Namaszczeni do chwały

Szkoła modlitwy. Namaszczenie chorych to „przytulenie” cierpiącego człowieka przez Boga.

zdjęcie: PCCABERDEEN.CO.UK

Ks. Tomasz Jaklewicz

2019-01-31

Każdy z siedmiu sakramentów ma swój początek w Jezusie Chrystusie. Teologia nazywa na­wet samego Jezusa „Pra-Sakramentem”. Dlaczego? Bo sakrament to widzialny znak niewidzialnej łaski. W człowieczeństwie Jezusa z Nazaretu Bóg stał się kimś bliskim, dostępnym. W ludzkich słowach i gestach Chrystusa wyraziła się odwieczna miłość Boga do człowieka. Każdy z siedmiu sakra­mentów jest w jakimś sensie „przedłuże­niem” ramion Chrystusa, które przyjmują człowieka, aby go przygarnąć, przebaczyć mu, napełnić łaską. Sakramenty można też śmiało porównać do pocałunków, które Bóg w różnych sytuacjach przeka­zuje człowiekowi. Boża miłość realnie nas przemienia, uświęca, zbawia. Sakrament chorych to „pocałunek” Boga złożony na ciele człowieka cierpiącego, lękającego się o swoje życie, bojącego się śmierci. Przez ten sakramentalny znak Pan mówi chore­mu: „kocham cię, jestem z tobą, nie lękaj się ani choroby, ani śmierci, ja cię nie zostawię. Przeprowadzę cię przez ciemną dolinę, tylko chwyć się mocno mojej dłoni i ufaj”.

Pora umierać?

Kapelani szpitalni nieraz skarżą się, że część pacjentów wciąż mówi o „ostatnim namaszczeniu”. Mała jest świadomość, że to jest sakrament umocnienia w chorobie. Gdy ksiądz w szpitalu proponuje namasz­czenie, bywa to rozumiane jako sygnał, że pora umierać. Takie podejście pojawia się dziś raczej u ludzi, którzy żyją z dala od Kościoła. W wielu parafiach od lat podczas rekolekcji lub przy innej okazji odprawia się Msze święte dla osób starszych i cho­rych, podczas których udziela się sakra­mentu chorych. W każdej parafii księża co najmniej raz w miesiącu odwiedzają chorych w domach i proponują namasz­czenie. Od czasu Soboru Watykańskiego II akcentujemy w Kościele zmianę nazwy sakramentu: nie mówimy już o „ostatnim namaszczeniu”, ale o namaszczeniu cho­rych. Przez ten sakrament Kościół prosi Jezusa o to, by pomógł choremu w jego niedoli. Prosimy więc zarówno o docze­sne zdrowie, jak i o wieczne zbawienie. Nawiasem mówiąc, łacińskie słowo salus oznacza „zdrowie”, ale także „zbawienie” (salus animarum – zdrowie dusz). Mamy prawo wołać do Boga o ratunek od śmierci ciała, ale powinniśmy też mieć odwagę pro­sić o łaskę dobrej śmierci. W średniowieczu traktowano namaszczenie chorych jako praeparatio ad gloriam), czyli przygotowa­nie człowieka do chwały, do życia wiecz­nego. Do czasu Soboru Watykańskiego II uważano namaszczenie chorych za rodzaj konsekracji śmierci. Była w tym pewna jednostronność, bo przecież nikt do końca nie wie, kiedy przyjdzie śmierć. Udzielając komuś „ostatniego namaszczenia” w ja­kimś sensie rzeczywiście mówiliśmy mu, że za chwilę umrze. Ale prawda jest taka, że każdy z nas umrze. Są choroby, które kończą się śmiercią i choremu trzeba o tym powiedzieć. Wiara pomaga udźwignąć tę prawdę. Modlitwa o dobrą godzinę śmierci to wyraz mądrej i odważnej pobożności.

Na chorych ręce kłaść będą

Na kartach Ewangelii nie znajdziemy opisu ustanowienia sakramentu namasz­czenia chorych. Ale wielokrotnie widzimy Jezusa, który poświęca chorym wiele swojej uwagi i miłości. Uzdrawia ich, przebacza grzechy, daje nadzieję. Uzdrowieniom często towarzyszą gesty: położenie dło­ni, dotknięcie, położenie błota na oczach itd. W Ewangelii św. Marka czytamy, że również uczniowie Jezusa „wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali” (Mk6, 13). Zmartwychwstały Pan posyłając uczniów z misją głoszenia Ewangelii, obiecuje im, że „na chorych ręce kłaść będą, i ci od­zyskają zdrowie” (Mk16, 18).

Potwierdzeniem, że Kościół dobrze odczytał zamiar swojego Założyciela są słowa z Listu św. Jakuba. To najważniejszy fragment biblijny wskazujący na sakra­ment chorych. Brzmi tak: „Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk5, 14-15).

W celebracji sakramentu chorych istotne są dwa znaki. Pierwszy to nałożenie dłoni. Kapłan wkłada ręce na głowę chore­go i modli się w ciszy. Niestety, zwłaszcza w zbiorowych celebracjach, bywa, że ten gest jakoś nam, księżom, umyka. Drugi znak to namaszczenie olejem. Olej cho­rych poświęca się w katedrze w Wielki Czwartek, ale w razie konieczności każdy kapłan może poświęcić olej przed udzie­leniem sakramentu. Namaszczając czoło chorego kapłan wypowiada słowa: „Przez to święte namaszczenie niech Pan w swo­im nieskończonym miłosierdziu wspomo­że ciebie łaską Ducha Świętego”. Potem namaszcza się dłonie, towarzyszą temu słowa: „Pan, który odpuszcza ci grzechy, niech cię wybawi i łaskawie podźwignie”. Chory odpowiada dwukrotnie: Amen.

Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że łaską tego sakramentu jest szcze­gólny dar Ducha Świętego. Na czym pole­ga ten dar? To łaska umocnienia, pokoju i odwagi w znoszeniu choroby lub staro­ści. To także odnowienie ufności w Bogu i siła do walki z pokusą zniechęcenia oraz trwogi przed śmiercią. To łaska odpusz­czenia grzechów, uzdrowienia duszy, a nieraz także i ciała.

Jeden z kapelanów szpitalnych opo­wiada: „Kiedyś przywieziono z wypadku studenta, lekarze orzekli, że stan jest kry­tyczny. Udzieliłem namaszczenia chorych. Łaska Jezusa tak zadziałała, że przyszło uzdrowienie. Ten człowiek dziś jest już mężem i ojcem. Parę osób mówiło mi, że w momencie nałożenia dłoni ma odczucie jakiegoś ciepła, często słyszę od chorych «doświadczyłem pokoju». Matka trójki dzieci, wykryto u niej guza na mózgu, była strasznie rozbita, że nawet leki na uspokojenie nie pomagały. Przyszła na Mszę z mężem, to była Msza w jej in­tencji, zaproponowałem jej sakrament namaszczenia chorych. Już po operacji powiedziała mi «po namaszczeniu wszedł we mnie taki pokój, że wszystko się uda»”. Pan Jezus nie uzdrowił wszystkich cho­rych, których spotkał. Uzdrowienia były znakiem tego, że Bóg jest Panem życia i śmierci człowieka. Sakramenty to znaki jedności, komunii z Bogiem. Sakrament chorych jest skuteczny niekoniecznie w tym sensie, że zawsze przynosi przy­wrócenie zdrowia. Jest zawsze znakiem mówiącym: „Jezus przychodzi teraz do ciebie, bierze za rękę, nie lękaj się, cokol­wiek się stanie”.

Góra Oliwna ludzi chorych

Jest jeszcze coś więcej. „Przez łaskę tego sakramentu chory otrzymuje siłę i dar głębszego zjednoczenia z męką Chrystusa. Jest on w pewien sposób konsekrowany” – czytamy w Katechizmie. Życie konse­krowane kojarzy się nam z klasztorem, z zakonnikami i zakonnicami. Okazuje się jednak, że jest jeszcze jedna nadzwyczajna forma „życia konsekrowanego” – to „za­kon” złożony z ludzi cierpiących. Być może to najliczniejszy zakon świata. Ileż osób do niego należy! Są w nim nowicjusze, którzy pierwszy raz otarli się o szpital. Są i tacy, którzy całe życie borykają się z cho­robą. Cierpienie samo w sobie jest czymś złym, może niszczyć człowieka nie tylko fizycznie, ale i duchowo, emocjonalnie. Kto jednak w chorobie potrafi zjednoczyć się z krzyżem Jezusa, ten zamienia swoje łoże boleści w ołtarz. Ludzkie cierpienia mogą zostać włączone w dzieło zbawienia i przemienić się w nieustającą modlitwę wstawienniczą. Sakrament chorych jest znakiem tej przemiany.

Benedykt XVI dzieli się ciekawym sko­jarzeniem. Pisze, że sakrament chorych w duchowy sposób jednoczy cierpiących z Getsemani (po hebrajsku Gat Szemanim to dosłownie „tłocznia oliwek”). Z Ogrój­cem wiążą się dwa wydarzenia w życiu Jezusa. Tam wśród drzew oliwnych modlił się pełen trwogi przed śmiercią i prosił o modlitwę swoich uczniów. Ta modlitwa dała mu umocnienie tak, że wziął na siebie krzyż, który przyniósł nam odkupienie. Drugi epizod to wniebowstąpienie 40 dni po zmartwychwstaniu. Papież senior ak­centuje skojarzenie Góry Oliwnej z olejem (wyrabianym z oliwek) używanym w sa­kramentach. „Podwójne misterium Góry Oliwnej jest również wiecznie żywe w sa­kramentalnych olejach Kościoła, olej jest znakiem dobroci Boga, która nas dotyka”.

Sakrament chorych jest także modli­twą Kościoła, który wstawia się do Boga za cierpiącymi siostrami i braćmi. Kościół to naczynia połączone, więc łaska działa także w drugą stronę. Kościół modli się za chorych, a chorzy modlą się za Kościół. „Chory ze swej strony przez łaskę tego sakramentu przyczynia się do uświęcenia Kościoła i do dobra wszystkich ludzi” – stwierdza Katechizm. Innymi słowy przez ten sakrament Kościół mówi choremu: „nie jesteś sam, należysz do nas, twoje cierpienie jest dla nas cenne”. Z kolei chory, gdy dzięki Bożej łasce cierpliwie znosi chorobę i ofiaruje Bogu swój ból, przyczynia się do budowania Kościoła, do jego uświęcenia. Kiedyś pewnie przekona­my się, jak wiele łask dla świata wyprosili chorzy.

Jeden z kapelanów szpitalnych wyzna­je: „Czuję się narzędziem w ręku Pana Je­zusa. To On działa i chce, aby się nad Jego chorą siostrą lub bratem pomodlić i udzie­lić łaski, którą specjalnie dla nich prze­znaczył. Pamiętam Pawła, który w wieku 22 lat umierał na raka kości. Powtarzał «będę walczyć». Cierpienie zaciemniało mu wiarę, a on tak kochał Jezusa, że chciał wytrwać przy Nim do końca. Nie walczył o to, by pokonać cierpienie, tylko o to, by być do końca przy Bogu. To świadectwo mną mocno wstrząsnęło. Praca w szpitalu to jest dla mnie wielka lekcja, za którą jestem wdzięczny Bogu”.

Namaszczeni, czyli Chrystusowi

Wracając do kwestii: namaszczanie chorych czy ostatnie namaszczenie? Pa­miętajmy, że „ostatnie namaszczenie” to nie była jakaś ludowa nazwa. To była ofi­cjalna nazwa sakramentu. Nie można mó­wić, że Kościół przez wieki się mylił w tej kwestii. Soborowa odnowa Kościoła słusz­nie upomniała się o to, by nie traktować namaszczenia chorych jako sakramentu, który przyjmuje się tuż przed śmiercią, gdy chory w agonii bywa nieprzytomny. Jednak określenie „ostatnie namaszczenie” miało głęboki teologiczny sens, którego nie można przekreślić. Namaszczenie jest sakramentem wszystkich chorych. Za­równo tych, którzy wrócą do zdrowia, jak i tych, których choroba pozbawi docze­snego życia. I jednym i drugim ten sa­krament obiecuje salus (czyli życie, zdro­wie, zbawienie, ratunek) w najgłębszym sensie tego słowa. Nie możemy udawać, że nie ma śmierci i że liczy się tylko to, bym był zdrowy. To nie jest spojrzenie na życie człowie­ka wierzącego. To nie zdrowie jest najważniejsze. Miłość, wiara, nadzieja i zbawienie są o wiele ważniejsze, niż zdrowie ciała. Sakrament namaszczenia o tym przypomina i umacnia nas na drogę do chwały nieba. Niezależnie od tego, czy zostało mi tylko pięć minut, pół roku czy 50 lat życia.

Katechizm wyraźnie przypomina, że sakrament chorych pozostaje nadal sakramentem umierających. „Jeśli sakra­ment namaszczenia chorych udzielany jest wszystkim, którzy cierpią z powodu ciężkiej choroby i niedołęstwa, to tym bar­dziej jest on przeznaczony dla tych, którzy zbliżają się do kresu życia (…). Namasz­czenie chorych dopełnia rozpoczęte przez chrzest dzieło naszego upodobnienia się do misterium śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Jest ono ostatnie w szeregu świętych namaszczeń, które wyznaczają etapy życia chrześcijanina: namaszcze­nie przy chrzcie wycisnęło na nas pie­częć nowego życia; namaszczenie przy bierzmowaniu umocniło nas do życiowej walki. To ostatnie namaszczenie otacza koniec naszego ziemskiego życia jakby ochroną, zabezpieczającą nas na ostatnią walkę przed wejściem do domu Ojca”.

To oczywiście nie oznacza, że należy zwlekać z przyjęciem tego sakramentu aż do agonii. Przeciwnie, należy go przyj­mować na początku choroby. Prawdzi­wym ostatnim sakramentem powinien być wiatyk, czyli Komunia święta przyjęta na drogę do Wieczności. Nazwa wiatyk pochodzi od łacińskiego via – droga. „Eucharystia – zwłaszcza jako wiatyk – jest, zgodnie z de­finicją św. Ignacego z Antiochii, «lekarstwem nieśmiertelności, antidotum na śmierć», sakra­mentem przejścia ze śmierci do życia, z tego świata do Ojca, który czeka na wszystkich w nie­bieskiej Jerozolimie” – podkreśla Bene­dykt XVI.

Papież Franciszek mówi często o tzw. rewolucji czułości. Udzielanie namaszcze­nia chorym, przypominanie o jego zna­czeniu i zachęcanie do przyjmowania to głoszenie czułości Boga. I jej okazywanie w najtrudniejszych momentach życia. Tyl­ko w łączności z krzyżem Jezusa cierpienie jest do udźwignięcia. Słowo „Chrystus” znaczy dosłownie „namaszczony”. Kiedy cierpimy i umieramy, możemy stać się podobni do Chrystusa. Namaszczeni, aby tak jak On ze śmierci przejść do życia, od krzyża do zmartwychwstania.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Autorzy tekstów, pozostali Autorzy, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2019nr02, Z cyklu:, Modlitwy czas, Teksty polecane

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
28 29 30 1 2 3 4
14 15 16 17 18
19 20 22 23 24 25
26 27 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
Dzisiaj: 19.05.2019