„Dni człowieka są jak trawa...”

Dzisiaj, po prawie 6 latach od tamtych dramatycznych wydarzeń jestem pewna, że moje życie zawsze było, jest i będzie w Bożych rękach.

zdjęcie: Pixabay.com

2025-10-31

Numer listopadowy „Apostolstwa Chorych” niemal w całości poświęcony jest tematyce związanej z eutanazją (eutanasia, gr. „dobra śmierć”). Wokół tego zagadnienia, a także wokół problematyki cierpienia i umierania, skupiona będzie również międzynarodowa konferencja naukowa z okazji 100-lecia Apostolstwa Chorych, którą szeroko zapowiadamy na początku bieżącego wydania. Tematyka ta, a także listopadowy czas zadumy nad życiem i przemijaniem skłoniły mnie, aby podzielić się pewnym ważnym wydarzeniem z mojego życia, które miało miejsce blisko 6 lat temu.

15 lutego 2020 roku podczas kąpieli zatrułam się tlenkiem węgla. Straciłam przytomność i przez ponad 15 minut mój mózg był poważnie niedotleniony. Byłam bliska śmierci. Dodam, że dzień ten był dla mnie ważny, ponieważ 15 lutego przypada rocznica śmierci mojej Mamy i ks. Michała Rękasa, założyciela Apostolstwa Chorych w Polsce. Ten szczegół – jak wierzę – okazał się istotny dla finału tego dramatycznego wydarzenia.

Mój tata, który znalazł mnie leżącą na podłodze w łazience, wezwał karetkę pogotowia. Medycy przyjechali w ciągu kilku minut i udzielono mi fachowej pomocy. W karetce wiozącej mnie na sygnale do szpitala, odzyskałam świadomość. Pamiętam dobrze, że kiedy się ocknęłam i dotarło do mnie, co się stało i gdzie jestem, jedną z moich pierwszych myśli była mniej więcej taka modlitwa skierowana do Pana Jezusa: „Panie Jezu, nie chcę umierać, chcę nadal żyć, ale jeśli Ty chcesz zabrać mnie teraz do Siebie, to jestem gotowa na spotkanie z Tobą. Niech się wypełni Twoja wola”.

Przyznaję ze wstydem, że nie zawsze jestem gotowa na spotkanie z Bogiem, tak jak w tamto zimowe popołudnie. Zdarza mi się czasem lekceważyć poważne zło i zaczynać dzień bez stanu łaski uświęcającej. Zdarza mi się odkładać spowiedź i nie wykorzystywać okazji do czynienia dobra. Zdarza mi się sprawy ludzkie przedkładać nad Boże i bagatelizować własne zbawienie. Powie ktoś, że to nic wielkiego, że wszyscy jesteśmy grzesznikami, że „każdy tak ma”. Nawet jeśli tak jest, wcale nie uspokaja to mojego sumienia. Wręcz przeciwnie – mobilizuje mnie do większej niż dotąd uważności na grzech i jego konsekwencje.

Wypadek z 15 lutego 2020 roku uświadomił mi na nowo kruchość ludzkiego życia, tym bardziej, że dwa tygodnie później w Polsce rozpętała się pandemia COVID-19 i przez długi czas zdrowie nas wszystkich było poważnie zagrożone. Zrozumiałam, że naprawdę „dni człowieka są jak trawa, kwitnie jak kwiat na polu; ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma” (Ps 103, 15-16).

Wolą Pana Jezusa było, abym przeżyła i wróciła do zdrowia i pełni sił. Czas mojej rekonwalescencji i odzyskiwania wydolności trwał wiele miesięcy, bo mój delikatny organizm musiał zmierzyć się z trudnymi konsekwencjami zatrucia czadem. Był to jednak nie tylko czas walki o zdrowie i powrót do normalnego funkcjonowania. Przede wszystkim był to czas wielkiej wdzięczności Panu Bogu za życie i podarowanie mi go na nowo. Jestem Bogu wdzięczna także za tajemnicę świętych obcowania, o której szczególnie w listopadzie warto sobie przypominać. Wierzę głęboko, że moja śp. Mama i śp. ks. Michał Rękas wstawili się za mną u Boga, by pozwolił mi dalej żyć. Wierzę, że stali u mego boku razem z moim Aniołem Stróżem.

Dzisiaj, po prawie 6 latach od tamtych dramatycznych wydarzeń jestem pewna, że moje życie zawsze było, jest i będzie w Bożych rękach. Uwielbiam Go w Jego wielkim Miłosierdziu i proszę, aby nigdy nie pozwolił mi zapomnieć, że na dobrą śmierć przygotowuje się przez dobre życie oraz że „dobrą śmiercią”   jest tylko ta, której godzinę wyznaczy On sam.


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2025nr11, Z cyklu:, Z bliska