Miłość „od kuchni”

Według nauki Matki Teresy z Kalkuty – założycielki Zgromadzenia – swoją służbą siostry starają się zaspokajać nie tylko głód chleba, ale przede wszystkim głód miłości.

zdjęcie: www.lasbielanski.pl

2019-09-05

Wielki tłum ludzi kłębi się przed budynkiem. Z każdą chwilą przybywa kolejnych chętnych. Stoją w kilku ogonkach i w miejscu przebierają nerwowo nogami. Wyczuwa się atmosferę napięcia i oczekiwania. Wygląda to tak, jakby za chwilę miało wydarzyć się tutaj coś absolutnie nadzwyczajnego. Spoglądam na zegarek – 14.30. Szczęk przekręcanego w zamku klucza, zwiastuje nadejście upragnionej chwili. Otwierają się drzwi. Potężny potok ludzi wpływa do budynku niczym rzeka Kolorado do Wielkiego Kanionu.

W kolejce po uśmiech

Stawiam sobie za punkt honoru, aby wszystkich policzyć. Na początku nawet się udaje, ale kiedy tłum gęstnieje, mylą mi się kolejne dziesiątki. Wyrokuję więc „na oko” – ponad dwieście osób. Przed wejściem na salę, każdy dostaje do ręki chleb. Trzy upragnione kromki. „Jeśli rozpoczynasz bochenek, gdzie kromki są mniejsze, musisz dać cztery albo pięć” – tłumaczy mi jedna z sióstr w białym habicie. Okazuje się, że rozdawanie chleba wcale nie jest takie proste. Trudno nadążyć za sztafetą wyciąganych po niego dłoni. W pakiecie z chlebem każdy dostaje także łyżkę, uśmiech i życzliwe „smacznego!”. Po kilku minutach brakuje już miejsc przy stole, a końca kolejki nie widać. „Wszyscy muszą się zmieścić, siadajcie, proszę, na schodach” – zarządza siostra. Ale po chwili także tam robi się ciasno. Nagle jakiś mężczyzna w postrzępionym płaszczu wstaje od stołu i podchodzi do kobiety siedzącej na skraju schodów: „Siadaj tam, zjesz wygodnie”. Patrzę i niedowierzam. W kuchni, na palniku stoi ogromny garnek grochówki. Jest tak gęsta, że bardziej przypomina mi gulasz niż zupę. Pan Czesiu, który pomaga w tym miejscu od dwunastu lat, mocuje się z wielką chochlą, by zamieszać w garnku. Przed posiłkiem musi być modlitwa. Słychać zatem fragment Ewangelii, krótkie rozważanie, a po nim: „Pobłogosław Panie Boże nas, pobłogosław ten posiłek…”.

Zmywak międzynarodowy

Przypada mi w udziale nalewanie herbaty do kubków. Muszę być ostrożna, bo w takim ścisku nie trudno kogoś poparzyć. Nagle ktoś delikatnie ciągnie mnie za skraj fartucha i wyciąga w moją stronę słoik: „Mogę prosić o troszkę na później?” – słyszę pytanie młodej kobiety. Nalewam i pędzę dalej. Podobnych epizodów ze słoikami i termosami jest jeszcze kilka. Kiedy wracam do kuchni, zza ściany słyszę już tylko miarowy stukot łyżek o talerze, wyznaczany tempem kolejnych przełknięć.

Aspirantka Daniela jest Chorwatką. Dzisiaj została wyznaczona do mycia naczyń. Razem nachylamy się nad wielkim, dwukomorowym zlewem. Daniela dość dobrze zna język polski, ale czasem pomaga sobie także angielskim. Jakoś się dogadujemy. Początkowo trochę gorzej idzie mi z Etiopką – Zamanesch, która po polsku zna tylko kilka słów. Na szczęście w porę przypominam sobie angielską składnię i dzięki temu udaje nam się stworzyć zgrany zespół pomywaczy. W drugim pomieszczeniu dowodzi Andrzej. Z zawodu spawacz-ślusarz, z wyboru – wolontariusz. Andrzej jest specjalistą od wyparzania talerzy. Niestety nie ma tutaj prawdziwej wyparzarki. Jej funkcję spełnia wielkie metalowe naczynie z wrzątkiem. Talerze ułożone w plastikowym koszu z przegródkami, zanurzane są w ukropie na kilka sekund. Żeby wyparzyć naczynia w czymś takim, potrzeba dużej wprawy. Andrzej jest doświadczony. Pomaga tutaj od siedmiu lat. Po myciu naczyń przychodzi kolej na podłogi. Salę trzeba dokładnie posprzątać. Tu, gdzie przed chwilą była jadalnia, wkrótce wiele osób rozłoży swoje karimaty i śpiwory. Nie mają gdzie pójść. Tutaj jest ich dom. Dla nich, pan Czesiu i pan Waldek szykują już gorącą kolację. Co prawda zostało do niej jeszcze kilka godzin, ale kaszanka musi przejść aromatem cebulki i przypraw.

Jezusowe pragnienie

Podczas gdy w kuchni i zmywalni cichnie powoli gwar, na korytarzu nadal jest jak w ulu. Ktoś mi wyjaśnia, że to kolejka po recepty i lekarstwa. Oprócz tej prowizorycznej apteki, siostry prowadzą także szpitalny oddział, który znajduje się na piętrze. Tutaj nikt nie pyta chorego o kartę ubezpieczenia zdrowotnego, czy o skierowanie. Tutaj kryterium przyjęcia jest POTRZEBA.

Siostry Misjonarki Miłości – bo to u nich jesteśmy – absolutnie nie nadają się na gwiazdy mediów. Niewiele mówią, nie robią wokół siebie zamieszania, nie pozują do zdjęć. Przemykają tylko pomiędzy chorymi i bezdomnymi niczym białe anioły. Jedną z sióstr, która prosi, by nie podawać jej imienia, udaje mi się namówić na krótką rozmowę. Ale kiedy na zadanie pytania pozostaje kilka sekund, akurat nic oryginalnego nie chce przyjść do głowy. Pytam więc: „Dlaczego to robicie?”. „To proste. Chcemy zaspokoić Jezusowe pragnienie miłowania wszystkich ludzi. Chcemy kochać Jezusa w tych najbiedniejszych z biednych. Jeśli my będziemy kochać, Jezusowe «Pragnę!» wypowiedziane z krzyża, wypełni się”. Kiedy na końcu języka mam kolejne pytanie, siostra znika już w składziku z miotłami. Chyba rzeczywiście nie powinnam już pytać o nic więcej…

Teraz Bóg, potem kromka

Tych, którzy tutaj przychodzą, siostry nie tylko karmią. Raz w tygodniu jest także kąpiel i możliwość otrzymania czegoś czystego do ubrania. Jednak w tym miejscu najważniejsza jest wierna obecność i modlitwa. Bezdomni i chorzy mają tutaj swoje rekolekcje, mają katechezę i wspólne wyjazdy. Razem uczestniczą we Mszy Świętej i nabożeństwach. Siostry pilnują tych spraw i są pod tym względem bardzo wymagające. „Naszym zadaniem jest dawanie nie tylko chleba i odzienia, ale przede wszystkim dawanie Jezusa” – mówi jedna z sióstr. Dociera do mnie, że to krótkie zdanie rzucone gdzieś w biegu, jest właściwie kwintesencją całego charyzmatu Misjonarek Miłości. Faktycznie według nauki Matki Teresy z Kalkuty – założycielki Zgromadzenia – swoją służbą siostry starają się zaspokajać nie tylko głód chleba, ale przede wszystkim głód miłości. Chcą iść do odartych nie tylko z ubrania, ale z ludzkiej godności. Chcą służyć nie tylko bezdomnym – tym bez dachu nad głową, ale także tym, których serce jest bezdomne, bo odtrącone, niechciane i niekochane.

Siostry – białe anioły

Któregoś dnia siostra zaprasza mnie do kaplicy. Jest nią niewielkie pomieszczenie bez ławek i krzeseł. Najświętszy Sakrament i niewielki ołtarz to jedyne zauważalne „sprzęty”. Wchodzę najciszej jak się da. Kilka sióstr modli się w skupieniu, klęcząc na gołej podłodze lub na skrawkach wysłużonej wykładziny. Żadnych wygód, żadnych ułatwień. Proste i ubogie jak Jezus. Siadam na podłodze w kącie i na nowo odkrywam, że właśnie TUTAJ wszystko się zaczyna. Jest Jezus i są one. Tutaj jest Moc. Tutaj bije Źródło.

Kiedy po chwili modlitwy znów wracam na zmywak, nagle wszystko staje się jasne. Od dawna znana prawda dociera do mnie z podwójną siłą. Miłość rodzi miłość. Kątem oka zauważam jeszcze białą postać, która obejmuje ramieniem skuloną staruszkę. Coś szepcze, coś tłumaczy. Biały anioł rozchyla delikatnie płaszcz babulinki i – tak, by nikt tego nie zauważył – wsuwa pod jej pachę małe zawiniątko. Moje oczy wilgotnieją. Myślę sobie: „A więc tak wygląda miłość od kuchni…”.

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Polecane

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

14

15

19

20

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

Dzisiaj: 08.12.2019