Ona była, gdy inni odchodzili

O wytrwale sprawowanej opiece, o decyzjach ratujących życie i o przyjaźni, która rozpoczęła się od zastrzyku, opowiada Emilia Wilde.

zdjęcie: WWW.CANSTOCKPHOTO.PL

2019-08-01

REDAKCJA: – Od naszego ostatniego spo­tkania minęło ładnych parę lat. Wiele się w Pani życiu zmieniło przez ten czas.

EMILIA WILDE: – Owszem. Ja jednak po­szłabym krok dalej i powiedziała, że właściwie zmieniło się wszystko. Naj­więcej owych zmian zaszło z chwilą śmierci mojego męża Stefana. Było to w 2012 roku. Pamiętasz go choć trochę?

– Tak, ale muszę przyznać, że pamiętam go tylko z tych czasów, gdy chorował.

– Mąż cierpiał 20 długich lat i pew­nie dlatego wielu naszych przyjaciół pamięta go tylko leżącego w łóżku lub siedzącego na wózku inwalidzkim.

– Pewnie tak, ale ja oprócz widoku kro­plówek, pieluchomajtek i materaca prze­ciwodleżynowego przechowuję w sercu także odbicie zawsze rozpromienionej twarzy pana Stefana. To moje najbardziej wyraźne wspomnienie z nim związane. Twarz. Oczy. Usta. Uśmiech. W jego obliczu można było odnaleźć niegasnący płomień – płomień nadziei, płomień życia.

– To prawda. Ale to, że mój mąż był właśnie taki jak mówisz – radosny i pełen życia – działo się za sprawą ludzi, których wciąż było mnóstwo w naszym domu. Przychodzili krewni, znajomi, sąsiedzi, a czasem także zupełnie obcy i przypadkowi ludzie, których ktoś ze sobą przyprowadził. Mój mąż wszyst­kich ich bardzo szanował i niezwykle cenił sobie każdą więź.

– Skoro mówimy o więziach, to chcę w tym miejscu przywołać tę jedną, wyjątkową więź, która dla Pani męża była szczegól­nym rodzajem bliskości i zażyłości – przy­jaźń z siostrą Bogumiłą, szarytką.

– Siostra Bogusia i Stefan przyjaźnili się kilkanaście lat. To była naprawdę niezwykła więź. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy na pewnym etapie choroby mój mąż musiał przyjmować zastrzyki przeciwbólowe. Sama nie potrafiłam w tym względzie usłużyć mężowi. Nie chciałam zrobić mu krzywdy swoją nie­zdarnością w posługiwaniu się strzy­kawką. Została nam więc przydzielona pielęgniarka środowiskowa, która miała przez miesiąc przychodzić do męża. Owa pielęgniarka rozchorowała się jed­nak i w jej zastępstwie trafiła do nas siostra Bogumiła. Miało to być krótkie zastępstwo tylko na czas kilkudniowej nieobecności pielęgniarki. Życie pisze zaskakujące scenariusze, bo z tych pla­nowanych kilku dni robienia zastrzy­ków, zrodziła się wieloletnia przyjaźń.

– Aby nazwać kogoś przyjacielem, potrze­ba zwykle długiego czasu. Zaufanie, okazywanie wsparcia w trudnych chwi­lach, chęć wspólnego spędzania czasu, wyznawanie tych samych wartości – to tylko niektóre składowe prawdziwej przy­jaźni. Więź między Pani mężem a siostrą Bogumiłą nie zrodziła się chyba po tych zaledwie kilku zrobionych zastrzykach?

– Nie, ale od tego się zaczęła. Wła­śnie te – mogłoby się wydawać – banal­ne zastrzyki są dla mnie kwintesencją tego, czym jest głęboka przyjaźń. Przy­jaciel to ktoś, kto pojawia się wtedy, gdy inni odchodzą. To jest ktoś taki, kto gotowy jest poświęcić dla ciebie ostatni ułamek swojego wolnego czasu, ktoś, kto nie wypomina ci ilości wy­świadczonych przysług, ktoś do kogo możesz zadzwonić o każdej porze, bo wiesz, że on ci na pewno pomoże albo przynajmniej wysłucha. Te zastrzyki są dla mnie obrazem przyjaźni, która wyraża się w drobnostkach codzien­ności. W przyjaźni wcale nie chodzi o wzniosłe uczucia i wielkie deklaracje. One oczywiście także mają wartość i są potrzebne od czasu do czasu, ale przy­jaźń to według mnie przede wszystkim głębokie przekonanie, że istnieje ktoś, kto nie zostawi cię w potrzebie i sam nie będzie się wahał poprosić cię o pomoc.

– Kim zatem była owa szarytka, że zapra­cowała sobie na zaszczytne miano przy­jaciela Pani męża, przyjaciela rodziny?

– Siostra Bogumiła była osobą absolutnie wyjątkową. Posiadała nie­zwykłą zdolność docierania do drugie­go człowieka przez gesty. Pamiętam pewną sytuację, która pokazała mi, że siostra Bogumiła nie jest opiekunką, która przychodzi do chorego tylko z jakąś usługą medyczną, ale przy­chodzi przede wszystkim, by spotkać człowieka. Mój mąż miał tak pokłute ręce, że nie można było znaleźć miejsca, by zrobić kolejny zastrzyk. Z bólu nie pozwalał się nikomu dotknąć. Gdy któ­regoś razu siostra zorientowała się, o co chodzi, zdecydowanie odłożyła na bok strzykawkę i wychodząc oświadczyła, że niebawem wróci. Po dwóch godzinach pojawiła się ponownie z małym pude­łeczkiem. Miała tam maść, którą sama przygotowała z krochmalu, rumianku i siemienia lnianego według receptury swojej mamy. Była to maść łagodząca podrażnienia i przyspieszająca gojenie ran. Siostra przez kilka dni nie robiła więc zastrzyków, tylko przychodziła i wcierała bardzo delikatnie tę maść w ręce Stefana. Sama podjęła taką de­cyzję, nie konsultując tego z lekarzem prowadzącym. Ktoś powie: bezmyślna i nieodpowiedzialna kobieta. A ja takich sytuacji przeżyłam bardzo wiele i za każdym razem one ratowały mojego męża. Siostra Bogumiła miała ten ro­dzaj medycznego wyczucia, który po­zwalał jej podejmować odważne decyzje – oczywiście zawsze dla dobra chorego. Przez te wszystkie lata nigdy się nie zdarzyło, aby w jakikolwiek sposób za­szkodziła Stefanowi. Po jej interwen­cjach – często niekonwencjonalnych – zawsze przychodziła poprawa. Jej obecność i opieka były dla nas wiel­kimi skarbami.

– Pani mąż czuł się przy niej bezpiecznie.

– Nie tylko on. Ja również czułam się pewniej, wiedząc, że siostra jest obok. Jej obecność często ratowała mojego męża przed najgorszym, tak­że w sensie dosłownym. Zdarzyło się kiedyś, że podczas popołudniowej drzemki Stefan przestał oddychać. Siostra Bogumiła siedziała wtedy przy jego łóżku, odmawiając modlitwę bre­wiarzową. Kiedy zorientowała się, że mąż nie oddycha, natychmiast przy­stąpiła do reanimacji, a mnie kazała dzwonić po lekarza. Ratowała Stefana bardzo profesjonalnie, bez najmniej­szych oznak paniki.

– To niezwykłe zrządzenie Opatrzności, że siostra była przy Pani mężu akurat wtedy, gdy przestał oddychać. Przecież miała także innych podopiecznych, którym poświęcała wiele czasu i uwagi...

– To prawda. Siostra Bogumiła biegała od chorego do chorego. Nie wiem dokładnie, iloma osobami wów­czas się opiekowała, ale myślę, że było ich przynajmniej kilkanaście. Pamiętam jej dłonie. One były niemym świadec­twem ogromu pracy, którą codziennie wykonywała, służąc chorym. To nie były dłonie delikatne, gładkie i subtelne. Przypominały raczej dłonie mężczy­zny pracującego w polu. Popękany na­skórek, liczne zadrapania i zasinienia, krótko obcięte paznokcie. Ale jej dotyk był za to niezwykle delikatny i kojący. Potrafiła tymi wielkimi i szorstkimi rę­kami przynieść choremu upragnioną ulgę – wiedziała jak złapać, gdzie przy­trzymać, kiedy przytulić i pogłaskać.

– Miała ręce zniszczone służbą i niełatwą codziennością wśród chorych. Ale zwykle właśnie takie ręce są jednocześnie wraż­liwe i potrafiące przynieść ulgę.

– O tak! Takie stwierdzenia bardzo pasują do siostry Bogumiły. Ona była rozmiłowana w pomaganiu chorym. Kiedy obserwowałam, jak troskliwie opiekuje się Stefanem, miałam pew­ność, że Pan Bóg powierzył jej wiel­kie zadanie i dał liczne talenty do jego wypełniania.

– Wiem, że siostra Bogumiła potrafiła nie tylko pielęgnować chorych i delikatnie wkłuwać im zastrzyki, ale miała również niezwykłą zdolność rozmawiania z nimi.

– W przedziwny sposób łączyła pie­lęgniarską fachowość z ludzką wrażli­wością. Myślę, że źródło tego wszystkie­go było w jej duchowości. Ona trwała w wielkiej zażyłości nie tylko z chorymi, ale przede wszystkim z Panem Bogiem. I jestem przekonana, że to On dawał jej siłę, że działał przez nią.

Kiedyś mój mąż miał objawy de­presji. Zamknął się w sobie, nie chciał jeść, częściej mówił o śmierci. Z dnia na dzień był coraz smutniejszy. Sio­stra siedziała wówczas przy jego łóżku i wiele się modliła. Potrafiła też cier­pliwie słuchać. Nigdy z niczym się nie narzucała, po prostu była. Do dzisiaj ze wzruszeniem wspominam jej nie­zawodny sposób na wszystkie smutki chorych. Otóż, kiedy bywało już na­prawdę źle, siostra Bogumiła przynosiła różaniec i dżem własnej roboty. Mówi­ła chorym, także Stefanowi, że dosta­ną kromkę z dżemem, jeśli odmówią z nią dziesiątkę różańca. A ponieważ wszyscy uwielbiali ten słodki przysmak, modlitwy było coraz więcej i więcej... Czasem, aby wyjść z wielkich tarapa­tów, wystarczy dobry pomysł i trochę życzliwości.

– Tyle tylko, że siostra Bogumiła miała tej życzliwości więcej niż „trochę”.

– Muszę się przyznać, że czasem by­łam nawet trochę zazdrosna o te jej kon­takty z chorymi, o kontakty ze Stefanem. Ona naprawdę wiedziała, co to znaczy zjednywać sobie ludzi. Miała w sobie to „coś”. Ale zawsze jest cena takiej bliskości z drugim człowiekiem. Ona nigdy nikomu nie odmawiała pomocy. Po prostu nie potrafiła odmawiać. Dla­tego nieraz widziałam zmęczenie na twarzy siostry albo wyczerpanie trudną pracą. Tak to już jest, że ci, którzy wciąż dają coś z siebie, zwykle zapominają o własnych potrzebach.

– Siostra Bogumiła zmarła 3 lata temu. I choć pod koniec życia sama zmagała się z ciężką chorobą, właściwie do ostatnich dni służyła swoim podopiecznym.

– To prawda. Dla niej nie istniało tłumaczenie się chorobą, trwała przy chorych do końca. Bardzo dobrze pa­miętam jej pogrzeb. Oprócz sióstr ze zgromadzenia i najbliższych krewnych, przyszły tłumy chorych i ich rodziny. To był naprawdę niesamowity widok. Skromna trumna bez zdobień, skromny katafalk i całe mnóstwo kwiatów, któ­re zajmowały każdą wolną przestrzeń w kościele...

Ciepło wspominam także ostatnią wizytę siostry Bogumiły w moim domu. Mimo śmierci mojego męża, pozo­stawałyśmy w serdecznym kontakcie i siostra czasem mnie odwiedzała. To było 10 dni przed jej śmiercią. Wpa­dła jak zwykle, trzymając kartę zle­ceń i torbę z opatrunkami pod pachą. Znalazła dla mnie czas między jedną a drugą wizytą u chorego. Jej twarz była pogodna, pełna uważnego skupie­nia. Trochę rozmawiałyśmy, wspólnie odmówiłyśmy modlitwę. Tego dnia jednak siostra była jakaś inna. Jakby wiedziała o czymś, o czym jeszcze nikt inny nie wiedział. Wychodząc bez sło­wa, uścisnęła mnie ciepło i uśmiech­nęła się. Wtedy nie przypuszczałam nawet, że uczestniczę w pożegnaniu, w pożegnaniu na zawsze. Kto wie, może siostra Bogumiła czuła, że jest to jej ostatni ostry dyżur? Może wiedziała, że nie będzie więcej obchodów i wizyt? Kto wie... Zapamiętam ją właśnie taką – uśmiechniętą, obładowaną siatkami, trochę w pośpiechu, jakby w pół zdania. Ucieleśniona dobroć.

– Wiem, że Pani również służy chorym.

– Staram się jedynie spłacać za­ciągnięty niegdyś dług dobroci. Moje siły są jeszcze na tyle duże, że mogę się nimi podzielić. Ale nie śmiałabym nazywać mojej działalności służbą. Na­prawdę daleko mi do tego. Pomagam kilku chorym z sąsiedztwa. Nie mam dla nich tyle czasu i cierpliwości ile powinnam. Robię, co mogę, by trochę umilić im czas. To wszystko.

– Zawsze była Pani osobą bardzo skrom­ną. Myślę jednak, że już sama obecność przy chorych jest dla nich wielkim darem serca, który doceniają i na który z utęsk­nieniem czekają. Będąc z nimi, daje im Pani to, co najcenniejsze – czas i obec­ność. Nie ma nic ważniejszego.

– Oby tylko starczyło mi sił, bym mogła swój dług spłacić w całości.

– Bardzo dziękuję Pani za rozmowę.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2019nr08, Z cyklu:, W cztery oczy, Teksty polecane

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

1

2

3

4

6

7

8

10

11

13

18

19

20

21

22

23

24

25

26

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 21.10.2019