Przychodzić z nadzieją

O szlachetności pielęgniarskiego fachu, o doświadczeniu własnego cierpienia oraz o tym, że choroba stawia wszystkich w jednym szeregu opowiada Hanna Paszko, emerytowana pielęgniarka.

zdjęcie: WWW.CANSTOCKPHOTO.PL

2019-05-07

REDAKCJA: – Haniu, jesteś emerytowaną pielęgniarką z ogromnym zawodowym doświadczeniem. Kogo więc, jak nie Cie­bie, mogłabym zapytać o relacje między pacjentami a pracownikami służby zdro­wia… Co według Ciebie jest najważniejsze w budowaniu tych relacji?

HANNA PASZKO: – Przyznaję, że jest to bardzo trudne pytanie. Pozwól, że z ra­cji wykonywanego przez lata zawodu, skupię się głównie na relacji pacjent – pielęgniarka. Moim zdaniem dobre relacje między osobą chorą a pracow­nikiem służby zdrowia zależą od wielu czynników. Myślę, że bazą dobrej ko­munikacji zawsze jest słowo, bo to od niego rozpoczyna się dialog. Ważne jest zarówno mówienie, jak i słuchanie, i to po obu stronach. Prawdą jest, że pro­wadzenia dialogu z osobą chorą, prze­rażoną diagnozą lub umierającą, pielę­gniarka uczy się nieustannie, każdego dnia, dyżur za dyżurem. Człowiek jest niezwykłą, złożoną indywidualnością, ze swoją fizycznością i duchowością. Każdy odbiera i przyjmuje cierpienie inaczej. Nie można więc przewidzieć reakcji człowieka na trudne zachoro­wanie – szczególnie to niespodzie­wane. Pielęgniarka również jest kimś niepowtarzalnym z własnym bagażem kultury i doświadczeń życiowych, stąd też reaguje bardzo indywidualnie na zawodowe spotkanie z cudzym bólem, cierpieniem, płaczem, osamotnieniem i odchodzeniem na drugą stronę życia. Niezależnie jednak od sytuacji, jest świa­doma, że w komunikowanie z pacjentem – serdeczne i dające otuchę – powinna wkładać współodczuwanie i pokorę – elementy kobiecej szlachetności. Słowa wypowiadane przez pielęgniarkę, nie mogą ranić i zasmucać. Powinny przy­nosić nadzieję, bo pacjent zawsze czeka na słowa nadziei.

– Także wtedy, gdy trzeba przekazać cho­remu trudne wiadomości…

– Powiedziałabym, że zwłaszcza wtedy. Z doświadczenia wiem, że nawet najtrudniejsza informacja przekazana ze spokojem w głosie, łagodnością i pew­nością, jest zwykle odbierana przez chorego ze zrozumieniem. Rozmowa z pacjentem może być nadzwyczajnym środkiem terapii oraz wyjątkową for­mą oddziaływania na chorego. Słowa wypowiadane przez pielęgniarkę do pacjenta, powinny zawierać prawdę (np. jaki zostanie wykonany zabieg i czy będzie bolało), powinny być skierowane wprost do konkretnej osoby. Człowiek chory i cierpiący źle odbiera uogólnienia i zwroty bezosobowe.

– Trzeba też pamiętać, że komuniku­jemy się nie tylko za pomocą słów, ale „mówimy” również gestami, mimiką twarzy, zachowaniem.

– Tak. Niezwykle ważny jest więc pogodny wyraz twarzy, spokój, uśmiech i spojrzenie w oczy człowieka, do któ­rego pielęgniarka kieruje swoje słowa. To buduje wzajemne zaufanie. Człowiek cierpiący, szczególnie ten leżący w szpi­talnym łóżku, zdany na pomoc innej osoby, bezradny w swojej słabości, ma mocno wyostrzony zmysł obserwowa­nia. Chory jest wyczulony na każdy gest, szept czy grymas pielęgniarki. Zupeł­nie inaczej przebiega komunikowanie się z pacjentem, który ma zaburzenia świadomości, nie słyszy, nie mówi lub jest chorym wymagającym szczególnej troski, stale monitorowanym. Bywa, że jedyny sposób komunikowania się z pacjentem polega wówczas na wy­powiadaniu słów przez pielęgniarkę i odbieraniu odpowiedzi od chorego za pomocą ruchu powiek lub ściska­nia dłoni. Taki sposób komunikowania się wymaga dużej cierpliwości i troski ze strony personelu medycznego, ale daje też wielką satysfakcję, gdy mimo przeszkód uda się nawiązać kontakt z chorym. Jeszcze inaczej należy się komunikować z małymi pacjentami, z dziećmi. Dzieci są najbardziej wy­magającymi i najbardziej wdzięczny­mi pacjentami. Zawsze patrzą w oczy, a niewinność dziecięcego spojrzenia otwiera jeszcze szerzej serca pielęgnia­rek. Dzieci ufają i wierzą we wszystko to, co pielęgniarka powie. Wiem o tym bardzo dobrze, bo wiele lat pracowałam jako pielęgniarka pediatryczna.

– Jakie są Twoje sprawdzone sposoby na dobre relacje z chorymi? Przez lata z pewnością wypracowałaś własne meto­dy docierania do pacjentów, budowania z nimi więzi i zdobywania ich zaufania.

– To jest kolejne ciekawe i trudne pytanie. Trudne dlatego, bo jak powie­działam wcześniej, każdy pacjent jest inny, niepowtarzalny, a ta jego wyjątko­wość, w chorobie ujawnia się szczególnie jaskrawo. Myślę, że moje wypracowane przez lata metody docierania do cho­rych, nie są niczym nadzwyczajnym. Są raczej proste, wypływające z serca. Zawsze, w miarę swoich możliwości wysłuchiwałam chorych, a za okazy­wane zaufanie dziękowałam. Starałam się mieć dla nich czas, nie spieszyć się, nie okazywać zniecierpliwienia. Bo kiedy chory widzi, że lekarz albo pielęgniarka pędzą przez oddział, nie zdecyduje się na dłuższą rozmowę z nimi, nie zwierzy się. Nawet jeśli z powodu obowiązków nie miałam czasu w danej chwili dłużej zatrzymać się przy chorym, starałam się później do niego wrócić, nie zlekcewa­żyć go. Tak właśnie buduje się zaufanie – drobnymi gestami, ale za to wiernie, dzień po dniu. Bardzo dobrze pamiętam słowa pacjentów, które były kierowane bezpośrednio do mnie. Słowa wyjątko­we, wzruszające, zawierające potrzebę i prośbę: „siostro, ja chcę to wszystko pani powiedzieć, bo wiem, że umieram. Lekarzowi przecież nie mogę zawracać głowy takimi zwykłymi sprawami. A sio­stra mnie wysłucha, zrozumie”. Myślę, że takie słowa chorego skierowane do pielęgniarki, są wyrazem najwyższego uznania dla jej pracy i roli jaką ma do spełnienia przy pacjencie. Świętością były i są dla mnie również powierzone mi przez pacjentów tajemnice. Zacho­wam je w sercu do śmierci nie tylko dlatego, że tak obiecałam, ale również dlatego, że zobowiązuje mnie do tego kodeks etyki zawodowej. Bywało i tak, że umierający prosił, abym przyszła na jego pogrzeb. Wówczas obiecywałam, pamiętałam i nieraz szłam za trumną…

– Z tego, co mówisz wynika jasno, że to zaufanie, którym pacjent obdarza pie­lęgniarkę lub innego pracownika służby zdrowia, wykracza nieraz daleko poza mury szpitala i bywa początkiem głębo­kiej więzi.

– To prawda. Często się zdarza, że okazane komuś ciepło i zrozumienie owocują dłuższą znajomością albo nawet przyjacielską relacją. Myślę, że to coś bardzo naturalnego i ludzkiego, co nieraz ma miejsce w życiu każdego z nas. Podam przykład sprzed kilku lat. Młoda, fizycznie wyleczona pani (miała wtedy 32 lata), po wyjściu ze szpitala od czasu do czasu kontaktowała się ze mną, bo chciała porozmawiać. Miała moją zgodę i akceptację, że gdyby po­trzebowała pomocy, to zawsze może do mnie zadzwonić. Był wieczór, po godzinie dwudziestej. Nie zadzwoniła, napisała tylko krótką wiadomość. Jej treść przeraziła mnie. Pani napisała, że nie ma siły na dalszą walkę, na dalsze życie i zamierza je zakończyć. Myśli sa­mobójcze zawładnęły nią całkowicie. Zadzwoniłam, nie odbierała telefonu. Najpierw pomodliłam się, potem na­pisałam smsa, prosząc, aby mi okazała zaufanie, aby trwała. Długo pisałyśmy do siebie, może 2-3 godziny. Na koniec postawiła mi ultimatum. Napisała, że daje mi tylko trzy dni na konkretną pomoc. Jeśli w tym czasie nie pomogę jej skutecznie – popełni samobójstwo. Dodała też, że skoro jestem pielęgniarką to powinnam wiedzieć, jak pielęgno­wać duszę pacjenta… To było bardzo trudne doświadczenie. Postanowiłam jednak działać, bo czułam się za tę ko­bietę odpowiedzialna. Ona zwracając się do mnie w tak trudnej dla siebie chwili, okazała mi przecież zaufanie. Poszuka­łam kościoła, w którym znajdowały się relikwie św. Jana Pawła II, poszłam do proboszcza, opowiedziałam o dramacie pani i poprosiłam o pomoc. Wierzyłam, że właśnie tak powinnam działać, że św. Jan Paweł II pomoże. Z księdzem proboszczem uzgodniłam sposób postę­powania. Tak się składało, że następnego dnia była Niedziela Palmowa. Ksiądz zaproponował, abym przyszła do ko­ścioła z chorą duchowo panią i udała się do miejsca, gdzie będą wystawione relikwie. Tak zrobiłam, a pani wyraziła zgodę, poddała się mojemu kierowaniu. Po modlitwie w bliskości relikwii, ksiądz podał pani relikwiarz do ucałowania. Po­tem zaprosił ją do konfesjonału. Poszła, wyspowiadała się. Razem uczestniczy­łyśmy potem we Mszy świętej, a po niej jeszcze długo modliłyśmy się. Z pomocą Boga i księdza proboszcza z parafii do, której się udałam, młoda pani została uratowana, jej prośby zostały wysłucha­ne. Dzisiaj żyje, cieszy się codziennością i dorastającą córką.

– Kontakt z drugim człowiekiem zawsze związany jest z odpowiedzialnością. Okazując komuś troskę i zrozumienie, otwieramy przecież przed nim swój świat, dopuszczamy go do siebie. To ma okre­ślone konsekwencje, nie zawsze łatwe.

– Tak. Na potwierdzenie tego, co mówisz mogłabym podać jeszcze wie­le przykładów z własnego doświadcze­nia, bo ile osób spotkanych podczas pielęgniarskich dyżurów, tyle przeżyć i historii. Wykonując przez lata swoje zawodowe czynności, bardzo wiele razy byłam świadkiem ludzkiego cierpienia, bólu, intymnych wyznań czy ostatnie­go tchnienia. Pielęgnując chore, obolałe ciała, pamiętałam o duchowym wnętrzu pacjentów. Trzymałam ich za rękę, mo­dliłam się. Starałam się być dla nich kimś więcej, niż tylko pielęgniarką mierzącą temperaturę i zmieniającą kroplówki. To nie było łatwe, ale mam nadzieję, że choć trochę mi się udało.

– Każdy pacjent – jak wspomniałaś – jest na swój sposób wyjątkowy i potrzebuje indywidualnego podejścia. Bywają jednak tzw. „trudni pacjenci”, którzy wymagają szczególnej opieki. Potrzeba nieraz dużych umiejętności i wiedzy z zakresu psycholo­gii, by nawiązać kontakt z takim chorym.

– Określenie „trudny pacjent” faktycznie funkcjonuje w me­dycznej nomenklaturze, ale ja osobiście mam z tym pojęciem pewien problem. Bo kto to jest „trudny pacjent”? Czy może ten, który nie potrafi jasno określić swoich dolegliwości, a może ten, który nic nie mówi? Ten, który głośno krzyczy i nie reaguje na zalecenia, czy ten wykrzykujący obraźliwe słowa pod adresem personelu medycznego? A może ten zupełnie bezradny, pod­dający się posłusznie wszystkim pro­cedurom, jednak bez zaangażowania i akceptacji swojej sytuacji? Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania, ale jedno wiem: z każdym da się porozumieć, choć w niektórych przypadkach wymaga to po prostu większego wysiłku i cierpliwo­ści. Z czasów nauki w szkole pamiętam, a z doświadczeń wielu lat pracy wiem, że zawsze trzeba umieć odróżnić gniew od gniewu człowieka chorego. To są bar­dzo trudne kwestie, a umiejętności te nabywa się, będąc przy chorym.

– Pewne umiejętności – jak powiedziałaś – zdobywa się, pracując z chorym. Ale w pracy medyka, szczególnie pielęgniarki, potrzeba czegoś więcej, niż nabyte przez lata doświadczenie i fachowość. Potrzeba określonych predyspozycji, cech charak­teru. Tego nie można nauczyć się w żadnej szkole i uczelni.

– To jest niezwykle ważna kwestia – charakter i osobowość pielęgniarki. Przed laty, zanim kandydatka do za­wodu została przyjęta do wymarzonej szkoły, oprócz świadectwa szkolnego, obowiązkowo musiała dostarczyć tzw. świadectwo moralności. Była to pisemna opinia wystawiona przez proboszcza parafii, do której należała kandydatka lub przez inną znaczącą osobę (burmistrza, wójta lub sołtysa). W tych opiniach pisano o do­brym charakterze oraz o do­brym prowadzeniu się. W cza­sach mojej młodości nie wypisywano już podobnych opinii. Jednak w wielu szkołach kandydatki poddawane były badaniom psychologicznym. Szuka­no wtedy odpowiedzi na pytanie czy konkretna kandydatka lubi ludzi, czy jest odpowiedzialna i czy uważa życie ludzkie za wartość najwyższą. Dzisiaj poza średnią ocen ze świadectwa nie ma innych kryteriów wstępnych w naborze do studiowania wybranego kierunku. Stąd, do zawodów medycznych wciąż trafia duży odsetek młodzieży, która w zetknięciu z cudzym bólem i umie­raniem, odchodzi. Ci jednak, którzy pozostają, to zwykle najlepsi z najlep­szych. Uważam, że wszyscy pracownicy służby zdrowia powinni odznaczać się wysoką wrażliwości etyczną, odporno­ścią na stres, umiejętnością radzenia sobie z niedogodnościami (np. nocne dyżury). Niezbędne są także wysoka kultura osobista, bezinteresowność, samodzielność i poświęcenie.

– W Twoim życiu przyszedł moment, kiedy z roli pielęgniarki musiałaś wejść w rolę pacjenta. Łączysz więc w sobie doświad­czenie zarówno pracownika służby zdro­wia, jak i osoby chorej. Czy w chwili, kiedy stałaś się pacjentem, zmieniło się Twoje patrzenie na służbę zdrowia? Czy jeszcze bardziej zaczęłaś rozumieć chorych?

– Prawdą jest, że własne doświad­czenia chorobowe i bólowe, własny niepokój o wynik badań i stres przed kolejną operacją, wiele razy otwierały szeroko moje oczy i uszy na „melo­dię ludzkiego cierpienia”. Szczególnie wtedy, gdy musiałam leżeć, bez moż­liwości podniesienia ciała do pozycji siedzącej, gdy zwykłe umycie twarzy było dla mnie trudne do wykonania. Tak jak inni chorzy, współtowarzysze mojego cierpienia, marzyłam wtedy tyl­ko o jednym – by wytrzymać, przeżyć, by chociaż na chwilę przestało boleć. Z tamtych trudnych dla mnie i moich bliskich chwil, zapamiętałam wielką ludzką dobroć oraz pielęgniarski profe­sjonalizm. Byłam chorą, bardzo dobrze pielęgnowaną. Zatrzymałam też w pa­mięci i w sercu łagodną twarz kapłana, przychodzącego do mojego szpitalnego łóżka dzień po dniu (leżałam wtedy 44 dni i noce), jego modlitewne skupienie, gdy podawał mi Ciało Chrystusa, oraz słowa, które powtarzał codziennie, że „Jezus Miłosierny wydźwignie”. Za­wsze po powrocie do zdrowia, znów byłam zwyczajną pielęgniarką. Własne cierpienie i chorowanie zostawiałam za drzwiami szpitala lub przychod­ni. Myślę, że osobiste doświadczenie choroby pomaga mi lepiej rozumieć innych chorych. Przez własną choro­bę poznałam medyczny świat również z perspektywy szpitalnego łóżka. To wielka szkoła życia! Szpitalne łóżko to miejsce, z którego praca pielęgniarki i innych pracowników medycznych wy­gląda zupełnie inaczej. Powiem więcej: stamtąd cały świat wygląda zupełnie inaczej. Pielęgniarka w roli chorego nie jest wyjątkowym pacjentem. Ona także oczekuje na poprawę zdrowia, na słowa pełne nadziei i cieszy się, gdy pobyt w szpitalu dobiega końca.

– Bo wobec choroby i cierpienia wszyscy jesteśmy równi.

– Tak. Każdy może stać się pa­cjentem i to zupełnie nieoczekiwanie. Żaden człowiek nie czeka na choro­bę i chorowanie, ale kiedy cierpienie przychodzi, wszyscy w jego obliczu pokornieją, szukają pomocy i nadziei. Każdy chory, niezależnie od wykształ­cenia czy zasobności portfela, pragnie szybko wyzdrowieć i wrócić do spraw­ności sprzed choroby. To jedno łączy nas wszystkich.

– Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2019nr04, Z cyklu:, W cztery oczy

nd pn wt śr cz pt sb

28

29

30

1

2

3

5

11

12

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

Dzisiaj: 26.05.2024