej. Głęboko wierzę, że Bóg ochrania tych najsłabszych, najbardziej zagubionych. Oni są dla Niego najcenniejsi. Niezwykłe jest też to, że osoby chore psychicznie uczyły mnie wielkiego szacunku do sfery sacrum, która dla nich często jest bardzo ważna. Bóg działa w zadziwiający sposób. On w swojej wielkiej mądrości i dobroci pokazał mi wielokrotnie, że dla Niego nie ma sytuacji beznadziejnych i przegranych. To jest chyba największy skarb, jaki wyniosłem z mojej kapelańskiej posługi.

– Dziękuję Ojcu za rozmowę.


Zobacz całą zawartość numeru ►

 

Z cyklu:, Numer archiwalny, 2017-nr-04, Kapłan wśród chorych, Miesięcznik, Cogiel Renata Katarzyna, Autorzy tekstów

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
28 29 30 1 2 3 4
14 15 16 17 18
19 20 22 23 24 25
26 27 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
Dzisiaj: 19.05.2019