Moim ołtarzem jest łóżko chorego

Rozmowa z br. Konradem OFM, Markiem Zastawnym, franciszkaninem i pielęgniarzem instrumentariuszem na bloku operacyjnym okulistyki w Okręgowym Szpitalu Kolejowym w Katowicach.

zdjęcie: Marzena Bugała-Astaszow/Dziennik Zachodni/Polska Press

2023-06-05

Renata Katarzyna Cogiel: – Łączy Brat w sobie dwa wyjątkowe powołania – zakonne i medyczne.

Brat Konrad OFM: – Tak. Od 31 lat jestem bratem w zakonie franciszkanów oraz pielęgniarzem. Obecnie pracuję w Okręgowym Szpitalu Kolejowym w Katowicach, na bloku operacyjnym okulistyki. Ponadto jestem odpowiedzialny za infirmerię prowincjalną (zakonna izba chorych), która działa przy naszym domu prowincjalnym w Katowicach-Panewnikach.

– Proszę opowiedzieć o początkach tych dwóch powołań, które z czasem zrosły się w jedno życie.

– Pochodzę z małej podlaskiej wioski. Podlasie to piękny i ciekawy region Polski. Moje dzieciństwo, 15 pierwszych lat życia, upływało właśnie tam. Kiedy miałem 6-7 lat, społeczność wioskowa w porozumieniu z władzami kościelnymi podjęła decyzję o budowie małej kaplicy, w której mogłaby być sprawowana niedzielna msza święta. Ponieważ teren pod budowę tej kaplicy bezpośrednio sąsiadował z moim rodzinnym domem, niemal codziennie, po szkole, chodziłem tam, aby pomagać np. w noszeniu cegieł. Dorastałem w cieniu Kościoła, dosłownie. Ciągnęło mnie tam nie bez powodu, bo odkąd pamiętam, tkwiło we mnie pragnienie bycia księdzem. Jakoś podświadomie chciałem więc być blisko tego, co związane z Panem Bogiem, z kościołem. W szkole podstawowej owo pragnienie kapłaństwa trochę osłabło, ale nie na tyle, aby je całkowicie porzucić. Przełomowym momentem w moim myśleniu o kapłaństwie był pewien sen. Widziałem w tym śnie budującą się obok mojego domu kaplicę i zgromadzony wokół niej tłum ludzi. Ktoś do tych ludzi przemawiał. To był św. Maksymilian Maria Kolbe. Ów sen był o tyle dla mnie ważny, że pod jego wpływem zrozumiałem, iż chcę być księdzem w zakonie.

– I z Podlasia trafił Brat na Śląsk.

– Tak, ale zanim to się stało, pierwsze kroki po szkole podstawowej skierowałem do Niższego Seminarium Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie, w którym spędziłem rok. To była szkoła płatna. Mojej mamie było bardzo ciężko, bo po śmierci taty utrzymywała się tylko z renty po nim i niewielkiego gospodarstwa. Zacząłem wówczas szukać dla siebie innego miejsca, które nie byłoby takim obciążeniem finansowym dla mamy. Napisałem do franciszkanów ze Śląska i szybko dostałem odpowiedź z zaproszeniem do Katowic-Panewnik na rozmowę. Nie przyznałem się mamie, co planuję. Powiedziałem jej tylko, że chcę pojechać do Częstochowy podziękować Matce Bożej za cały rok nauki. Oczywiście do Częstochowy pojechałem, ale zaraz potem wsiadłem w pociąg do Katowic i tam, u franciszkanów w Panewnikach przez tydzień czekałem na o. Damiana Szojdę, ówczesnego prowincjała, aby się z nim spotkać. Po krótkiej rozmowie zostałem przyjęty. Ojciec prowincjał zapewnił mnie, że nie muszę martwić się o koszty, że zakon o wszystko się zatroszczy. I tak, w wieku 16 lat trafiłem do klasztoru w Chorzowie jako kandydat. Naukę kontynuowałem w Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Ligonia w Chorzowie.

– I tutaj dochodzimy do momentu, w którym obok powołania zakonnego zaczęło kiełkować u Brata również powołanie medyczne.

– W trakcie pobytu w Chorzowie, krótko przed nowicjatem, miało miejsce ważne wydarzenie. Przełożeni zakonni w tamtym czasie powierzyli mi opiekę nad jednym ze starszych ojców, o. Stefanem Hawlickim, 80-latkiem, który na moich oczach powoli gasł. Codziennie przed pójściem do szkoły karmiłem o. Stefana półpłynnym pokarmem, gdyż był już leżący i miał trudności z przyjmowaniem pokarmów w normalnej postaci. Któregoś dnia, gdy podawałem mu bułkę z mlekiem, on zaczął się tą bułką krztusić. Cały zsiniał i przestawał oddychać. Miałem wówczas niespełna 18 lat i jako tak młody człowiek naprawdę nie wiedziałem, co mam w takiej sytuacji zrobić. Na szczęście przypomniałem sobie sytuację z filmu „Pani Doubtfire” z Robinem Williamsem, który oglądałem kilka dni wcześniej. W jednej ze scen tego filmu pokazano chwyt Heimlicha, który  stosuje się w przypadku zadławienia. Wiedziony instynktem, wyciągnąłem o. Stefana z łóżka, objąłem go od tyłu i uderzyłem w brzuch. Bułka na szczęście wyskoczyła, a o. Stefan odzyskał oddech. Ten moment, w którym udało mi się uratować życie o. Stefana, był dla mnie odkryciem, że chcę się w zakonie profesjonalnie zajmować opieką nad chorymi. Wkrótce po tym wydarzeniu zdałem maturę i rozpocząłem nowicjat. Kiedy później zwróciłem się do o. prowincjała z moim pomysłem, by zostać zakonnikiem-pielęgniarzem, ku zdziwieniu wszystkich, wyraził na to zgodę. Polecił mi tylko, bym znalazł sobie dobrą szkołę. Tym sposobem w 1996 r., po złożeniu pierwszych ślubów zakonnych, rozpocząłem naukę w I Medycznym Studium Zawodowym w Katowicach.

– Jak potoczyła się Brata późniejsza droga zawodowa?

– Jako studenci Studium Medycznego musieliśmy odbyć sporo praktyk. Ponieważ klasztor ojców franciszkanów w Panewnikach sąsiaduje z Centralnym Szpitalem Klinicznym, pomyślałem, że mógłbym te praktyki zrealizować właśnie tam. Tak też się stało. Trafiłem na Oddział Neurochirurgii. Był to oddział zabiegowy, z dużą ilością medycznych wyzwań. Stwierdziłem, że będzie to dla mnie dobre miejsce na rozpoczęcie drogi zawodowej. Najpierw były 2 miesiące praktyki jeszcze w ramach Studium, a po uzyskaniu dyplomu, służyłem tam jako wolontariusz przez 2,5 roku. Byłem wolontariuszem, ale pracowałem w pełnym wymiarze czasu – ok. 160-170 godzin miesięcznie spędzałem na oddziale, pełniąc takie same obowiązki jak osoby normalnie zatrudnione. Swój wolontariat traktowałem jako część posługi najbardziej potrzebującym. Moi przełożeni zgodzili się na takie rozwiązanie i w takiej formie funkcjonowało to do roku 2002. Wtedy to, ze względu na obowiązki w klasztorze, musiałem przerwać pracę w Centralnym Szpitalu Klinicznym. Miałem już pewne doświadczenie, które wyniosłem z pracy na oddziale, gdzie spotkałem świetnych nauczycieli. Zarejestrowałem więc własną praktykę pielęgniarską i mogłem już profesjonalnie zajmować się braćmi chorymi w klasztorze. Nie istniały wówczas jeszcze żadne struktury infirmerii, ale zapotrzebowanie na opiekę było duże. Mieliśmy 10 chorych w tym 4 w stanie terminalnym. Miałem do pomocy tylko dwóch młodych braci. Bycie non stop w jednym miejscu z ludźmi chorymi okazało się jednak bardzo trudne. Po roku pracy – właściwie 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu – stwierdziłem, że muszę coś zmienić w moim życiu zawodowym, bo inaczej się wypalę.

– Wtedy trafił Brat do Okręgowego Szpitala Kolejowego w Katowicach?

– Tak. Znałem już prof. Edwarda Wylegałę, ordynatora okulistyki, bo nieraz korzystałem z jego pomocy dla moich braci w klasztorze, a on od jakiegoś czasu zabiegał u moich przełożonych o to, abym mógł u niego pracować. Uznałem wówczas, że to może być moje miejsce „odpoczynku” od klasztornej codzienności. Zostałem zatrudniony. Musiałem praktycznie nauczyć się nowego fachu, bo praca pielęgniarza na oddziale i praca pielęgniarza na bloku operacyjnym to dwie różne rzeczywistości. Okulistyka w Okręgowym Szpitalu Kolejowym w Katowicach to najwyższy światowy poziom dzięki pracującym tam wybitnym specjalistom z prof. Wylęgałą na czele. Ten poziom związany jest również z licznymi wyzwaniami dla całego personelu, bo ciągle uczymy się czegoś nowego, wprowadzając kolejne medyczne procedury. Bogu dzięki pokochałem tę pracę, którą kontynuuję do dzisiaj. Równolegle z pracą w szpitalu, nadal posługuję chorym braciom w naszym domu zakonnym.

– Jak udaje się Bratu połączyć te dwie rzeczywistości – życie zakonne i pracę medyka?

– Nie ukrywam, że jest to spore wyzwanie, ale przy dobrej organizacji, udaje się to wszystko ze sobą połączyć. Mówiąc w największym skrócie, mój dzień wygląda następująco: wstaję o 5.15, odmawiam jutrznię, a o 6.00 jestem na mszy świętej w panewnickiej bazylice. W weekendy msza święta jest nieco później i uczestniczę w niej razem z chorymi braćmi w infirmerii. Po mszy i śniadaniu, o godzinie 7.00 jestem już na bloku operacyjnym, gdzie pracuję do 15.00. Po pracy wracam do klasztoru na krótki odpoczynek. Potrzebuję tego czasu dla siebie, by nieco zregenerować siły. Przeszedłem bowiem zawał i dwa incydenty kardiologiczne, a ponadto od 24 lat choruję na stwardnienie rozsiane. Po odpoczynku od 16.00-16.30 rozpoczynam posługę w infirmerii przy chorych braciach. Wykonuję zabiegi medyczne, pielęgnacyjne, przygotowuję leki itd. O godzinie 19.00 jest czas na modlitwy wieczorne – nieszpory i kompletę – a także na rozmyślanie. Do swojej celi wracam ok. godziny 21.00-21.30 i wtedy przychodzi czas na naukę, bo obecnie kończę studia z pielęgniarstwa i przygotowuję pracę magisterską. Podsumowując, mogę powiedzieć, że pracy nigdy nie brakuje, a sen jest zawsze krótki. Na szczęście, z Bożą pomocą, sumiennie wypełniam wszystkie swoje obowiązki – i te klasztorne i te zawodowe.

– Co w tym codziennym wypełnianiu obowiązków przynosi Bratu największą radość?

– Źródłem radości i jednocześnie paliwem napędowym do dalszej pracy jest dla mnie radość człowieka chorego, któremu udało się pomóc lub odmienić jego życie. W tej chwili przed moimi oczami stają obrazy z sali operacyjnej, kiedy dzięki lekarskiej interwencji odmieniało się czyjeś życie. Pamiętam okrzyk zachwytu kilkumiesięcznego niemowlęcia, któremu zoperowano zaćmę i pierwszy raz zobaczyło, jak wygląda świat. Pamiętam też pełne zdumienia i niedowierzania twarze pacjentów, którzy dzięki keratoprotezom mogli ponownie zobaczyć swoich najbliższych lub przeczytać fragment tekstu. To są momenty niesamowitego wzruszenia nie tylko dla samych pacjentów, ale również dla nas, medyków, którzy pomogliśmy im w powrocie do zdrowia. Źródłem wielkiej radości jest dla mnie także posługa chorym braciom w klasztorze. Dla zobrazowania, podzielę się pewną historią. Przez 17 lat opiekowałem się o. Anatolem Makoszem, który w wieku 45 lat zachorował na bardzo ciężką chorobę, Zespół Fahra. Ta rzadka choroba w krótkim czasie wyłączyła go z samodzielnego funkcjonowania i posadziła na wózek. W 2010 r. będąc z młodymi braćmi na pobycie formacyjnym przygotowującym do ślubów wieczystych w naszym klasztorze w Viareggio we Włoszech, pomyślałem, że mógłbym spróbować zabrać tam o. Anatola. Pomysł ten wiązał się oczywiście ze skomplikowaną logistyką, bo o. Anatol cały czas wymagał specjalistycznej opieki, a poza tym trzeba było znaleźć fundusze na ten wyjazd. Z Bożą pomocą udało się zabrać o. Anatola w podróż. Byliśmy w Asyżu i we wspomnianym klasztorze w Viareggio. Przez cały czas pobytu na ziemi włoskiej twarz o. Anatola  promieniała z radości. To był jego pierwszy w życiu zagraniczny wyjazd. On niewiele mógł mówić, bo choroba go bardzo ograniczała, ale zachwyt i wdzięczność miał wypisane na twarzy. Pamiętam moment, kiedy przyjechaliśmy do Polski i położyłem go do łóżka. Spojrzał na mnie, rozpłakał się i powiedział „dziękuję”. Proszę mi wierzyć, że wdzięczność tego człowieka, któremu udało się pomóc i sprawić radość, była dla mnie motorem napędowym do działań na następnych kilka lat.

– Ale tym radościom zapewne towarzyszą również trudne chwile.

– Oczywiście. Dla mnie najtrudniejsze w życiu zawodowym jest odchodzenie chorych. Infirmeria, w której na co dzień pracuję, jest takim miejscem, gdzie trafiają zwykle bracia w dosyć ciężkim stanie, potrzebujący intensywnej opieki. Zajmując się chorymi braćmi przez dłuższy czas, zawsze powstają między nami silne więzi emocjonalne. Nieraz przeżywałem żałobę 3-4 razy w ciągu roku, gdy moi bracia odchodzili. I mimo wiary w życie wieczne, po ludzku w sercu pozostają ból i smutek. Ponadto zawodowo zawsze rodzi się w moim sercu pytanie, czy może mogłem zrobić coś lepiej, aby danemu człowiekowi pomóc. Każdą śmierć mojego brata, który przebywa w infirmerii, mocno przeżywam i potrzebuję trochę czasu, aby wrócić do normalnego funkcjonowania, tym bardziej, że czasem umierają ludzie bardzo młodzi. W 2019 r. przez miesiąc był u nas brat Tymon, który po 4 tygodniach choroby zmarł na moich rękach, w wieku zaledwie 30 lat. Historia brata Tymona to materiał na oddzielną opowieść, bo towarzysząc mu w jego ostatnich chwilach, niemalże namacalnie obcowałem z mistyką, z niebem. Fizycznie widziałem, jak on przechodzi do wieczności, jak chwyta Kogoś za rękę po drugiej stronie. Do dzisiaj noszę w sercu ten moment i z niego czerpię siłę. Czasami rozmyślając o własnej śmierci, żywię cichą nadzieję, że ci bracia, których odprowadziłem na próg wieczności, przyjdą w momencie mojego przejścia, aby mnie zabrać do siebie.

– Czy nigdy nie żałował Brat, że jednak nie został księdzem?

– Absolutnie, ani przez moment w swoim życiu nie żałowałem tej decyzji, którą podjąłem, mając niespełna 18 lat. Myślę, że jest tak dlatego, że decyzja ta była podjęta pod natchnieniem Bożym. Tak chciał Bóg, głęboko w to wierzę. On daje mi siłę, by pracować i służyć innym w powołaniu, które otrzymałem i wybrałem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jako kapłan mógłbym udzielać sakramentów, głosić kazania itd. A ja odpowiadam, że moim ołtarzem jest łóżko chorego. Tam się dokonuje moja ofiara, moje uczestnictwo w kapłaństwie Chrystusa i tak też traktuję całe swoje życie zawodowe. Bliskie są mi słowa św. Wincentego à Paulo, który mawiał, że „nie opuszczasz Chrystusa, jeśli Mu służysz w drugim człowieku”. Wiem, że mogę służyć Panu Bogu nie tylko klęcząc w kaplicy, ale także w drugim człowieku, szczególnie w człowieku chorym. Swoją pracę z chorymi zawsze traktuję jak modlitwę. Przy chorych umacnia się moja wiara i służąc im, wciąż na nowo odkrywam swoje powołanie.

– Sala operacyjna też może być miejscem ewangelizacji?

– Tak. Wszędzie można i należy być świadkiem Chrystusa. Zawsze staram się być wobec innych, zwłaszcza chorych, najpierw dobrym człowiekiem, dopiero potem dobrym pielęgniarzem i zakonnikiem. Często będąc przy trudnej operacji, modlę się do świętych patronów o wstawiennictwo. Nieraz doświadczyłem ich niesamowitej pomocy, gdy w jednym momencie bardzo trudna operacja z martwego punktu ruszała do przodu. Wierzę, że jako medycy, na sali operacyjnej i w ogóle w naszej służbie chorym nie jesteśmy sami.

– Dziękuję Bratu za rozmowę i świadectwo wiary.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2023nr05, Z cyklu:, W cztery oczy

nd pn wt śr cz pt sb

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

9

15

16

17

19

21

22

23

24

25

26

27

28

29

1

2

3

4

5

6

Dzisiaj: 25.06.2024