Nasze serca płonęły!

Maria w imieniu swoim i małżonka Wojciecha, opowiada o niezywkłych przeżyciach związanych z wyborem Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową oraz o tym, jak wielki wpływ jego pontyfikat wywarł na całą ich rodzinę.

zdjęcie: ARCHIWUM PRYWATNE

2020-05-05

DANUTA DAJMUND: – Wiem, że każdy z nas Polaków, zwłaszcza Polaków starszego pokolenia, mimo upływu lat i zdarzeń,  przechowuje w sercu i pamięci czas wielkiego święta Kościoła ale i całego polskiego narodu, jakim był wybór na Stolicę Piotrową Karola Wojtyły, naszego wielkiego Rodaka. Zapewne i Wy, Marysiu i Wojtku, zgromadziliście wiele takich wspomnień związanych nie tylko z tym niezwykłym dla nas „Habemus Papam”, ale także z kolejnymi latami pontyfikatu Jana Pawła II?

MARIA: – Oczywiście. I nie może być inaczej. Czyż nie jesteśmy wszyscy „pokoleniem Jana Pawła II”? Zapewne wielu, podobnie jak my, nosi w pamięci to, co w swoim inauguracyjnym przemówieniu mówił do wiernych nowo wybrany papież „z dalekiego kraju”. Do nas, Polaków, skierował słowa: „Wszystko, co mógłbym powiedzieć, będzie blade w stosunku do tego, co czuje moje serce. A także w stosunku do tego, co czują Wasze serca”. Zarówno wtedy, jak i do końca swego pontyfikatu dokładnie wiedział, co czuły nasze serca. Gdy ogłoszono go papieżem, czuliśmy się szczęśliwi i dumni, ale jednocześnie zasmuceni, że odszedł tak daleko. Sądziliśmy, że nie ma mowy, byśmy go prędko zobaczyli, że nie będzie mógł – kiedy zechce – przekraczać granicy oddzielającej strefę dominium radzieckiego od wolnego świata, a tym bardziej nie będzie to możliwe dla nas. Był to przecież trudny czas, w którym doświadczaliśmy wiele rozmaitych braków i niepewności, zaś w oficjalnych, państwowych mediach królowało totalne zakłamanie. Może dlatego wiadomość o planowanej pielgrzymce Jana Pawła II do Ojczyzny, zaledwie kilka miesięcy po konklawe, tak bardzo nas uskrzydliła. Z góry założyliśmy, iż pojedziemy na wszystkie spotkania z Ojcem świętym, które będą dla nas dostępne. Przede wszystkim koniecznie chcieliśmy znaleźć się na Placu Zwycięstwa w Warszawie.

– Dlaczego akurat tam?

– To zrozumiałe. Tam przecież były korzenie naszej – Wojtka i mojej – przyjaźni, a potem miłości. Tam przez  5 lat byliśmy związani z Duszpasterstwem Akademickim św. Anny na Krakowskim Przedmieściu i formowani przez naszego „wuja”, towarzysza wakacyjnych spływów kajakowych, ks. Jerzego Dziurzyńskiego. Tam, emocjonalnie związani z grupą młodych ludzi, którzy pragnęli być żywym Kościołem, uczyliśmy się ten Kościół rozumieć i kochać. Realizowaliśmy to w praktyce poprzez świadome zaangażowanie się we wdrażanie reform niedawno zakończonego Soboru Watykańskiego II. Na konwersatoriach prowadzonych przez naszego duszpasterza, zgłębialiśmy listy św. Pawła i Dzieje Apostolskie. To tam otwarły się nam oczy co do zamysłu Jezusa wobec Kościoła w świecie. „Mały Kościół w wielkim świecie” – taką serię rekolekcji któregoś roku wygłosił do nas ks. Adam Boniecki, co sprowokowało naszą refleksję nad Kościołem XX wieku. Ten czas i te tematy otwarły nas również na Trzecią Osobę Boską – Ducha Świętego i jego rolę w budowaniu i prowadzeniu Kościoła. W tamtym, nieprzychylnym Kościołowi czasie, na każdym kroku odczuwaliśmy, jak bardzo jest dławiony i zakrzykiwany głos pasterzy Kościoła, i to niemal w każdym wystąpieniu tzw. „oficjalnych czynników”.

– Dla Was, młodych wówczas ludzi utożsamiających się ze wspólnotą Kościoła, musiało to być bardzo bolesne doświadczenie?

– Tak. Czasem trudno było to znieść. Zwłaszcza w przededniu przyjazdu Jana Pawła II do Polski, propaganda PRL-u rozpoczęła intensywną działalność na rzecz ograniczenia kontaktów Ojca świętego z wiernymi. Zaczęto straszyć Polaków konsekwencjami udania się w miejsca spotkań. Przekonywano nas o dużym prawdopodobieństwie stratowania przez nieokiełznany i nieobliczalny w swej emocjonalnej sile tłum, pragnący osobistego kontaktu z Janem Pawłem II. Apelowano więc zarówno oficjalnie, jak i za pomocą puszczanych w obieg pogłosek i działających na wyobraźnię sugestii, że najbezpieczniejszym i najrozsądniejszym wyjściem jest spotkanie z Ojcem świętym za pośrednictwem ekranu telewizyjnego.

– Rozumiem, że zarówno Wy, jak i wielu innych, nie uległo tej propagandzie?

– Jeśli mieliśmy jakieś obawy, to tylko takie, czy aby czuwające, zakonspirowane służby, w czasie lub po spotkaniu z papieżem, nie posuną się do tego, co już nieraz miało miejsce w naszej krótkiej historii życia. Czy nie zechcą fotografować uczestników w celu przyszłego szantażu lub wyprowadzać z tłumu niektórych przybyłych. Znaliśmy takie przypadki z przeszłości; boleśnie przeżyliśmy chociażby wydarzenia z marca 1968 roku na warszawskich uczelniach, wiec nic dziwnego, że byliśmy podejrzliwi, może nawet trochę na wyrost.

– Pamiętam, że nie łatwo było zdobyć wejściówki na ograniczony rozmiarowo Plac Zwycięstwa. Wam się to udało.

– Tak. Zaopatrzeni w wejściówki przez naszych warszawskich przyjaciół, zostawiliśmy nasze dwie maleńkie córeczki w Katowicach, pod opieką moich rodziców i pospiesznym pociągiem udaliśmy się do stolicy. Podzielony na strefy Plac Zwycięstwa od świtu zapełniał się pielgrzymami. Oczywiście nie mieliśmy wejściówek do pierwszego sektora, więc olbrzymi krzyż ołtarza spowity poranną mgłą tylko majaczył w oddali. Na szczęście zaopatrzyliśmy się w lornetkę i w aparat z długim obiektywem. Okazały się bezcenne. Nie przyszło nam jednak do głowy, że tym czego będziemy najbardziej potrzebować, są parasole przeciwsłoneczne. Nigdzie ani odrobiny cienia, a czerwcowe słońce zwalało z nóg najodporniejszych. Mnie uszło to płazem, może dlatego, że moi dalecy przodkowie byli mieszkańcami podzwrotnikowej strefy klimatycznej. Mój mąż tę potężną dawkę promieni słonecznych przypłacił jednak towarzyszącą mu do dziś „pamiątką” w postaci alergii na słońce. Ale kiedy wybiła upragniona godzina, wszelkie poniesione trudy i słoneczny skwar stały się nieważne. Gdy Ojciec święty pojawił się na Placu witany burzą oklasków i okrzyków, nie byliśmy już pewni, czy cząsteczki powietrza drgają pod wpływem upału, czy bardziej od gwałtownego bicia serc uczestników spotkania.

– Pamiętam, że centralnym punktem tego etapu pielgrzymki Ojca świętego do Ojczyzny była Msza święta. Dla większości z nas, nawet tych, którzy uczestniczyli w niej tylko za pośrednictwem transmisji telewizyjnej, stała się wydarzeniem bez precedensu, zwłaszcza w tak zniewolonym kraju, jakim wówczas byliśmy, wydarzeniem, które na zawsze zmieniło naszą perspektywę. Jak Wy, bezpośredni jego świadkowie odbieraliście to, co się wówczas działo i słowa, które – jak się później okazało – tak wiele zmieniły w naszej Ojczyźnie i w ludzkich sercach.

– Kiedy rozpoczęła się ta Msza święta, a ukochany, ciepły głos Pielgrzyma z Watykanu rozległ się od ołtarzai poszybował nad całym Placem, zapadła niesamowita cisza. Jakby ten cały, wielotysięczny tłum, zamienił się w słuch. Nie wiedzieliśmy, co powie do nas Ojciec święty, ale byliśmy pewni, że Jego słowa nas pocieszą, wleją w serca otuchę i dadzą nadzieję, której tak bardzo potrzebowaliśmy. Nie zawiedliśmy się. Każde z Jego słów było bezcenne. Chcieliśmy jak najwierniej zachować je w pamięci i powtórzyć naszym bliskim po powrocie do domu. Nie wiedzieliśmy przecież, czy przemówienie Ojca świętego ukaże się w prasie, a jeśli tak – czy nie zostanie skrócone, okrojone i ocenzurowane. W miarę, jak padały kolejne zdania, nasze serca coraz bardziej płonęły i otwierały się na ich przyjęcie. Kiedy Jan Paweł II wypowiadał słowa modlitwy przyzywające Ducha Świętego, przeczuwaliśmy, że niosą one w sobie prawdziwą moc, moc sprawczą: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze Ziemi…”. Poczuliśmy, że to już nie tylko słowa. To się naprawdę działo. Nasze serca płonęły! Zły czar, za sprawą zaszłości historycznych trzymający w niewoli nasz naród, właśnie prysł jak mydlana bańka. Czuliśmy się wolni. Duchowo wolni. Czuliśmy się tak, jakby nagle zniknęły pręty uwierającej nas klatki, a z błękitu nieba spoglądały na nas pełne miłości oczy Boga. Wiedzieliśmy, że On naprawdę jest z nami i może dokonać rzeczy nowych i zadziwiających. „Jak myślisz, co się teraz wydarzy?” – szeptałam mężowi do ucha. W naszych odczuciach nie byliśmy odosobnieni. Jak się później okazało także wszyscy komentatorzy katoliccy zauważyli, że weszliśmy na Plac Zwycięstwa 
jako tłumy, a wyszliśmy jako wspólnota wiary, nadziei i miłości, przepełniona radością i mocą Ducha Świętego.

– Czy to poczucie towarzyszyło Wam także później, kiedy zeszliście już z tej niezwykłej „Góry Tabor”, gdy wróciliście do swojego miejsca zamieszkania i codziennych zajęć, a święto zastąpiła szara rzeczywistość?

– Tak właśnie było. Pragnęliśmy, aby to święto trwało i oddziaływało nie tylko na nasze życie, ale także na życie innych.  Po powrocie do Katowic, zaraz w niedzielny poranek, udaliśmy się do ojca Jana – zaprzyjaźnionego proboszcza parafii oblackiej, aby zdać mu relację z tego niezwykłego spotkania. Ojciec Jan poprosił nas, byśmy jako naoczni świadkowie, po Mszy świętej złożyli świadectwo wobec wiernych zgromadzonych w świątyni. Okazało się później, że nasza relacja obalająca mity o grożących niebezpieczeństwach, utorowała drogę wielu parafianom, którzy wyruszyli do innych miejsc na pielgrzymim szlaku Jana Pawła II, a przede wszystkim na Krakowskie Błonia. Spowijający ludzi smog obaw, lęków i toksycznych sugestii, musiał opaść wobec świadectwa prawdy.

– Czy sądzicie, że wybór Polaka na Stolicę Piotrową, kolejne jego pielgrzymki do Ojczyzny, nauczanie a także świadectwo, jakie przez lata składał własnym życiem, wpłynęło na Wasze wybory i na kształt Waszego małżeństwa i rodziny?

– Tak i to w rozmaity sposób. Kiedy rok później, w sierpniu 1980 roku, gdy rodziła się też „Solidarność,” na świat przyszedł nasz najstarszy syn, oczywiście nie mógł otrzymać innego imienia jak Jan Paweł, choć na początku naszego małżeństwa przygotowaliśmy dla niego imiona Jan Jakub. Dwa lata później urodził się nasz kolejny syn i otrzymał imię Karol. Jakby dla potwierdzenia słuszności takiego wyboru jego narodziny wypadły w odstępie kilkunastu dni od dnia, któremu patronował św. Karol Boromeusz. Dlaczego taki wybór? Myślę, że wyraziliśmy tym nasze wewnętrzne pragnienie, aby nasze dzieci niejako odziedziczyły ten piękny zestaw cech, jakimi odznaczał się Jan Paweł II: gorącą miłość do Boga, pobożność w męskim stylu, poczucie humoru, patriotyzm, miłość do literackiej i kulturowej spuścizny naszego narodu, miłość do gór i do nart (bo to także sport, który w naszej rodzinie rozkrzewił mój ojciec Aleksander), ale nade wszystko miłość Jana Pawła II do człowieka, szczególnie cierpiącego.

– Cały ten zestaw cech papieża Polaka, który wymieniłaś, fascynował nie tylko Was, ale także wielu naszych rodaków.

– Oczywiście. Wiem zresztą, że nie tylko Polaków i nie tylko katolików. W 2005 roku, kiedy wszystkie moje dzieci były już dorosłe, spędziłam sześć wakacyjnych tygodni na Ionie, wyspie u zachodnich wybrzeży Szkocji, jako wolontariuszka w Ekumenicznej Wspólnocie, która powstała z inicjatywy charyzmatycznego ruchu w łonie kościołów protestanckich. Zetknęłam się tam z przedstawicielami różnych odłamów Kościoła protestanckiego i wolontariuszami z wielu krajów świata, nie tylko anglosaskiego. Przydzielono mi miejsce w pokoju, który dzieliłam z Angielką, zaangażowaną we wspólnotę Kościoła anglikańskiego. Nasza przyjaźń zaczęła się oczywiście od opowieści o naszych dorosłych dzieciach, rodzinach i upodobaniach. Jakież było moje zdumienie, gdy dowiedziałam się, że jej syn, podobnie jak mój, nosi imię papieża Polaka. Mój Jan Paweł i jej John Paul byli prawie w tym samym wieku. Dobrze znałam stosunek wiernych Kościoła anglikańskiego do „instytucji papiestwa” i nie spodziewałam się, że jakikolwiek potomek w rodzinie gorliwych wyznawców Kościoła anglikańskiego mógłby zostać „obarczony” na całe życie tym właśnie imieniem. Wkrótce odkryłam, że na Wyspach Brytyjskich mieszka wielu obywateli zauroczonych osobowością Jana Pawła II.

– Długi pontyfikat papieża-Polaka dostarczał wielu pokoleniom sporo okazji do fascynacji człowiekiem takiego formatu jak św. Jan Paweł II. Ale tym, co pozostawił następnym pokoleniom jest przede wszystkim jego nauczanie. Jak dalece odcisnęło ono swoje piętno na Waszym osobistym i rodzinnym życiu wiary?

– Myślę, że nie bez powodu Jana Pawła II określano mianem „Papieża Rodziny”. Kiedy nasza rodzina coraz bardziej się powiększała i do grona czwórki naszych dzieci z radością przyjęliśmy kolejnych 2 synów: urodzonego w 1984 roku Łukasza i w 1987 roku – Stefana, właśnie pod wpływem Jana Pawła II dokonałam ważnego wyboru. Zrozumiałam, że rodzina to moje główne powołanie i to ona ma absolutne pierwszeństwo przed pracą naukową i dydaktyczną. Głoszone przez Ojca świętego homilie, jego encykliki, adhortacje pomagały mi dojrzeć do tej decyzji w sposób całkowicie naturalny.

Z perspektywy czasu coraz lepiej widzę, że całe 48 lat historii naszego małżeństwa i rodziny bardzo mocno przesiąkło nauczaniem i myślą Jana Pawła II. Weźmy chociażby jego stosunek do cierpienia i osób nim dotkniętych. Przecież przed tym pontyfikatem, poza agendami Kościoła powołanymi do pełnienia misji miłosierdzia, osoby chore, niepełnosprawne i ich problemy aż nazbyt często spychane były na margines – byle dalej od świata ludzi zdrowych, silnych, inteligentnych, atrakcyjnych. Ojciec święty z mocą i odwagą stawiał tamę myśleniu o nich jako o nieużytecznych dla świata i społeczeństw. W wielu ważnych momentach pontyfikatu chciał mieć u swego boku doświadczonego przez chorobę i niepełnosprawność przyjaciela – biskupa Deskura, a dzięki mediom widzieliśmy często jego białą postać pochylającą się z czułością nad głowami chorych dzieci, młodych ludzi dotkniętych niepełnosprawnością lub starszych i wycieńczonych chorobą oraz ludzi u schyłku życia. Dodawał im otuchy nie tylko uśmiechem czy czułym gestem, ale także słowami popartymi prawdą płynącą z Ewangelii, jak chociażby w przemówieniu wygłoszonym w 1983 roku w katowickiej katedrze Chrystusa Króla. Przekonywał wówczas chorych, jak ważni są dla świata i jak wiele od nich zależy. Nazwał cierpiących „skarbem Kościoła” i uczył ich, że cierpienie może być apostolstwem, poprzez które Bóg zwycięża. Jaką szczerością tchnęły wówczas jego słowa: „My wszyscy was potrzebujemy. Przyjmijcie moją prośbę o modlitwę, zwracam się do was z największym zaufaniem i największą nadzieją”.

Może właśnie pod wpływem nauki tego niezwykłego człowieka, kiedy w 2010 roku przyszła na świat nasza wnuczka Helenka, u której w 2. roku życia zdiagnozowano niezwykle rzadką chorobę genetyczną (tzw. Zespół Reta), nie przyszło nam nawet do głowy, by pomyśleć, że spotkało nas nieszczęście. Byliśmy raczej przeświadczeni, że Bóg powierzył nam skarb. Choć jej rodzicom – przyznaję – nie jest łatwo i borykają się z wieloma problemami związanymi z jej niepełnosprawnością, Helenka stała się ośrodkiem miłości całej rodziny: wujków, cioć, kuzynek i kuzynów, a także przyjaciół rodziny. Jest bezdyskusyjnie autentyczna i szczera w swych reakcjach, pełna wewnętrznego piękna, wrażliwości i duchowej intuicji co do spraw ukrytych przed innymi. Chociaż nie mówi i wymaga całodziennej, a czasem i nocnej opieki, jest błogosławieństwem i światłem w naszej rodzinie. To ona zawsze nam przypomina, co tu, na ziemi, jest najważniejsze: wierna i czuła troska oraz kochająca obecność. Choć Helenka nie może nam tego powiedzieć, widzimy, że doświadcza miłości Jezusa i silnie na nią odpowiada, pragnąc ponad wszystko przyjmować Go do swego serca w Komunii świętej. I choć tak wielu jej współczuje, Helenka jest szczęśliwa, bo budzi w nas miłość i jest kochana. Nie wiem, co by się stało, gdyby jej i podobnych dzieci zabrakło pośród nas. Jestem pewna, że Jan Paweł II w ten sam sposób myślał o wszystkich cierpiących.

– Jan Paweł II doskonale rozumiał chorych i cierpiących może również dlatego, że sam tego cierpienia raz po raz doświadczał.

– Zwłaszcza ostatnie lata życia Jana Pawła II, kiedy musiał znosić bolesny ciężar własnej starości i narzuconych przez nią ograniczeń, były dla wielu, w tym i dla nas, swoistą lekcją poglądową prawdziwie ludzkiego i pełnego godności znoszenia cierpień i umierania. Jego dolegliwości nie popchnęły go w stronę życia ukrytego. Coraz słabszy i schorowany nie izolował się od ludzi, nieustannie domagających się jego bliskości i słów. Niezwykłym narzędziem apostolskim był jego uśmiech, którym głosił słuchaczom odwieczną prawdę o Bogu, który jest niezmienny i wierny człowiekowi miłością bezgraniczną i bezwarunkową. Jakże był wtedy piękny! Zawsze pełen dystansu do samego siebie i skupiony na adresacie, budził szacunek i podziw nawet wtedy, kiedy nie mógł już wydobyć z siebie głosu. Mieliśmy okazję obserwować na co dzień, jak moi rodzice – Janina i Aleksander – którzy byli tylko kilka lat młodsi od Papieża, z jego postawy czerpali moc i przykład, nie rozstając się ze swoimi różańcami, zwłaszcza w ostatnich latach choroby i starości. A kiedy nadszedł moment odejścia, zapatrzeni w Pana Jezusa, przekroczyli granicę między doczesnością a Wiecznością tak samo godnie i spokojnie jak papież.

– Mario i Wojtku, dla wszystkich, którzy Was znają, nie jest tajemnicą, że św. Jan Paweł II miał także ogromny wpływ na Wasze zaangażowanie w kręgach – nazwijmy to – pozarodzinnych. Z wielu wspaniałych dzieł i inicjatyw znają Was nie tylko parafianie katowickiej parafii św. Apostołów Piotra i Pawła, ale także członkowie grup Odnowy w Duchu Świętym i wielu mieszkańców Katowic.

– Papież wołał „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze Ziemi, tej ziemi”. Sadzę więc, że to samo można by powiedzieć o wielu członkach pokolenia Jana Pawła II. Każda myśl naszego Wielkiego Papieża była przecież ziarnem, które przynosiło niezliczone owoce dobra na całej polskiej ziemi i w świecie. Jan Paweł II stał się narzędziem Boga w otwieraniu kolejnych drzwi do przestrzeni, które czekały na dotknięcie Bożego Miłosierdzia. Coraz częściej w centrum uwagi zaczęli więc pojawiać się ludzie chorzy, ubodzy, bezdomni, doświadczający niesprawiedliwości, tzw. „dzieci ulicy”, uzależnieni od narkotyków i alkoholu, więźniowie i młodzież poszukująca drogi i sensu życia. My tylko, zainspirowani przez świętego papieża-Polaka, także i w tych obszarach próbowaliśmy i próbujemy choć trochę „przyłożyć rękę do pługa”, resztę pozostawiając Bogu i prosząc o wsparcie św. Jana Pawła II.

- Serdecznie dziękuję za rozmowę.


Zobacz całą zawartość numeru ►

 

Autorzy tekstów, Dajmund Danuta, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2020nr05, Z cyklu:, W cztery oczy

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

Dzisiaj: 24.10.2020