Trudzić sie wytrwale
Panie Jezu, wiem, że godziny spędzone w szpitalu to czasem godziny walki: o chorego, o zbawienie, o rodzinę. Może kiedyś w niebie zobaczę uśmiechy i usłyszę słowa wdzięczności tych, którzy dostąpili zbawienia, będąc na sali operacyjnej, na OIOM-ie, czy dzięki ostatniej spowiedzi, która otwarła dla nich drogę do nieba.
2026-03-20
Komentarz do Liturgii Słowa: Mdr 2,1-a.12-22; J 7, 1-2. 10.25-30
IV tydzień Wielkiego Postu
Od samego początku misja Jezusa była niezrozumiała w oczach Żydów. Wystarczy przypomnieć początek Jego działalności, gdy udaje się do swojego rodzinnego miasta, idzie do synagogi, rozwija tekst księgi Proroka Izajasza i czyta słowa, które były jednoznaczne w Jego ustach. Na Jego osobie wypełniają się proroctwa. Znany jest ten fragment, który opisuje dokładnie to, co Jezus później czynił:
„Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi” (Łk 4, 18).
Kiedy mieszkańcy Nazaretu usłyszeli te słowa, opis ich reakcji mówi sam za siebie – „oczy wszystkich były utkwione w Niego…”. Co się więc stało, że za chwilę, lada moment, ci sami słuchacze, nie przyjmując prawdy słowa o Jezusie, „Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić” (Łk 4, 29-30)?
Dzisiejszy fragment Ewangelii Jana mówi bardzo podobnym tonem. Pętla śmierci wokół Jezusa coraz bardziej się zacieśnia. Jezus chodzi po Galilei, nie idzie do Judei, bo wie, że Żydzi zamierzają Go zabić. Lecz Galilea wcale nie jest polem łatwej działalności Jezusa! Idzie On na święto Namiotów nie jawnie, ale skrycie, raz głosi Ewangelię, innym razem wie, że głoszenie byłoby jawnym narażeniem się na śmierć. Jezus jednak jest świadomy, że Jego godzina jeszcze nie nadeszła.
Także ja mam swoją Judeę. Wiem, że w szpitalu, które jest miejscem mojej codziennej posługi, są Ci, którzy nie wierzą, a może stracili zapał wiary już dawno temu. To pacjenci śmiertelnie chorzy, którzy nie mają świadomości, że życie ziemskie jest jak bańka mydlana i może się szybko skończyć. Tak często nie myślą o tym, co będzie. Dla nich ciężka operacja kardiochirurgiczna, która wiąże się zawsze z ryzykiem, jest jak zawinięcie rany na palcu kawałkiem gazika. Najgorszy w mojej Judei jest ból z powodu zamknięcia ludzkich serc. Chyba jeszcze większy ból przeżywa Jezus. Ale mam także swoją Galileę. To ci, którzy wydają się nazywać wierzącymi, nawet mówią o swojej wierze… aby potem dodać: „Jestem wierzący, ale… nie praktykujący”, „wierzę w Boga, ale nie w Kościół, w księży…”. W Galilei obok tych, co wierzą, są tacy, dla których widok kapelana bywa wyrzutem. Już chcieliby się spowiadać, ale ciągle jakaś siła ich zatrzymuje, nie docierają do kaplicy, umawiają się na rozmowę, spowiedź, ale coś ich skłoniło do zmiany decyzji. Wiem też, że posługa kapelana jest podobna do misji Jezusa. Jest duchową walką o człowieka i jego zbawienie. Idąc szpitalnym korytarzem, spotykając różnych ludzi, nie można oprzeć się wrażeniu, że dzisiejsze słowa księgi Mądrości, są skierowane do nas „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny…”; „Głosi, że zna Boga…”; „sprzeciwia się naszemu działaniu…”; „sam widok jego jest dla nas przykry…”.
Tego doświadczam czasami. W pierwszy piątek miesiąca, zostałem „wyrwany” telefonem z konfesjonału w parafii do szpitala na oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii. Dzwonił lekarz, który zatroskany o pacjenta, chciał, by kapelan udzielił namaszczenia chorych i absolucji. Zatem pędem pobiegłem do samochodu, by dotrzeć do szpitala, założyłem albę i stułę i udałem się jak najszybciej na oddział. Kiedy już wszedłem do sali, przy chorej pacjentce stało dwoje młodych ludzi. Kiedy zapytałem, czy mogę udzielić sakramentu, bo zostałem wezwany, usłyszałem ze strony syna: „Kto księdza wzywał, mama nie życzyłaby sobie księdza”. Zapytałem: a Pan jest synem? – „Tak, i ja jestem niewierzącym. Nie wiem, czy mama życzyłaby sobie księdza, traktowała Kościół instrumentalnie”. Zatem, powiedziałem, chciałem tylko zaproponować, ponieważ mama jest w ciężkim stanie – co lekarz skinieniem głowy potwierdził. Przekonywałem, że przecież udzielając namaszczenia chorych, Bóg nie odbiera wolności człowiekowi, ale jeśli w tych minutach między wypadkiem a agonią mama zapragnie Jezusa? Nie można chyba jej odmawiać szansy… To przekonało niewierzącego syna. A ja odetchnąłem z ulgą.
Przypomniały mi się wówczas słowa dzisiejszej Ewangelii: „A oto jawnie przemawia i nic Mu nie mówią…” […] nikt nie podniósł na Niego ręki…”.
Panie Jezu, wiem, że godziny spędzone w szpitalu to czasem godziny walki: o chorego, o zbawienie, o rodzinę. Może kiedyś w niebie zobaczę uśmiechy i usłyszę słowa wdzięczności tych, którzy dostąpili zbawienia, będąc na sali operacyjnej, na OIOM-ie, czy dzięki ostatniej spowiedzi, która otwarła dla nich drogę do nieba. Może wtedy to, co dziś jest pogardzane, wyśmiewane, niezauważone, stanie się pełne chwały i blasku Boga. Czekam na ten dzień z tęsknotą…