Zabierz troski, zostaw krzyż

Pan Alfons Bartusek, niewidomy członek Apostolstwa Chorych, opowiada o swoim doświadczeniu cierpienia i o radości, która płynie z życia w bliskości Boga.

Pan Alfons Bartusek z córką

zdjęcie: Danuta Dajmund

2014-03-03

Drzwi niewielkiego mieszkania w Goduli – jednej z licznych dzielnic Rudy Śląskiej – otwarła mi córka pana Alfonsa. Spodziewałam się tego, mając świadomość, że przecież odwiedzam człowieka niepełnosprawnego. Kiedy po chwili z pokoju wyłoniła się postać gospodarza, próbowałam ukryć zdziwienie; starszy pan sprawiał bowiem wrażenie człowieka zupełnie zdrowego. Wyciągnęłam dłoń na powitanie, ale pan Alfons nie zareagował na mój gest. „Ojciec jest niewidomy” – pospieszyła z wyjaśnieniami córka, a ja przeprosiłam za moją gafę. Mogliśmy zacząć naszą rozmowę.

 DANUTA DAJMUND: – Muszę przyznać, że dosyć ciekawe były okoliczności, które doprowadziły do naszego dzisiejszego spotkania...

ALFONS BARTUSEK: – To było tak: Lubię słuchać audycji nadawanych przez Radio eM. Słucham ich zresztą niemal codziennie. Któregoś dnia miałem szczęście trafić na audycję poświęconą Apostolstwu Chorych. Usłyszałem wtedy słowa, które bardzo mnie poruszyły. Ksiądz mówił, że przynależność do Apostolstwa Chorych to jest odpowiedź człowieka na specjalne Boże powołanie. Pomyślałem, że tak właśnie chyba jest w moim życiu, że ja także zostałem do tego powołany. Zadzwoniłem więc do radia, aby się tą moją refleksją podzielić. Księdza chyba zainteresowała moja historia, bo zapytał, czy zgodzę się udzielić wywiadu redakcji „Apostolstwa Chorych”.

– Ale Pana związki z Apostolstwem Chorych chyba nie zaczęły się w momencie tej audycji?

– Oczywiście, że nie. Z Apostolstwem Chorych zetknąłem się już bardzo dawno temu, jeszcze w latach, kiedy jego duszpasterzem był ks. Michał Rękas. Jako młody chłopak przebywałem wówczas na oddziale okulistycznym szpitala przy ul. Francuskiej w Katowicach, gdzie ks. Rękas posługiwał jako kapelan. Byłem nawet u niego u spowiedzi.

– Dziś chyba niewielu ludzi może się tym pochwalić?

– No tak, głównie dlatego, że ja mam już 82 lata. W naszej rodzinie choroba oczu, na którą cierpię i która ostatecznie doprowadziła do tego, że nie widzę, jest dziedziczna. Ja choruję od wczesnej młodości, a poza mną nie widziało także dwóch moich braci. Ale wtedy jeszcze z moim wzrokiem nie było najgorzej, więc nie przyszło mi do głowy, że mógłbym zostać członkiem Apostolstwa Chorych. Należałem za to do Sodalicji Mariańskiej i od jej prezesa otrzymałem kiedyś piękny wiersz, który wyrecytowałem ks. Rękasowi podczas naszego spotkania. Pierwszy raz wpadł mi też wówczas w ręce jeden z numerów miesięcznika „Apostolstwo Chorych”. Pamiętam do dziś jego okładkę, na której widniały dłonie złożone do modlitwy. Opublikowano w nim również fotografię naszej niepełnosprawnej sąsiadki, która potrafiła pięknie malować. Miałem też zaszczyt poznać następcę założyciela Apostolstwa Chorych, ponieważ ks. Michał Rękas nieraz wspólnie z ks. Janem Szurlejem celebrowali Mszę Świętą w szpitalnej kaplicy. Po tamtym pobycie w szpitalu czasem miałem też sposobność wysłuchać audycji radiowej ks. Rękasa.

– Jak rozumiem, bliższe relacje z Apostolstwem Chorych nawiązał Pan nieco później?

– Tak, nastąpiło to dopiero w latach, kiedy duszpasterzem Apostolstwa Chorych był ks. Czesław Podleski. Stało się to również za sprawą audycji radiowych, których wysłuchałem w Radiu ARKA i w Radiu Maryja, kiedy ich gościem był ks. Czesław Podleski. Pod wpływem tego, co wówczas mówił, poczułem, że to jest właśnie wspólnota dla mnie, że w Apostolstwie Chorych powinienem realizować swoje powołanie. Trochę się tylko obawiałem, czy sprostam jego wymaganiom. No bo widzi Pani, jak każdy człowiek, czasem lubię sobie trochę ponarzekać. Ale ks. Czesław uspokoił mnie, że to nie stanowi żadnej przeszkody. Przypomniał, że i Pan Jezus prosił Swego Ojca w Ogrodzie Oliwnym, by, jeśli to możliwe, oddalił od Niego cierpienie. Wyjaśnił mi też dokładnie, na czym będą polegały moje zobowiązania jako członka Apostolstwa Chorych i wkrótce z Sekretariatu otrzymałem dyplom przynależności, krzyżyk, pierwsze miesięczniki i piękny Akt Ofiarowania się Matce Bożej Uzdrowienia Chorych. Tę modlitwę kilka razy przeczytała mi żona, a później nauczyłem się jej na pamięć. Przypomina mi ona, w jakich intencjach mogę ofiarować swoją niepełnosprawność i inne swoje cierpienia. Staram się też pamiętać, żeby o określonej godzinie łączyć się duchowo z chorymi współbraćmi należącymi jak ja do Apostolstwa Chorych. Świadomość jedności z nimi nieraz bardzo mi pomogła.

– Jak radzi sobie Pan z jednym z głównych warunków przynależności do Apostolstwa Chorych? Myślę przede wszystkim o „znoszeniu cierpień po chrześcijańsku, w zjednoczeniu z Chrystusem”. Nie jest to chyba proste w sytuacji, kiedy się wie, że już nie będzie lepiej – ani za miesiąc, ani za rok. Kiedy się wie, że na swój krzyż jest się już skazanym do końca życia...

– To rzeczywiście nie jest łatwe. Muszę jednak Pani wyznać, że z czasem coraz lepiej rozumiem moje powołanie. Rozumiem też, że to, co mnie dotyka i rani, może mieć sens, może być wykorzystane w dobrym celu. Mam też świadomość, że oprócz tego, iż nie widzę, bywam – jak wszyscy – kaleką duchowym; ciągle upadam. Staram się jednak z Bożą pomocą, podnosić z tych upadków. Bardzo pomagają mi w tym dobre książki, które dzięki postępowi techniki mogę „czytać” za pomocą specjalnego urządzenia, tzw. „czytaka”, opatentowanego przez niewidomego wychowanka Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Na przykład niedawno w „Listach Nikodema” Jana Dobraczyńskiego znalazłem pewną myśl, która bardzo podniosła mnie na duchu. Odtąd – parafrazując ją – mówię czasami Jezusowi: „Panie, zabierz mi moje troski, a zostaw krzyż”, ale zarazem też proszę, by zechciał być dla mnie Szymonem i Weroniką. Często też proszę Maryję o pomoc i pośrednictwo w tych moich rozmowach z Panem Jezusem, a także w niesieniu chorób, trosk i smutków. Sam, bez Ich pomocy, jestem zbyt słaby i naprawdę niewiele mogę.

– Ja natomiast czuję się bardzo zbudowana Pańską postawą. Podobnie jak podziwiałam stosunek do cierpienia bł. Jana Pawła II. Kiedy niektórzy radzili mu, by odpoczął, a nawet zrezygnował ze swoich papieskich funkcji, on postanowił nie ukrywać swojego cierpienia przed światem, ale pokazać, że i ono ma wartość, kiedy jest przeżywane w łączności z Chrystusem. Muszę przyznać, że nic podczas jego długiego i owocnego pontyfikatu nie przemówiło do mnie bardziej, niż moment największej – zdawałoby się – bezsilności Papieża. Kiedy nie umiał już wypowiedzieć żadnego słowa, powiedział chyba światu najwięcej.

– Tak, Papież pokazał, że cierpienie może być powołaniem. Że ludzie cierpiący mogą dać światu i Kościołowi najwięcej. Trzeba tylko starać się przeżywać je godnie, nie narzekać bez przerwy i nie zamęczać swoim narzekaniem innych. No i w miarę możności trzeba się starać zawsze dać coś z siebie innym, bardziej od nas dotkniętym cierpieniem.

– Pan musiał oswoić się z cierpieniem dość wcześnie, prawda?

– Moi rodzice mieli siedmioro dzieci. Troje z nas nie widziało. Inny z braci zmarł po wielkich cierpieniach, mając zaledwie 39 lat. Miałem też niepełnosprawną córeczkę Bogusię, która zmarła mając 6 lat. Ponadto przez 37 lat pracowałem w szpitalu w Goduli jako masażysta. Często zlecano mi masaż ludzi cierpiących na rozmaite nowotwory, po to, by przynieść im choć trochę ulgi. Dlatego mogę powiedzieć, że z cierpieniem miałem właściwie do czynienia od zawsze, zresztą nieraz także jako pacjent. Przez te wszystkie lata zaobserwowałem, że zwykle najbardziej narzekają i opowiadają o swoich chorobach ci, którym niewiele dolega. Mogłaby to potwierdzić także moja córka, która pracuje w Ośrodku dla Osób Niepełnosprawnych i moja żona, która była pielęgniarką i stale miała do czynienia z ludzkim cierpieniem.

– Nie miałam szczęścia poznać Pańskiej małżonki…

– Niestety, trzy lata temu żona odeszła do Pana. Wolałbym umrzeć wcześniej niż moja żona, ale od czasu jej śmierci jeszcze bardziej odczuwam Bożą opiekę i mogę powiedzieć, że nie jestem sam. Nic mi nie pomaga tak, jak świadomość, że Bóg stale jest obok mnie. Zresztą dobry Bóg nie zostawił mnie samego. Mieszkamy sobie razem z córką Asią, mamy jeszcze psa, którego zdążyła już Pani poznać i kanarka, którego właśnie Pani słyszy. I jakoś sobie radzimy.

– Więc jeśli Pan pozwoli, zapytam właśnie o to, jak Państwo sobie radzicie?

– Zawsze uważałem, że człowiek powinien starać się w każdej sytuacji być użyteczny. Z czasem nauczyłem się, że choroba, cierpienie czy niepełnosprawność, nie dają mi prawa, bym siadł i oczekiwał pomocy od innych.

– Można się tego nauczyć?

– Moja rodzina zawsze była bardzo związana z życiem parafii. Można chyba powiedzieć, że współtworzyła jej historię. Mój dziadek zasłużył się dla parafii tak bardzo, że jego podobizna w górniczym mundurze została utrwalona na jednym z parafialnych witraży. Ponieważ zawsze bardzo kochałem muzykę i śpiew, jeszcze jako całkiem młody człowiek, wraz z dwoma braćmi, również cierpiącymi na prowadzące do ślepoty zwyrodnieniowe zapalenie siatkówki i rogówki, założyliśmy śpiewaczy tercet i jeździliśmy z koncertami do wielu polskich miast. Byliśmy nawet dość znani. Koncertowaliśmy głównie w kościołach, często śpiewaliśmy na ślubach. Daliśmy też kilka koncertów na Górze św. Anny. Jeszcze wtedy rozpoznawałem światło. Nigdy nie zapomnę oślepiającego blasku tych wszystkich zapalonych podczas procesji świec. Bardzo długo w kościele św. Anny wisiało zdjęcie z tego naszego koncertu. Koncertowaliśmy także w Piekarach podczas pielgrzymek dla niewidomych, gdzie zawsze bardzo serdecznie witał nas ks. prałat Konrad Lubos – duszpasterz osób niewidomych i głuchoniemych. Razem z bratem reaktywowaliśmy także parafialny chór, na którego próby uczęszczałem, dopóki pozwoliło mi na to zdrowie.

– Powiększająca się rodzina też pewnie przyczyniła się do tego, że nie mógł Pan pozwolić sobie na bezczynność?

– Oczywiście. Kiedy przyszedł na świat mój starszy syn jeszcze trochę widziałem, niestety, z powodu rozwijającej się cukrzycy, córki Asi już nie zobaczyłem. Aby pomóc w utrzymaniu rodziny, przez kilkadziesiąt lat pracowałem w szpitalu jako masażysta, choć trzeba było mnie tam zaprowadzić, a potem stamtąd przyprowadzić do domu. Jednak główną inspirację do prowadzenia tak czynnego życia, jak to tylko było możliwe, odnalazłem w podwarszawskich Laskach, choć nigdy nie byłem wychowankiem tamtejszego Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Miałem jednak okazję rozmawiać z jego podopiecznymi, kiedy w latach pięćdziesiątych wspólnie braliśmy udział w kursie dla masażystów. Później w Zakładzie w Laskach zaczęła pracować jako nauczycielka moja starsza siostra i od tej pory nasz kontakt z tym środowiskiem stał się bardzo bliski i serdeczny. Przez wiele lat jeździliśmy tam z żoną najczęściej jak to było możliwe, uczestniczyliśmy w rekolekcjach, a nasza córka spędziła tam nawet wakacje. Poznaliśmy wspaniałych ludzi: obu księży Fedorowiczów, ks. Marylskiego a także Matkę Czacką, choć była już wtedy bardzo schorowana. Poznaliśmy też wspaniałą osobę – postać niemal legendarną – Panią Zofię Morawską. Do końca bardzo czynna, zmarła całkiem niedawno, mając 106 lat. Kontakt ze środowiskiem Lasek utrzymujemy do dziś, starając się choć trochę wspierać ich dzieło. To głównie od tych wspaniałych ludzi nauczyłem się, że człowiek niepełnosprawny może wiele dać z siebie innym ludziom.

 – Jak ta wiedza owocuje w życiu, które obecnie Pan prowadzi?

– Cukrzyca, przebyte zawały serca i inne dolegliwości ograniczyły – co zrozumiałe – moją aktywność. Dużo czytam, posługując się nagraniami dźwiękowymi na moim „czytaku”, bo coraz trudniej jest mi czytać pismo Braille’a z powodu pokłutych od zastrzyków palców. Gram też sam ze sobą na specjalnie oznakowanych przez moją córkę kartach. Latem spaceruję wokół domu z laską, bo mam trochę kłopotów z utrzymaniem równowagi, a kiedy córka wraca z pracy idziemy do naszego ogródka. Staram się jej tam choć trochę pomagać. Kiedy żyła żona, wiele czasu spędzaliśmy na przedstawieniach bytomskiej opery. Niedawno byłem wraz z córką na spektaklu „Borys Godunow” z pięknym cerkiewnym śpiewem, który bardzo lubię. Także w domu nie lubię być bezczynny. Przed wyjściem do pracy córka przygotowuje obiad, a ja go sobie potem samodzielnie odgrzewam w kuchence mikrofalowej. Wiele potraw razem przygotowujemy. Kiedy córka wzorem mojej żony przygotowuje dla nas wyroby wędliniarskie z półtusz mięsnych, ja zajmuję się ich mieleniem czy nawet krojeniem, a ona odpowiednio dawkuje składniki.

– Panie Alfonsie, wydaje mi się Pan człowiekiem żyjącym w absolutnej zgodzie z własnym, niełatwym przecież losem. Czy jest na to jakaś recepta?

– Nie jestem ideałem. Mam też swoje chwile słabości. Staram się jednak zachować pogodę ducha. Powiem tak: bardzo pomaga mi oczywiście wsparcie, jakie otrzymuję od mojej córki i innych bliskich. Ale najbardziej staram się polegać na Bogu. Jeszcze kiedy żona odprowadzała mnie do pracy, mieliśmy zwyczaj wspólnie odmawiać Różaniec. Modliliśmy się szeptem także podczas spacerów, gdy np. byliśmy na wczasach. Potem, kiedy zaczął szwankować także mój słuch, modliliśmy się w myślach. Kiedy byliśmy już na emeryturze staraliśmy się każdy dzień zaczynać od uczestnictwa we Mszy Świętej w naszej parafii. Ten zwyczaj kontynuuję do dziś, tyle, że słucham Mszy Świętej przez radio, a w niedziele zawozi mnie do kościoła wnuk. Dużo się modlę wraz z Radiem Maryja i nie tylko. Związałem się z Apostolstwem Chorych, ale także z Apostolstwem Dobrej Śmierci. Proszę Boga o dobrą śmierć dla siebie i dla innych. Nauczyłem się codziennie odmawiać Koronkę w intencji konających i kiedy umiera ktoś z bliskich czy znajomych, towarzyszy mi pokrzepiająca świadomość, że była przy nim w tym momencie moja modlitwa. Staram się też wspierać modlitwą kapłanów, zwłaszcza pracujących w mojej parafii. Wierzę, że wytrwała modlitwa zawsze przynosi owoce, dlatego modlę się także za moją rodzinę, o zgodę i miłość dla jej członków. Ale przede wszystkim codziennie odnawiam akt mojej zgody na wszystkie cierpienia i trudności, które mnie jeszcze w życiu czekają.

– Dziękuję Panu za te słowa. Ufam, że pomogą one wielu czytelnikom Apostolstwa Chorych, tak jak mnie pomogły przewartościować niektóre sprawy w moim życiu.

Zobacz całą zawartość numeru ►

Z cyklu:, Miesięcznik, 2014-nr-03, Numer archiwalny, W cztery oczy, Dajmund Danuta, Autorzy tekstów

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

1

2

3

4

6

7

8

10

11

13

18

19

20

21

22

23

24

25

26

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 23.10.2019