Ruhama – powiew Ducha Świętego

Na początku widać tylko zniekształconą główkę, nienaturalnie wypukłe oczy i czarne włosy związane w kucyk. Z kokardką. Dziewczyny z pierwszych ławek z dyskretnym zainteresowaniem obserwują przedziwną parę.

zdjęcie: ALAN KORUP

2013-12-30

Losy Julio i jego rodziny – to historia niewiarygodna, a właściwie godna wiary. Tak jak wydarzenia, które doprowadziły do naszego spotkania. Składają się na opowieść o cudach – codziennych drobiazgach, splotach okoliczności i wielkich uzdrowieniach, ratowaniu życia, zdumiewaniu medycyny.

Pechincha

Tam się zaczęło. W brazylijskiej parafii, w której polscy pielgrzymi podczas tegorocznych Światowych Dni Młodzieży spotykali się na katechezach i Mszy. Akurat kończyło się spotkanie z kardynałem Dziwiszem. Były sekretarz Papieża powtarzał: „Macie wielkiego przyjaciela i orędownika w osobie Jana Pawła II”.

W jednej z pierwszych ławek siada Julio. Przygarbiona sylwetka, zmechacony sweter i łagodne, pełne doświadczenia spojrzenie zza grubych szkieł. W jego dużych ramionach prawie ginie kwilące od czasu do czasu zawiniątko – Ruhama. Na początku widać tylko zniekształconą główkę, nienaturalnie wypukłe oczy i czarne włosy związane w kucyk. Z kokardką. Dziewczyny z pierwszych ławek z dyskretnym zainteresowaniem obserwują przedziwną parę. W tym samym czasie pod chórem także trwa poruszenie. Ciemna karnacja, ogromne oczy i jeszcze większy uśmiech – niespełna dwuletni Mateuszek krąży odważnie między mamą, pielgrzymami i wolontariuszami, wywołując uśmiech na twarzach wszystkich.

Po Mszy Świętej uchylają rąbka tajemnicy. „Ruhama żyje dzięki wstawiennictwu Jana Pawła II” – opowiada łamiącym się głosem Julio, którego proste zdania tłumaczy don Pedro, polski ksiądz, mieszkający w Brazylii. – Ona nie ma części mózgu. Powinna umrzeć, ale Jan Paweł II ją uratował. A Mateusz – ten biegający brzdąc – to jej brat bliźniak. Nie dokonano aborcji, bo on też by umarł”. Obowiązki nie pozoliły mi zostać na spotkaniu, podczas którego Julio opowiadał historię dziewczynki. Myślałam, że już ich nie spotkam.

Napisz o nich koniecznie

Splot wydarzeń, które doprowadziły do tego, że po Mszy Świętej na Copacabanie znalazłam się przy ołtarzu, wraz z wiwatującymi biało-czerwonymi pielgrzymami – to oddzielna opowieść. Gdy usiłuję przedostać się do wyjścia, wśród zgiełku, wiwatów i napierającego tłumu, wypatruje mnie jakiś ksiądz. „Ty jesteś dziennikarką, pamiętam cię z Pechinchy. Opisz historię tej rodziny z chorą dziewczynką! Oni byli dziś przy papieżu, nieśli dary! Napisz o nich koniecznie!”.

Łatwo powiedzieć. O całej sprawie wiem tyle, ile usłyszałam przed kilkoma dniami. Owszem, chciałam opowiedzieć ich historię, ale... Ksiądz nagle odzywa się, jakby czytał w moich myślach: „Mam numer telefonu do ks. Pedro, który się nimi zajmuje”. No więc notuję numer. Czy to przypadek? W trzyipółmilionowym tłumie z całego świata, w miejscu, do którego trafiłam przypadkowo i bez koniecznych przepustek, dostaję bezcenną wskazówkę do rozwiązania zagadki, nurtującej mnie od kilku dni. Dzwonię. Jak się okazuje, w ostatniej chwili. Słyszę w słuchawce: „Dobrze, że zdążyłaś. Dziś wieczorem wracam do Brasilii! Przyjedź po południu, wyjdę po ciebie na metro”.

Nilopolis

Choć brzmi jak nazwa metropolii, Nilopolis wygląda jak przedsionek piekła. Tuż obok zaczynają się jedne z najokrutniejszych faweli. Zgodnie z umową, dojeżdżam do końcowej stacji, wzniesionej na wiadukcie nad ubóstwem. Tłum wylewa się ze wszystkich otworów stacji i pociągu. Mrok – który w lipcu w Brazylii zapada wcześnie – i podejrzliwe spojrzenia mieszają się z sapaniem składów metra, głośnymi rozmowami i reklamami sieci komórkowej wykrzykiwanymi przez młodą Brazylijkę do megafonu. „Masz cukierka” – ks. Pedro wyłania się z tłumu i wręcza mi słodką kulę wielkości piłki golfowej. – Robią je nasze panie. Pojedziemy teraz do Domu Samotnej Matki, który prowadzi tutaj Doris. To moja znajoma. Ja jestem krajowym odpowiedzialnym za akcje pro-life. Często współpracujemy.

Bezpieczny dom

Im głębiej wjeżdżamy w fawele, tym bardziej odległa wydaje mi się wizja takiego domu w tym miejscu. Rynsztoki zamiast ulic, rozsypujące się mury i śmietniki w miejscu parkanów, szkielety samochodów leżące na poboczu, cienie dzieci i dorosłych ożywiające okolicę. Wszystko skąpane w żółtawym świetle co trzeciej działającej latarni.

„Czy tu jest bezpiecznie?” – przerywam opowieść ks. Pedro o tym, że Doris była profesorem filozofii, ale postanowiła ratować życie ludzkie, dlatego razem z mężem przeprowadzili się na przedmieścia i od kilkunastu lat pomagają ubogim kobietom z okolicy. „Nie, bardzo niebezpiecznie” – potrząsa głową Joseph za kierownicą. Myślę za św. Pawłem, że „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5, 20), patrząc nie tylko na okrutną biedę za oknem, ale też na politykę brazylijską, która zezwala na aborcję, nieskutecznie wojuje z siecią klinik aborcyjnych, a wkrótce dopuści prawo, zgodnie z którym każde dziecko poczęte przez gwałt, będzie można zabić. A w tym wszystkim Julio i jego córeczka, która żyje na przekór prawom biologii, medycyny i brazylijskiej konstytucji.

Dojeżdżamy do Domu Samotnej Matki. Brakuje mu fragmentów ścian, dachu, nie mówiąc o wyposażeniu. Za to nie brak serca i ducha. Zdjęcia 2000 dzieci uratowanych od śmierci pokrywają dwie ściany i są oparciem silniejszym niż beton. Doris czeka na nas z ciekawością i garnkiem gęstej zupy. „Prowadzę ten dom sama, mam jedną przyjaciółkę wolontariuszkę” – mówi z uśmiechem. W tym domu można poznać wiele pięknych historii o życiu. Jedną z nich jest właśnie historia Julio i jego rodziny.

Miało się nie narodzić

Haroldo Lucena Junior (tak brzmi jego pełne imię i nazwisko) i jego żona Mariselma pochodzą ze stanu Rio Grande do Norte na północy kraju i pewnie nikt by o nich nie usłyszał, gdyby nie wizyta papieża Franciszka w Rio de Janeiro. Wszystko zaczęło się w 2011 roku, kiedy zostali rodzicami. W czwartym miesiącu bliźniaczej ciąży było wiadomo, że jedno z ich dzieci nie ma żadnych szans na przeżycie z powodu całkowitego zniekształcenia mózgu. Brazylijscy lekarze w takich sytuacjach zalecają aborcję – powstrzymali się tylko ze względu na zagrożenie życia zdrowego chłopca. W siódmym miesiącu, lekarze potwierdzili, że drugie dziecko nie przeżyje porodu, ponieważ badania USG nie wykazywały połączenia pomiędzy mózgiem, a tułowiem. Nie byli w stanie określić płci drugiego dziecka. Przypuszczali, że to również chłopiec, bo medycyna nie zna innych przypadków przy tego typu ciążach.

Może się wydawać

Czekali na rozwiązanie. Cesarka miała być przeprowadzona przez młodego lekarza-rezydenta. Jednak gdy nadszedł termin, odmówił wykonania zabiegu, ponieważ w szpitalu nie było chwilowo miejsca dla drugiego noworodka. Według opinii profesorów po narodzinach chłopca, ciało drugiego dziecka miało być natychmiast usunięte, jednak młody lekarz zażądał przygotowania dwóch miejsc. Nawet rodzice, przyzwyczajeni przez lekarzy do myśli o śmierci drugiego dziecka, nie rozumieli tej decyzji. Miało się nie narodzić. „Według tego, co nam mówiono, chłopczyk miał się urodzić, a łożysko wraz z drugim płodem – niezwłocznie po usunięciu z ciała matki – miały być odrzucone” – wspomina Julio. Dziecko jednak urodziło się żywe. Podczas gdy Mariselma zajmowała się cierpiącym na zakażenie szpitalne synem Mateuszkiem i zmagała się z depresją poporodową, to Julio miał zaopiekować się... nie wiedział jeszcze kim.

„Pamiętam, jak o trzeciej po południu poszedłem na Oddział Intensywnej Terapii. Trzech lekarzy, którzy mnie wezwali, czekało, aby przekazać mi wiadomość. Myślałem, że niestety dziecko nie przeżyło. Ale jeden z nich powiedział: «Panie Haroldo, to, co pan zobaczy, będzie dla pana bardzo trudne, ale muszę pana poinformować, że to jest istota ludzka. Rzeczywiście jest na oddziale, naprawdę płacze. Na pozór, może się panu wydawać, że ona żyje, ale z naukowego punktu widzenia jest niemożliwe, by to dziecko przeżyło. Myślę, że najdalej w ciągu trzech dni nastąpi zgon». Byłem zszokowany, nie wiedziałem, o co chodzi. W tamtej chwili w ogóle nie wiedziałem, co myśleć.

Jesteś tchórzem!

Pamiętam, że wprowadzili mnie na oddział. Na neonatologii były różne urządzenia dla noworodków, w których przebywało wiele dzieciątek, a moje dziecko było w oddzielnym skrzydle, całkowicie odizolowane. Poszedłem tam, a dziecko było samo, na łóżku, w wyłączonym urządzeniu. Bardzo płakało. Rzeczywiście przestraszyłem się. Słyszałem płacz, więc powiedziałem: «Przecież ono płacze». A lekarze na to: «Nie, to jest tylko odbicie życia istoty ludzkiej». Spojrzałem na to dziecko – głowa, oczy były całkowicie wysadzone ku przodowi. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy to taka, by stamtąd uciec. Podszedłem do lekarki i powiedziałem: «Czy może mi pani oddać przysługę? Kiedy u tej istoty – nie nazwałem jej wtedy dzieckiem – nastąpi zgon, proszę nie mówić nic

Mariselmie. Proszę tylko zadzwonić do mnie a następnie proszę wziąć to dziecko na badania, skoro to szpital uniwersytecki». Oddałem to dziecko. I wyszedłem. Tchórz! Kiedy schodziłem po szpitalnych schodach, wydarzyło się coś dziwnego. Usłyszałem bardzo silny głos, który krzyczał na mnie, nazywał mnie tchórzem. Spojrzałem w jedną stronę, w drugą – nie zobaczyłem nikogo. A ten głos znowu zawołał: «Tchórz!». Powiedziałem: «Ja nie jestem tchórzem». Rozejrzałem się – nie było nikogo, tylko ja. Wróciłem. Przypomniałem sobie, że brazylijska charyzmatyczka Tia Laura mówiła, by odmawiać modlitwę Ojcze nasz. Położyłem dłoń na głowie dziecka – przyznaję, że czułem wstręt wobec całej tej sytuacji – i zacząłem się modlić. Wówczas przyszedł mi na myśl Jan Paweł II, którego poprosiłem o pomoc. Potem poszedłem do Mariselmy. A ona, nie wiedząc o niczym, patrzyła na mnie z uśmiechem, a ma bardzo piękny uśmiech i bardzo czyste serce. Psycholog powiedział mi, że była w silnej depresji poporodowej. «Pomóż mi, ja też ci pomogę» – powiedziała. I zostałem.

Siła modlitwy

Codziennie szedłem na Oddział Intensywnej Terapii. Lekarze zapewniali mnie, że to dziecko przeżyje maksymalnie trzy dni. A ja wiedziałem w głębi serca , że miało się wydarzyć co innego. Modliłem się za wstawiennictwem Jana Pawła II. Codziennie, choć wcześniej nie byłem bardzo religijny. Kiedy przyszedłem trzeciego dnia, przestraszyłem się, bo obserwowałem bicie serca, które zwykle dochodziło do 120 uderzeń, a tamtego dnia wskazywało tylko 90. «Mój Boże, już zbliża się zgon» – pomyślałem. Ale kiedy dotknąłem dziecka, obudziło się i puls powrócił. Minęły trzy dni, cztery dni, pięć, dziesięć, dwanaście”.

W podróży

Julio stracił pracę, do szpitala często chodził piechotą, nie mając pieniędzy na autobus, a żaden lekarz nie chciał odpowiedzieć na pytanie, co będzie, jeśli dziecko przeżyje. Po trzech tygodniach Ruhamę przeniesiono na zwykły oddział. Niedługo potem wraz z mamą i braciszkiem, wróciła do domu. Rozpoczęły się kolejne trudności. Nawet proste czynności, jak rejestracja w Urzędzie Stanu Cywilnego, wymagały nadzwyczajnych działań. „Płeć nieznana” – głosił zapis w dokumentach wydanych przez szpital. I dopiero po dodatkowych badaniach, potwierdzono płeć dziecka, które kolejny raz okazało się medycznym precedensem.

Po kilku miesiącach, podczas których, bez wsparcia medycznego, rodzice opiekowali się Ruhamą według swojej wiedzy i intuicji, Julio sprzedał dom, kupił samochód z niewielką przyczepką i wspólnie wyruszyli w podróż po kraju – szukając lekarzy i dając świadectwo cudu, który rósł w ich rodzinie. Chcieli spotkać się z panią prezydent, zwolenniczką legalnej aborcji, ale nie znali nikogo w Brasilii. Marzyli też o spotkaniu z papieżem Franciszkiem. Przypadkiem trafili do Aparecidy w dniu, kiedy odprawiał tam Mszę Świętą. Po Mszy, w pobliskiej restauracji Mariselma wypatrzyła ks. Pedro, kiedy wychodził, niosąc swoje nieodłączne plakaty i bannery pro-life. To on, wysłuchawszy ich historii, postanowił zabrać ich do Rio, do papieża, do Doris, a na końcu także do Brasilii, gdzie jest proboszczem i gdzie rezyduje prezydent.

Pro-life w praktyce

Julio spotkał się i z papieżem i z Doris. Śladami rodziny i ja trafiam do Brasilii, w następstwie kilku kolejnych cudów (zdobycie dwóch ostatnich biletów na jedyny w tym terminie autobus do stolicy, kupionych w dodatku za pieniądze, które znalazły się w ostatniej chwili). Właśnie tam, na przedmieściach stolicy, znajduje się parafia ks. Pedro. I siedem dojazdowych kaplic. Chwilowo mieszka u niego Julio z rodziną. Są Dobrą Nowiną. Mieszkańcy, do których nie zawitał papież, ani kolorowi pielgrzymi z całego świata, z radością witają młode małżeństwo, które podczas Mszy opowiada swoją historię. Wspólne zdjęcia z Ruhamą, roześmiany łobuzersko Mateuszek podawany z rąk do rąk – oto pro-life w praktyce!

Powiew Ducha

W skromnej plebanii z ogromnym fikusem na środku podwórka, panuje popołudniowa cisza. Ks. Pedro szykuje się do wyjazdu „do kapliczki” – jak nazywa skromny barak w pobliskiej wiosce, gdzie pod dachem z brezentu, przy świecznikach ze słoików, odprawia Mszę dla garstki parafian usadowionych na kulawych krzesłach z kikutami pulpitów i oparć (po Mszy otaczają ks. Pedro, żeby dowiedzieć się, jak będzie „cześć” po polsku, żeby mnie przywitać, przyjrzeć się i uśmiechnąć). Tutaj czuć powiew Ducha...

Dotknięta miłosierdziem

Ruhama zasypia. Jej imię, które po hebrajsku oznacza miłosierdzie, Julio tłumaczy jako powiew Ducha Świętego. Dziewczynka, której mózg nie wykształcił połączenia z resztą ciała, w niewytłumaczalny sposób zachowuje funkcje życiowe, których nigdy miała się nie nauczyć – je, widzi, porusza się. Po obiedzie – zwykłym mleku w butelce ze smoczkiem – bawi się przez chwilę z tatą, ściągając mu z nosa okulary. Mateuszek, niczym torpeda, biega po kafelkowym dziedzińcu, zaczepiając nas odważnie radosnymi spojrzeniami.

Julio, który właśnie skończył planowanie czuwania w intencji nienarodzonych dzieci, organizowanego razem z księdzem przed pałacem prezydenckim, siada na hamaku i wyjmuje organki. Melancholijna muzyka miesza się z radosnym śmiechem i tupaniem Mateusza. Za kilka tygodni wrócą do siebie, a Julio dostanie pracę. „Chciałabym, żeby moja rodzina miała zwykłe życie – mówi Marisela. – Żeby mój mąż znalazł pracę, Mateusz poszedł do szkoły. I żeby Ruhama nadal żyła”.

 

Zobacz całą zawartość numeru ►

Z cyklu:, Numer archiwalny, W cztery oczy, Miesięcznik, 2013-nr-12, Autorzy tekstów, pozostali Autorzy

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

30

1

2

3

4

7

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

Dzisiaj: 20.07.2019