Pełen światła – Święty Charbel Makhlouf

Po pogrzebie Charbela miało miejsce niezwykłe zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, utrzymująca się przez wiele tygodni.

zdjęcie: WWW.FREECHRISTIMAGES.ORG

Oprac. Danuta Dajmund

2018-09-07

Niedawno w ramach cyklu spo­tkań o wierze organizowanych w Centrum Afirmacji Życia przy chorzowskim hospicjum miałam przy­jemność uczestniczyć w spotkaniu z dr. hab. Aleksandrem Bańką. Podzielił się on swoją fascynacją: postacią i duchowością św. Charbela. Wcześniej nie tylko prze­śledził dostępną na jego temat literaturę, ale osobiście odwiedził Liban i miejsca związane z kultem tego coraz bardziej popularnego w Polsce, choć ciągle nie­co dla nas egzotycznego świętego. Pan Aleksander poznał także ludzi, na życiu których ten dziewiętnastowieczny eremi­ta odcisnął niezatarte piętno, a efektem jego osobistych doświadczeń i badań jest książka, którą właśnie pisze.

Święty Charbel Makhlouf z każdym rokiem zdobywa coraz większą popu­larność. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że uznawany jest za orędownika ludzi chorych, w tym cierpiących na choroby o podłożu nowotworowym. Nie tylko z powodu nieprawdopodobnej liczby 20 tysięcy udokumentowanych cudów, jakie Bóg sprawił za jego pośrednictwem. Co paradoksalne, zdobywa zaintereso­wanie współczesnego świata również ze względu na swą niezwykłą duchowość, kontrastującą z konsumpcyjnym stylem życia. Mówi się o nim, że jest Ojcem Pio chrześcijańskiego Wschodu. Włoskiego zakonnika przypomina nie tylko z po­wodu potężnej skali zjawisk nadprzyro­dzonych, ale także ze względu na ruch, który się wokół jego postaci wytworzył. Choć św. Charbel pozostawił po sobie tylko kilka udokumentowanych faktów biograficznych i zaledwie 5 potwierdzo­nych zdań, które wypowiedział, a źródłem pozostałej wiedzy są świadectwa czy opisy pochodzące z tzw. drugiej ręki, to miejsca związane z jego osobą, każdego roku gro­madzą kilkaset tysięcy ludzi, którzy coraz lepiej rozumieją, kochają i podziwiają jego duchowość.

Duchowość św. Charbela

Jednak tę duchowość wczesnochrze­ścijańskiej ascetyki u progu XX wieku każ­dy musi odkryć na swój własny sposób. Fascynacja pana Aleksandra rozpoczęła się 4 lata temu, gdy coraz częściej stawa­ło mu przed oczami charakterystyczne oblicze św. Charbela – twarz ze zdjęcia, które pozwolił sobie zrobić dopiero 50 lat po… swojej śmierci. Co ciekawe, nie istnieje żadna inna fotografia świętego wykonana za jego życia ani nawet tzw. wi­zerunek grobowy. Zdjęcie to pochodzi z 8 maja 1950 roku, kiedy klasztor w Annaya odwiedziła grupa 5 mnichów maronic­kich. Postanowili oni zrobić sobie zdjęcie na tle klasztoru, a po wywołaniu zdjęć okazało się, że na fotografii jest postać szóstego, nieznanego im mnicha. W jego uwiecznionym na zdjęciu wizerunku jeden z najstarszych mnichów klasztoru w An­naya rozpoznał twarz zmarłego dawno temu ojca Charbela. Ta twarz – surowa, ascetyczna, ale też pełna duchowej głębi, ciepła i dobroci – zachęciła pana Aleksan­dra do poszukiwań. Najpierw, jak wszyscy, zetknął się ze świadectwami o cudownych zdarzeniach, które zaczęły mieć miejsce po śmierci Charbela. Kiedy lepiej poznał styl jego życia, otwarły się przed nim drzwi do wielkiej przygody odkrywania fascy­nującej osoby, która jest dziś czytelnym znakiem dla świata.

Aby zrozumieć duchowość św. Char­bela należy poznać jej źródła i uwarun­kowania. W duchowości tej spotykają się wczesnochrześcijańska egipska ducho­wość ojców pustyni i wczesnosyryjska ascetyka chrześcijan z przełomu IV i V wieku, z której wywodzi się duchowość św. Marona, a więc i maronitów (św. Charbel był maronitą). Trzeba pamiętać, że ma­ronici to – jeśli można tak powiedzieć – najbardziej „katoliccy katolicy” obrząd­ku wschodniego. Przez wieki zachowali pełną wierność Kościołowi i papieżowi. To Kościół apostolski, wywodzący się z Sy­rii i Antiochii, skąd jego wierni musieli później uciekać przed prześladowaniami islamskimi. Przez sześć wieków, aż do mo­mentu przybycia krzyżowców, ukrywali się w niedostępnej i skalistej Świętej Dolinie Wadi Kadisza. Z tej tradycji wywodzi się też św. Charbel. Potwierdza to fakt, że wśród kilku książek, które posiadał, zna­lazł się zarówno „Żywot św. Antoniego Pustelnika” czyli klasyczne dzieło ducho­wości ojców pustyni, jak i „O naśladowaniu Chrystusa”. Tak więc w osobie św. Charbela u progu XX wieku spotkały się trzy źródła: duchowość syryjska, duchowość egipska i ascetyka Kościoła zachodniego.

Mistrz ascezy

Ostatnie 23 lata życia Charbel spędził jako eremita w pustelni, w Annaya. To góra o dwóch szczytach. Na jednym znajduje się klasztor św. Marona, a na drugim, na wysokości 1358 m n.p.m. w odległości 20 minut drogi, położony jest erem św. św. Piotra i Pawła. To tam żył Charbel według bardzo surowej reguły św. Antoniego. Zna­ny z tego, iż regułę traktował jako wolę samego Boga nazywany bywał „wcieloną regułą”. Charakteryzowała go całkowita uległość i radykalne posłuszeństwo, które okazywał nawet nowicjuszom z pobliskie­go klasztoru. Takie aspekty duchowości jak rozważanie Słowa Bożego, Różaniec, liturgia godzin, kontemplacja czyli wy­ciszenie zmysłów i modlitwa serca były dla niego czymś zupełnie naturalnym. Żył bardzo skromnie i ubogo. Jadł jeden, złożony z warzyw, posiłek dziennie, zwy­kle wyskrobując przypalone lub rozgo­towane resztki pozostałe po innych. Nie przerywał pracy, póki nie zawołano go na posiłek, a gdy o tym zapomniano – po prostu nie jadł. Choć często pracował w winnicach przez całe swoje życie nie skosztował ani jednego winogrona. Sy­piał najwyżej 5 godzin na zwykłej desce okrytej derką i wstawał w środku nocy, aby dobrze przygotować się do porannej Eucharystii. Dosłownie traktował każde polecenie, nawet żarty. Gdy kazano mu iść po drewno do lasu odległego o 6 km, to szedł. Nosił na ciele metalowy pas i włosiennicę oraz jeden zgrzebny habit. Zwykle prosił o najgorszy. Nie używał skarpet ani innych udogodnień. A trze­ba pamiętać, że żył w położonej wysoko, nieogrzewanej pustelni, gdzie zimą jest bardzo zimno i pada śnieg, zaś latem pa­nują nieznośne upały. Do tego dochodziła nieustanna modlitwa, oraz liczne surowe posty i umartwienia, które podejmował jako pokutę za grzechy innych, w tym za grzechy prześladowców maronitów. Wszak za życia Charbela miały miejsce wielkie rzezie, których na maronitach dopuścili się druzi i muzułmanie.

Mimo iż bardzo inteligentny, Char­bel niewiele mówił, używając tylko pro­stych sformułowań natomiast chętnie słuchał poleceń. Unikał kontaktu nawet z najbliższymi krewnymi. Kiedy jeszcze przed ślubami wieczystymi odwiedziła go matka, Charbel bardzo dosłownie traktu­jący wszelkie zalecenia reguły, odmówił zobaczenia się z nią. Dopiero na wyraźne życzenie przełożonego spotkał się z mat­ką, ale przez drzwi. Gdy ta płacząc, pytała: „Józefie czemu nie chcesz mnie widzieć?”, odparł: „Nie jestem już Józefem, jestem brat Charbel. Jak Bóg da zobaczymy się w niebie”. Kolejne ze swych nielicznych słów skierował do kuzynki, która chciała by zdecydował, co ma zrobić z należną mu częścią majątku. Odparł wówczas, że zmarłemu pieniądze się nie należą, a on umarł dla świata.

Światło i cudowny płyn

16 grudnia 1898 roku, podczas spra­wowania Eucharystii 70-letni wówczas Charbel doznał udaru i po trwającej osiem dni agonii, zmarł w wigilię Bożego Narodzenia. Trzeba było przekopać się przez śnieżne zaspy, aby ciało zmarłego owinięte w całun przenieść do klasztoru i tam – jak wcześniej innych zmarłych mnichów – pogrzebać na desce, w zbioro­wej mogile przy ścianie klasztoru. Po po­grzebie Charbela miało miejsce niezwykłe zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się jasna poświata, utrzymująca się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przychodzić co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Wykluczone było jakiekolwiek sztuczne oświetlenie miejsca spoczynku Charbela. Liban w tym czasie nie był zelektryfi­kowany, a światło było tak silne, że owa łuna nad grobem Charbela była stale widoczna.

Po potwierdzeniu się tych doniesień ciało Charbela wydobyto z grobu. Okazało się, że zachowało wszystkie właściwości żywego ciała łącznie z temperaturą, pod­czas gdy wszystko, łącznie z trzonkiem łopaty, którą niechcący zostawiono w gro­bie podczas pogrzebu było przegnite. Obmyto więc ciało pustelnika, osuszono i ponownie złożono w grobie. Ale sytuacja powtórzyła się. Po pewnym czasie znów je wydobyto, obmyto i osuszono, ale tym razem okazało się, że ciało zaczyna wy­dzielać jakiś surowiczy płyn z domieszką krwi o miłym, jakby lekko perfumowym zapachu. Tym razem zwłoki zawinięto w całun i w drewnianej trumnie złożono w przyklasztornej kaplicy. Tymczasem cia­ło Charbela codziennie wydzielało kilka litrów surowiczego płynu, więc trumna zaczęła przesiąkać i w końcu gnić. Cia­ło jednak pozostało elastyczne, jak ciało śpiącego człowieka. Zakonnicy różnie próbowali sobie radzić z tym „kłopotem”. Wycinali po kolei wszystkie wnętrzności, choć były w nienaruszonym stanie. Ob­kładali nogi zmarłego wapnem, a kiedy i to nie pomogło przez 20 lat codziennie wystawiali ciało na dach, aby osuszał je ciepły południowy wiatr. Ale i to nic nie dało. Po 27 latach ciało zostało umieszczo­ne w metalowej trumnie i zamurowane w kościelnej kaplicy, gdzie przebywało do 1950 roku, kiedy to na ścianie poja­wiła się plama. Okazało się, że metalo­wa trumna zardzewiała, a przez liczne dziury przesiąka płyn, który przesącza się również przez mur. Ciało zanurzone w surowiczym płynie nadal pozostawało nienaruszone i ciepłe. Wyliczono, że do czasu beatyfikacji w 1965 roku, kiedy to niewytłumaczalne zjawisko ustąpiło, ciało wydzieliło 30 tysięcy litrów płynu.

Przypadek Nouhad Al-Chami

Przy ciele Charbela jeszcze liczniej niż dotąd zaczęli gromadzić się ludzie. Zwięk­szyła się też liczba rozmaitych cudownych znaków. Prawdziwy „wysyp” cudów miał miejsce w 1950 roku. Codziennie liczono po kilka uzdrowień z rozmaitych chorób, w tym z nowotworów czy paraliżu. Uzdro­wień doznawali chrześcijanie, ale także druzowie czy muzułmanie. Od 1950 roku do Annaya zaczęły przybywać potężne pielgrzymki. To także wtedy miał miejsce ów niezwykły znak z wizerunkiem Char­bela na fotografii. Fotografię wykorzystano później jako portret beatyfikacyjny i ka­nonizacyjny (kanonizacja miała miejsce w 1977 roku). W 1965 roku, po beatyfi­kacji, ciało Charbela nie tylko przestało wydzielać surowiczy płyn, ale zaczęło się też kurczyć. Jednak Charbel nie przestał działać. Nie tylko dochodziło do kolejnych uzdrowień i innych znaków, ale i on sam pojawiał się w różnych częściach świata i u różnych ludzi, którzy modląc się do nie­go doświadczali jego obecności w wizjach.

Takim żywym przykładem obecności i działania Charbela jest pewna matka kil­korga dzieci o imieniu Nouhad Al-Chami. 20 lat temu zdiagnozowano u niej wiel­kie zatory żylne, w wyniku których cały układ krążeniowy stawał się niedrożny. Lekarze odmówili ryzykownej operacji. Sparaliżowana, cierpiąca, leżąc właści­wie w agonii wiele razy modliła się do św. Charbela z prośbą o ratunek, a potem już tylko o śmierć. Pewnej nocy obudziła się i zobaczyła obok siebie dwóch mnichów. Jednym z nich, jak później zrozumiała, był św. Maron – żyjący w V wieku założyciel maronitów, a drugim jego duchowy syn św. Charbel, który poprosił, aby leżała spokojnie, ponieważ właśnie ją operuje. Potem włożył ręce w jej szyję i robił coś, czego nie rozumiała. Czuła ból, ale nie krzyczała. Straciła przytomność, a kiedy ją odzyskała, stwierdziła, że może się po­ruszać, jej krążenie jest normalne, a ból głowy całkowicie ustąpił. Podszedłszy do lustra, zobaczyła na swojej szyi dwie zszyte dratwą blizny ze śladami sączącej się jeszcze krwi. Kiedy mąż ją zobaczył krzyknął przerażony, nie rozumiejąc, co się dzieje. Uspokoiła go mówiąc, że czuje się dobrze. Musiała jeszcze spełnić prośbę Charbela. Nim ją zostawił, oznajmił jej, że będzie chodzącym znakiem i prosił, by w klasztorze w Annaya 22. dnia każdego miesiąca odbywało się nabożeństwo ku jego czci. I odtąd takie nabożeństwa z pro­cesją do grobu św. Charbela stale się tam odbywają, zaś blizny Nouhad Al-Chami tego dnia otwierają się i krwawią.

Przypadek Raymonda

Inny niezwykły znak św. Charbela do­tyczy życia Raymonda Nadera, maronity, który jest obecnie dyrektorem najwięk­szej chrześcijańskiej stacji telewizyjnej na Bliskim Wschodzie.

Dziadek Raymonda był kapłanem die­cezjalnym (u maronitów księżmi mogą zostać żonaci mężczyźni). Jako dziecko Raymond widywał dziadka, jak razem z babcią przygotowują opłatki, czyli chleb do konsekracji. Wiedział czym zajmuje się jego tata, który był stolarzem, wiedział, co robi jego wujek-fryzjer, bo widział efekty ich pracy. Natomiast nie wiedział, czym zajmuje się dziadek, choć pomagał mu w wypieku opłatków. Te opłatki często zjadał całymi garściami, a potem widział dziadka robiącego z nimi „coś dziwnego”. Widział też, jak ludzie pojedynczo pod­chodzą i przyjmują po jednym opłatku z nabożną czcią. Gdy pytał dziadka, co się zmieniło i dlaczego teraz jest inaczej, ten odpowiadał, że teraz, jako kapłan, sprowa­dził do niego Żywego Boga i Jego Miłość. Raymond nie rozumiał jak to się dzieje, ale dziadek zapewniał, że jak będzie starszy, to zrozumie. Najpierw Raymond próbował zrozumieć to jako naukowiec. W tym celu podjął studia z zakresu inżynie­rii elektrycznej, a potem opuścił Liban i wyjechał do Anglii, gdzie ukończył studia z zakresu inżynie­rii molekularnej, chcąc zrozumieć Boga i strukturę wszechświata w oparciu o badania fizyki ato­mowej. Jego pytania nasiliły się, kiedy był uczestnikiem wojny. Jako żoł­nierz widział ginących przyjaciół i zadawał sobie pytania o ich los, o to, co dzieje się z nimi po śmierci. Ale i to doświadcze­nie nie przybliżyło go do tajemnicy życia. Postanowił więc, że poszuka odpowiedzi w Biblii. Po powrocie do Libanu ożenił się i przez 10 lat, co wieczór, jeździł do Annaya, by przez kilka godzin modlić się przy grobie Charbela. A że Charbel dla maronitów w Libanie jest przewodnikiem duchowym, który wskazuje im Boga, Ray­mond obiecał sobie, że będzie prosił Char­bela o odpowiedź na dręczące go pytania. Po 10 latach, w 1997 roku w wigilię swoich urodzin, jak zwykle udał się do Annaya, aby się modlić. Uklęknął i rozłożył na ziemi 5 świeczek. Był listopad, było zimno i wiał wiatr. Ubrany w kurtkę, modlił się nad otwartym Słowem Bożym, które usiłował czytać przy blasku świec. Była godzina 22.00. W pewnym momencie zerwał się bardzo silny, ale ciepły wiatr. Tak ciepły, że Raymond musiał zdjąć nie tylko kurtkę, ale i sweter, co jest niespotykane o tej porze roku. Nagle z przerażeniem zauważył, że płomyki świec pozostają nieruchome, choć wszystko wokół wiruje na wietrze. Jako naukowiec wiedział, czym są halucynacje i zaburzenia pracy mózgu, dlatego chciał sprawdzić, czy przypadkiem im nie uległ. Próbując dotknąć płomienia świecy, nagle znalazł się gdzie indziej. Wszystko zniknęło. Widział tylko światło i zaczął słyszeć w sobie głos, a jed­nocześnie miał doświadczenie tak głębokiej miłości i bliskości, jakiej nigdy dotąd nie czuł. Pytał co się z nim dzieje i usłyszał odpowiedź: „Jestem tym, którego cały czas szukasz”. Najpierw pomyślał, że chyba stracił świadomość, ale natychmiast usły­szał odpowiedź: „Nigdy nie byłeś bardziej świadomy niż teraz”. To doświadczenie bliskości, miłości i obecności Bożej było tak silne, że pragnął w tym stanie pozo­stać. Zadawał wiele pytań i na wszystkie w swoim wnętrzu usłyszał odpowiedź. Były to pytania stawiane bez przemyśle­nia. Na przykład na pytanie „Kim jesteś?” usłyszał: „Jestem Miłością w tobie”.

Dziś Raymond nie ma już żadnej wąt­pliwości czym było tamto doświadczenie, ponieważ powtarza się ono od lat dwa razy w roku. Ale wtedy, gdy się skończyło, zobaczył, że jest tam gdzie był, że świecz­ki się wypaliły, a on dygocze z zimna. Zorientował się, że minęły 4 godziny. Szybko się ubrał i zaczął schodzić w dół, w kierunku klasztoru Annaya. Gdy prze­chodził obok klasztornej bramy, poczuł na swoim ramieniu silny, jakby piekący dotyk, ale nie zwracał na to uwagi. Wsiadł do samochodu. Gdy później zdjął ubranie, chcąc sprawdzić czy coś go nie ugryzło, zobaczył na ramieniu wypalony odcisk pięciu palców. Pomyślał, że oszalał. Z jed­nej strony to krwistoczerwone znamię, z drugiej doświadczenie radości, niemal ekstazy, które niósł w sobie. Żona, gdy zobaczyła jego zmienioną, jakby jaśnie­jącą twarz, dopytywała, co się stało. Zdjął marynarkę, a jej pełna przerażenia reakcja upewniła go, że nie ma żadnych omamów.

Po całej procedurze przewidzianej w takich wypadkach, począwszy od wi­zyty u biskupa poprzez psychologów, psy­chiatrów, innych lekarzy, a na egzorcyście i wizycie u Patriarchy kończąc, uznano, że przypadek Raymonda jest fenomenem nadprzyrodzonym. 22 dnia najbliższego miesiąca Raymond udał się do Annaya, by uczestniczyć w comiesięcznej proce­sji. Szedł na jej końcu. Nagle spostrzegł idącego obok mnicha i w jednej chwili wszystko znów zniknęło. Wówczas św. Charbel po raz pierwszy przekazał mu orędzie. Do dziś jest ich już 36. 19 z nich Patriarcha uznał jako objawienia pry­watne i zostały opublikowane, czterech w ogóle nie ujawniono, gdyż – jak twierdzi Raymond – ich treść mogłaby utrudnić sytuację chrześcijan na Wschodzie, zaś o czasie ujawnienia pozostałych orędzi zadecyduje Patriarcha.

I tak Charbel, który przez całe swoje zakonne życie wypowiedział zaledwie kilka zdań, dziś, po latach które upłynęły od jego śmierci, przemawia do współcze­snego świata za pomocą orędzi. A Ray­mond, człowiek niezwykle twardo stą­pający po ziemi, naukowiec bez cienia egzaltacji i bardzo sceptycznie nastawiony do wszelkich cudownych zjawisk a za­razem posłuszny syn Kościoła, jest dziś żywym znakiem Miłości Boga i działa­nia św. Charbela w świecie. Pamiątka ich spotkania – znamię na ramieniu – choć przez cały rok widoczne, ale blade, w dniu objawienia staje się krwistoczerwone, jak po oparzeniu, a mimo to nie boli.

Święty Charbel i dla nas jest znakiem poprzez który Bóg dopomina się o powrót do duchowej przejrzystości, do modlitwy serca, do skupienia, wyciszenia zmysłów, do minimalizowania hałasu, do większej uważności wobec Boga i Jego słowa, do umiłowania Eucharystii. Jest również wiel­kim patronem chorych, którym wyprasza u Boga dar wewnętrznego i fizycznego uzdrowienia. Warto więc z wiarą prosić Boga przez wstawiennictwo św. Charbela o umocnienie na czas choroby, o pokój serca, a także – jeśli taka jest Jego wola – o dar uzdrowienia fizycznego.


Opracowano na podstawie wykładu dr. hab. Aleksandra Bańki pt. „Święty Charbel i wiara chrześcijan w Libanie”, wygłoszonego w Centrum Afirmacji Życia przy Hospicjum w Chorzowie, w ramach cyklu o wierze, 15 grudnia 2017 roku.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Autorzy tekstów, Dajmund Danuta, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2018nr2, Teksty polecane

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
28 29 30 1 2 3 4
14 15 16 17 18
19 20 22 23 24 25
26 27 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
Dzisiaj: 19.05.2019