Mała droga Wielkiej Świętej

„Mam tylko jeden sposób, by okazać Ci moją miłość: rzucanie kwiatów, to znaczy, że nie opuszczę żadnej okazji do ofiary, choćby najmniejszej, żadnego spojrzenia, żadnego słowa, wykorzystam najdrobniejsze nawet czyny, by je pełnić z miłości".

zdjęcie: www.s3.flog.pl

2013-10-01

Tytuł tego tekstu jest nieco przewrotny, bo przecież piszę o Świętej, którą nazywamy Małą, w odróżnieniu od jej świętej imienniczki – Teresy z Avila. Urodziła się jako ostatnia z dziewięciorga dzieci. Cztery swoje córeczki państwo Martin utracili bardzo wcześnie, więc całą swoją miłość przelewają na pięć pozostałych przy życiu. Niestety, kiedy najmłodsza z nich – Tereska – ma zaledwie cztery latka, pan Martin staje przed zadaniem, które na ogół przekracza siły i predyspozycje mężczyzny. Jego żona umiera, a on musi córkom zastąpić także matkę. To bolesne doświadczenie dla całej rodziny, a zarazem pierwszy krzyż w życiu Tereski.  Wielki i ciężki… zbyt ciężki jak na ramiona małego, wrażliwego dziecka. Wcześnie przychodzi jej wstąpić na swoją „małą drogę do świętości”! Po śmierci matki rodzina przenosi się do Lisieux i to tam, jakby na przekór okrutnej stracie, przez 11 lat – dzięki miłości ojca i sióstr, a zwłaszcza najstarszej Pauliny, która zastępuje jej mamę, Tereska przeżywa bezpiecznie swoje dzieciństwo. Bezpiecznie to jednak nie to samo, co szczęśliwie. Ma zaledwie 8 lat, gdy rozpoczyna naukę w szkole przy klasztorze sióstr benedyktynek. Mała, wrażliwa pensjonariuszka cierpi tak bardzo, że kolejne 5 lat uważa za „najsmutniejsze w swoim życiu”. Jej rozpacz wzmaga się, kiedy ukochana siostra Paulina wstępuje do Karmelu. To przecież trochę tak, jakby po raz drugi traciła matkę! Zbyt wiele jak na jej wrażliwe serce. W efekcie zapada na dziwną chorobę; majaczy, ma halucynacje i stany lękowe. 13 maja 1883 r. przypada Zesłanie Ducha Świętego, a zarazem dzień umiłowany przez Matkę Najświętszą. To wtedy, po wielu modlitwach rodziny i zakonnic, Maryja uwalnia Tereskę od tej choroby, a dziesięcioletnia wówczas dziewczynka utwierdza się w przekonaniu, że i ona, jak starsza siostra, zostanie karmelitanką. Kiedy 8 maja 1884 r. po raz pierwszy przyjmuje Jezusa do swego serca, podejmuje swoją pierwszą dojrzałą decyzję, która zaważy na jej dalszym życiu – oddaje się Jezusowi – bezwarunkowo i na zawsze. Wkrótce też przyjmuje sakrament bierzmowania. Niestety, niedługo po tym radosnym wydarzeniu Teresę czeka rozstanie z kolejnymi siostrami; Maria i Leonia także wybierają drogę życia zakonnego – pierwsza u karmelitanek, druga w zakonie sióstr klarysek.

Ale Jezus, któremu Teresa ofiarowała przecież życie, nie pozwala swej małej wybrance smucić się zbyt długo. Nagły zwrot w jej życiu przynosi Boże Narodzenie 1886 r. Teresa nazywa go „nawróceniem”. Ten etap swojego życia opisuje, jako „najpiękniejszy ze wszystkich i najbardziej wypełniony łaskami z Nieba”. Postanawia bowiem, że nie tylko sama zostanie świętą, ale przyprowadzi Jezusowi wiele dusz, które odrzucają Jego miłość. Pierwszym jej „duchowym synem” staje się zbrodniarz Pranzini. Przestępca prawie do końca nie odczuwa skruchy i trwa w niewierze, mimo że stoi w obliczu śmierci. Ale Teresa nie daje za wygraną. Szturmuje niebo swymi modlitwami, bo sama z siebie nic nie może zrobić. I zdarza się cud.  Pranzini w ostatnim momencie życia, tuż przed ścięciem, nagle chwycił krzyż, który towarzyszący mu kapłan niósł w rękach i ucałował rany Chrystusa. A przecież zaledwie chwilę wcześniej odmawiał jakiejkolwiek duchowej pociechy. Te wydarzenia bardzo odmieniają Teresę. Odtąd uczy się każdego dnia bardziej zapominać o sobie, a otwierać się na innych, zwłaszcza na ludzi cierpiących, odrzuconych, grzeszników.

Choć Teresa cieszy się, że jej decyzja wstąpienia do klasztoru spotyka się z pełnym zrozumieniem ze strony ukochanego ojca, wie, że to nie wystarczy, by mogła zrealizować swoje pragnienie. Jak bowiem, mając zaledwie 15 lat, przekonać władze kościelne, że mimo młodego wieku dojrzała już do życia za murami klasztoru? Teresa nie waha się w tej sprawie upaść do nóg samego Ojca Świętego Leona XIII. Choć podczas pielgrzymki do Rzymu nie udaje się jej wybłagać odpowiedniej dyspensy, nie uważa tego czasu za stracony. Pielgrzymując w towarzystwie wielu kapłanów, zdaje sobie nagle sprawę, jak wiele modlitwy potrzebują ci, którzy innych mają prowadzić do Boga. Postanawia, że odtąd będzie się za nich modlić. Pisze wówczas: „Jakże piękne jest powołanie Karmelu, ponieważ jedynym celem naszych modlitw i ofiar jest to, abyśmy jako apostołki apostołów błagały za nimi, podczas gdy oni głoszą duszom Ewangelię słowem, a nade wszystko przykładem". 

Wreszcie – 9 kwietnia 1888 r. – Teresa przekracza progi Karmelu. Wie, że znalazła się tu po to, „aby ratować dusze i przede wszystkim po to, aby się modlić za kapłanów". Ale wie również, że największe  łaski muszą być zwykle okupione największym cierpieniem. To trochę tak, jak z różami: za ich urodę czasem płaci się krwawymi śladami po kolcach. Piętnastoletnia Teresa prosto z ramion ukochanego ojca trafia do skromnej, nieogrzanej celi z lichym siennikiem na podłodze. Odtąd każdy dzień jest podobny do następnego: praca w ogrodzie, zamiatanie, cerowanie, nabożeństwa i modlitwy. Z wszystkich obowiązków wywiązuje się jednak najlepiej jak potrafi. To jest przecież jej droga do świętości! Tylko tak trudno znieść chorobę ukochanego ojca... Nic tak nie boli, nawet przykrości, które spotykają ją ze strony niektórych sióstr. Pociechą jest tylko Jezus i Jego cierpiące Oblicze. Teresa pamięta, że to On jest najważniejszy. Wyznaje: „On nie uczy mnie liczenia moich uczynków, lecz uczy mnie robienia wszystkiego z miłości. To Jezus czyni wszystko, ja nie robię nic". Czeka ją jeszcze duchowa próba, jedna z najstraszniejszych. Rekolekcje przeżywane przed dniem profesji, zamiast duchowego uniesienia, przynoszą cierpienie. A przecież nigdy wcześniej Teresa nie miała żadnych wątpliwości, co do swego powołania. Teraz zaczęła o nim myśleć, jak o urojeniu. Ta „ciemna noc” – tak częsta wśród wielkich świętych – ustąpiła jednak w dniu profesji. Wkrótce też i jej przełożeni mieli się przekonać, jak wielkim skarbem dla Karmelu jest dziewczyna, w której powołanie dotąd wątpili. W czasie epidemii bardzo ciężkiej grypy Teresa daje się bowiem poznać jako niestrudzona i odważna pielęgniarka niosąca otuchę chorym i umierającym siostrom. Ale w codziennym życiu Teresy radość nadal splata się z cierpieniem. Najpierw nadchodzi cios – śmierć ukochanego ojca, a wkrótce po nim wielka radość; ostatnia z jego córek – Celina – wstępuje do klasztoru.

W tym czasie Bóg pozwala też Teresie odkryć małą drogę dziecięctwa Bożego. Rozważając kilka wersetów biblijnych młoda karmelitanka odkrywa prostą prawdę: wystarczy być małym, by znaleźć się w ramionach Ojca, jak mały baranek przygarnięty do serca przez jego Pana. Trzeba po prostu uczynić się małym z miłości!  To odkrycie napełnia Teresę radością. „O Jezu, moja miłości, wreszcie odkryłam moje powołanie. Moim powołaniem jest Miłość! (...) W Sercu Kościoła będę Miłością i w ten sposób będę wszystkim" – woła i zaraz wyjaśnia: „Mam tylko jeden sposób, by okazać Ci moją miłość: rzucanie kwiatów, to znaczy, że nie opuszczę żadnej okazji do ofiary, choćby najmniejszej, żadnego spojrzenia, żadnego słowa, wykorzystam najdrobniejsze nawet czyny, by je pełnić z miłości (...) O, gdyby wszystkie dusze słabe i niedoskonałe czuły to, co czuje najmniejsza z nich wszystkich, dusza twej małej Teresy, ani jedna nie straciłaby nadziei, że zdobędzie szczyt góry miłości, ponieważ Jezus nie żąda wielkich czynów, ale jedynie zdania się na Niego i wdzięczności".

Tych okazji by „stać się małą” Teresce już nigdy nie brakuje. Odtąd jednak z naturalną ufnością dziecka, które czuje się kochane i któremu zawsze wybacza się wszelkie popełnione błędy, Teresa idzie swoją „małą drogą ufności i miłości" bez lęku i niepotrzebnych, a wcześniej tak charakterystycznych dla niej, skrupułów. Teresa ofiaruje siebie jako ofiarę Miłości miłosiernej. Ten akt odnawia nieustannie, aż do śmierci. A Bóg przyjmuje tę ofiarę. Kiedy ogarnia ją ciemność – jak mawiają teolodzy: noc wiary – Teresa doskonale rozumie sens tej próby: trzeba oddać życie za ocalenie grzeszników, i to nie na cudownej „małej drodze", ale w oschłości, w opuszczeniu, z dala od Umiłowanego Pana. Trochę tak, jak Ukrzyżowany, który niósł na Golgotę ciężar wszystkich grzechów świata. Noc duszy – niepokój, pokusy, lęki – stają się jej drogą świętości, bardziej niż ludzkie niezrozumienie i straszne cierpienia fizyczne. Ona nie tyle złożyła ofiarę, ile sama stała się ofiarą. Umierała ze słowami miłości na ustach. Miłości do Zbawiciela i do dusz grzeszników, których postanowiła ratować nawet stamtąd, z nieba.

Kiedy będzie mi trudno naśladować świętą Tereskę w jej heroicznej miłości do Jezusa, spróbuję choć naśladować jej „małą drogę dziecięctwa Bożego”.

Zapraszam do modlitwy słowami Aktu oddania się Miłości Miłosiernej, który znajdziesz tutaj.

Dajmund Danuta, Autorzy tekstów, Orędownicy dnia, Teksty polecane

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

1

2

3

4

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

20

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

Dzisiaj: 20.09.2019