Można wiele wybaczyć
O niewyobrażalnej stracie, o gniewie i nienawiści oraz o pojednaniu z mężem nad grobem syna opowiada Bogumiła Szczepanik.
zdjęcie: Canstockphoto.pl
2026-02-05
Redakcja: – Muszę przyznać, że miałam wątpliwości, czy zgodzi się Pani na tę rozmowę, bo jej tematem ma być najboleśniejsze wydarzenie w Pani życiu.
Bogumiła Szczepanik: – Początkowo również trochę się wahałam, ale ostatecznie stwierdziłam, że być może moja historia pomoże komuś zmierzyć się z podobnymi trudnymi doświadczeniami.
– Proszę zatem opowiedzieć, co wydarzyło się w grudniu 2010 roku i sprawiło, że zmieniło się Pani całe dotychczasowe życie.
– Mój mąż dwa razy w tygodniu zawoził naszego 9-letniego syna Grzegorza na lekcje angielskiego do sąsiedniej dzielnicy. Grzesiu chętnie i z dużymi sukcesami uczył się tego języka. Marzył, by w przyszłości zostać informatykiem i programistą. W tamto grudniowe popołudnie mąż będąc pod wpływem alkoholu, spowodował wypadek, w którym zginął nasz syn. Sam wyszedł z całego zdarzenia niemal bez szwanku.
– Pani mąż miał wcześniej problemy z alkoholem?
– Tak, ale ja nic o tym nie wiedziałam. Mąż nie upijał się w powszechnym rozumieniu tego słowa, nigdy też nie wyczułam od niego alkoholu, zwłaszcza, gdy prowadził samochód. Okazało się, że pił regularnie, w małych ilościach i bardzo dobrze potrafił ukrywać swoje uzależnienie. Najlepszym dowodem na to jest to, że żyjąc z nim pod jednym dachem, przez lata niczego nie zauważyłam.
– Jak dowiedziała się Pani o tym, że zdarzył się wypadek?
– Do domu przyszło dwóch policjantów, którzy poinformowali mnie o całym tragicznym zajściu. Mężowi natychmiast odebrano prawo jazdy i zatrzymano do wyjaśnienia. Rozpoczęły się liczne procedury, w tym konieczność identyfikacji zwłok syna w celu potwierdzenia jego tożsamości. Wszystkie te przykre czynności spadły na mnie, bo mąż jako sprawca wypadku nie był do nich dopuszczony. Potem musiałam także zająć się organizacją pogrzebu i załatwieniem wszystkich związanych z nim formalności. Niewiele pamiętam z tamtego czasu. Działałam jak automat, niesiona adrenaliną i doznanym szokiem. Otrzeźwienie, wściekłość, poczucie smutku i bezradność wobec tego, co się stało, przyszły dopiero potem.
– Jak Pani sobie poradziła z tymi trudnymi uczuciami?
– Myślę, że na początku w ogóle sobie nie radziłam. Byłam zdruzgotana i niezdolna do normalnego funkcjonowania. Musiałam zażywać silne leki uspokajające i przez kilka tygodni pozostać w domu na zwolnieniu lekarskim. Bolało mnie dosłownie całe ciało, co powodowało, że nie mogłam spać i normalnie oddychać. Kiedy z pomocą lekarzy fizycznie trochę się pozbierałam, przyszedł czas, by zmierzyć się z psychicznymi i duchowymi konsekwencjami tej tragedii.
– Co było dla Pani najtrudniejsze?
– Wszystko było trudne, ale najtrudniejsza okazała się konfrontacja z moim mężem – pierwsza od śmierci Grzesia. Mąż postanowił wyprowadzić się z domu do czasu rozpoczęcia sprawy w sądzie, więc nie mieliśmy okazji (ale też siły), by ze sobą szczerze porozmawiać. W końcu jednak ta rozmowa musiała się odbyć. Z mojej strony była pełna emocji i pretensji. Ze strony męża – niespodziewanie dla mnie – pełna skruchy. Dzisiaj wiem, że to właśnie jego skrucha i otwarte przyznanie się do winy, pomogły mi rozpocząć proces przebaczenia.
– Ale to przebaczenie nie dokonało się od razu. Potrzebowała Pani sporo czasu, zanim rany w sercu zabliźniły się i przestały być źródłem dojmującego bólu.
– Tak. Minęło wiele dni, zanim potrafiłam pomyśleć o moim mężu inaczej niż „morderca naszego syna”. Nosiłam w sercu niewyobrażalne poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Nie byłam w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że mój mąż – nieodpowiedzialny alkoholik – żyje, a syn, przed którym było całe życie, nie. Nie umiałam się cieszyć z faktu, że mąż, którego przecież kocham, przeżył wypadek. Brzmi to okrutnie, ale tak właśnie było.
– Co pomogło Pani przebaczyć mężowi?
– Jak już wspomniałam, bardzo pomogła mi jego postawa – wyrażenie żalu i przeproszenie bez prób usprawiedliwiania się. Ponadto mąż postanowił zerwać z nałogiem, poddając się leczeniu odwykowemu. Swoim zachowaniem pokazał, że naprawdę zależy mu, aby w jakimś stopniu naprawić, to, co zniszczył. Oboje wiedzieliśmy, że to oczywiście nie wróci życia synowi, ale postanowiliśmy odbudować i naprawić to, co przez ten wypadek popsuło się między nami. Mówię: „postanowiliśmy”, bo zrozumiałam, że oboje musimy podjąć wysiłek, aby uratować nasze małżeństwo po tragicznych wydarzeniach, które nas dotknęły. Gdyby tylko mój mąż starał się, abym mu wybaczyła, a z mojej strony nie byłoby takiej gotowości, proces przebaczenia nie mógłby się dokonać. W przyjęciu takiej postawy pomogła mi przede wszystkim osobista modlitwa. Prosiłam Boga o trzy rzeczy: o życie wieczne dla Grzesia, o nawrócenie męża, a dla siebie o nie chowanie w sercu urazy i nienawiści. Przez długi czas moja modlitwa brzmiała tak: „Boże, nie potrafię sama z siebie wybaczyć albo zapomnieć o tym, co się stało. Bardzo tęsknię za Grzesiem i to się nigdy nie zmieni. Pomóż mi, abym umiała i chciała – ze względu na jego pamięć – przebaczyć Sylwkowi (mąż). Uwolnij moje serce i myśli od nienawiści, pragnienia zemsty i złości”. Poznałam moc modlitwy odmawianej z wiarą. Dzięki modlitwie w moim sercu z czasem malało poczucie krzywdy, a w jej miejsce przychodził coraz większy spokój. Coraz częściej udawało mi się bez negatywnych emocji rozmawiać z mężem, przestałam go obwiniać i krzyczeć. Uspokoiłam się i to stało się dobrym punktem wyjścia do decyzji o przebaczeniu.
– Wspomina Pani o ważnej kwestii, a mianowicie o tym, że przebaczenie jest decyzją.
– Tak. Początkowo zupełnie inaczej rozumiałam przebaczenie. Wyobrażałam sobie, że jest to jedynie jakiś heroiczny poryw serca, do którego zdolni są tylko najwięksi duchowi mocarze, a nie zwykli ludzie. O tym, że przebaczenie jest decyzją woli, usłyszałam od księdza podczas spowiedzi. Wyjaśnił mi, że akt przebaczenia nie jest oznaką słabości i przegranej. Przebaczając, nie ponoszę klęski. Przebaczenie nie jest kapitulacją po nierównej walce. Przebaczenie jest świadectwem siły i mocy miłości. Ale nie chodzi tutaj o to, że człowiek sam z siebie potrafi taką siłę wykrzesać. Nie. Ta siła i moc pochodzi od Boga, który jest Miłością. Zrozumiałam, że prawdziwe i szczere przebaczenie jest możliwe tylko w Bogu, bo człowiek – choćby najbardziej szlachetny – sam z siebie nie zdołałby tego uczynić.
– A co z pojednaniem? Czy oprócz przebaczenia udało się Pani także odbudować z mężem dawną relację małżeńską?
– Udało się, ale na to potrzebowaliśmy dużo więcej czasu. Fakt, że wybaczyłam mężowi, nie był w moim przypadku równoznaczny z tym, że od razu byłam gotowa pojednać się z nim i wrócić do dawnego życia sprzed wypadku. Wiem, że czasami w ogóle nie jest to możliwe. Nam się udało, ale dopiero po kilku latach. Sylwek przeszedł długą drogę i włożył wiele wysiłku, by naprawić swoje błędy. Bardzo się starał, by odzyskać moje zaufanie. Jak już wspomniałam, mąż przeszedł terapię odwykową i całkowicie zerwał z nałogiem. Od czasu śmierci Grzesia mieszkaliśmy osobno, a on nigdy nie naciskał na mnie, abym pozwoliła mu wrócić do domu. Czekał cierpliwie, aż będę na to gotowa. Kiedy nadszedł w końcu moment jego powrotu do domu, oboje byliśmy szczęśliwi.
– A czy przebaczenie i pojednanie uzdrawiają także pamięć?
– Chodzi pani o to, czy przebaczyć znaczy zapomnieć?
– Tak.
– Nie wiem, jak jest w przypadku innych osób, ale ja nigdy nie zapomnę tego, co się stało. Nie potrafię wymazać z pamięci tamtych tragicznych wydarzeń, w wyniku których straciłam ukochane dziecko. W moim sercu na zawsze pozostanie wyrwa, której nie da się wypełnić. Ale chcę w tym miejscu zaznaczyć, że pamiętać nie znaczy wypominać. Kiedy pojednaliśmy się z Sylwkiem, postanowiłam już nigdy nie wracać do tych tragicznych chwil. Nie będę do tego wracać w znaczeniu wypominania mężowi winy. Owszem, jego wina jest faktem, ale wracanie do tego i ciągłe jątrzenie nie przyniosłoby niczego dobrego, a wręcz mogłoby zaszkodzić. Takie podejście do sprawy także jest decyzją, podobnie, jak samo przebaczenie.
– Jak obecnie wygląda Wasze życie?
– Można powiedzieć, że wszystko wróciło do stanu sprzed wypadku. Mąż wrócił do domu, a nasze szczere pojednanie miało miejsce przy grobie Grzesia. Oczywiście nie było to łatwe, ale zrobiliśmy to także dla syna, bo czuliśmy, że on by tego chciał. Kolejny raz przekonałam się tym, że gdy się kocha, można wiele wybaczyć.
Zobacz całą zawartość numeru ►