Podziemne cuda

Galeria świętych i błogosławionych w Lourdes to niewątpliwie fenomen! Znajduje się w ogromnej podziemnej bazylice – budowli w kształcie odwróconej łodzi – którą konsekrował 25 marca 1958 roku, w Uroczystość Zwiastowania i w 100. rocznicę objawień w Lourdes, kardynał Roncalli, przyszły papież Jan XXIII. Ponad stu patronów czeka na pielgrzymów, by uczyć ich dobrego, świętego życia i wskazywać drogę ku Niebu. Można wybierać bliskich sercu orędowników!

zdjęcie: Maria Frąckowiak

Dobromiła Salik

2017-07-14

Kiedy znalazłam się przed laty w Lourdes, to, co najważniejsze dla mnie, dokonało się w podziemnej bazylice Piusa X. Ten ogromny kościół pozostał w mojej pamięci jako symbol niezapomnianej – choć upłynęło już tyle czasu – pielgrzymki. Teraz, gdy po ćwierćwieczu przygotowuję się do pielgrzymowania do Maryi Fatimskiej i zadaję Panu Bogu pytanie: „Po co mnie tam wysyłasz?”, siłą rzeczy wracam do przeżyć z Lourdes. I stwierdzam, po raz kolejny, że nie ma przypadków w życiu duchowym. Że „przypadek to coś, co przypada od Pana Boga”, jak mawiał pewien kapłan.

Teresa i zaufanie

Przed 25 laty byłam zafascynowana św. Teresą od Dzieciątka Jezus. Podczas pielgrzymki byłam świeżo po lekturze „Dziejów duszy”. W ostatnim dniu pobytu w Lourdes, wcześnie rano, wybrałam się do bazyliki św. Piusa X, by pomodlić się jeszcze przed Najświętszym Sakramentem. Nie wiedząc, gdzie się znajduje, szukałam wzrokiem charakterystycznej lampki. Wreszcie w oddali zobaczyłam światło i zaczęłam iść w jego kierunku. Gdy dotarłam do kaplicy, okazało się, że nie ma tam tabernakulum, za to czekała w tym miejscu na mnie właśnie „moja święta”. Modląc się przed jej dużą fotografią, dziękowałam za ten delikatny znak na mojej pielgrzymkowej drodze.

Drugi „znak” czekał mnie podczas Mszy świętej międzynarodowej. Był jeszcze bardziej duchowy i… niełatwy. Przeżywałam tę Eucharystię w radości czy wręcz uniesieniu, jednak tuż przed przyjęciem Komunii poczułam w duszy całkowitą ciemność i lęk – jakby niewidzialna zasłona opadła ma moje dotychczasowe odczucia i w jednej chwili doświadczyłam przejmującego, nie do wytłumaczenia niepokoju. Wiedziałam jedno – że niezależnie od wszystkiego muszę ufać; ufać bezgranicznie. Ten stan utrzymywał się przez kilka kolejnych godzin, w czasie których odprawiliśmy drogę krzyżową. Jak nigdy dotąd rozumiałam cierpienie Jezusa – nie tyle fizyczne, co duchowe. To były bardzo trudne godziny mojej „nocy”. Gdy zaczęliśmy schodzić z lourdzkiej kalwarii, w jednym momencie ten dziwny wewnętrzny ból zniknął. Po tym doświadczeniu oczyszczenia i wyzwolenia zrozumiałam, że ta próba miała mnie nauczyć totalnego zaufania.

Nigdy nie zapomniałam tego dnia. Stał się centralnym punktem całej pielgrzymki, a może nawet całego mojego życia... Wracam teraz do niego myślą również w kontekście tajemnicy Świętych Obcowania. Wtedy, przed 25 laty, w podziemnej bazylice, polecałam swoje sprawy świętej karmelitance z Lisieux. Przez wiele lat pielgrzymi przybywający do Lourdes modlili się w bazylice św. Piusa X przed wizerunkiem jednej tylko patronki – św. Teresy. To ważna dla nich osoba – ważna dla każdego chorego i każdego w jakikolwiek sposób zbolałego człowieka. Uczy podarowywać Bogu małe i wielkie cierpienia, rzucać Mu „kwiaty małych ofiar”. Wielka święta od „wielkich chorób”, ale także od „małych rzeczy” i „małej drogi”. I od całkowitej ufności.

Jedna święta to za mało

Ktoś musiał jednak zauważyć w Lourdes, że jedna święta to za mało! Ze względu na specyficzną konstrukcję bazyliki nie jest możliwe wykonywanie malowideł ani zawieszanie czegokolwiek na jej betonowych ścianach. Tak powstał niesamowity pomysł, by tę olbrzymią świątynię przyozdobić wielkimi wizerunkami świętych, zawieszonymi wokół całej bazyliki na żelaznym drucie. Ciekawostką jest to, że fotokopie spełniają też funkcję praktyczną: materiał, z którego są wykonane, odbija fale dźwiękowe i w ten sposób poprawia akustykę bazyliki.

Każda z fotokopii ma wysokość 3,85 metra i szerokość 2,60 metra. Są tam święci i błogosławieni wszystkich epok: apostołowie, męczennicy, wyznawcy; od postaci ze Starego Testamentu, aż po świętych wyniesionych na ołtarze w ostatnim czasie.

Organizatorzy pielgrzymek do Lourdes mogą zwracać się do Sanktuarium z prośbą o umieszczenie proponowanego przez nich świętego. W ten sposób „galeria” wciąż się odnawia. Niektóre z wizerunków są zdejmowane, a inne przybywają. Obecnie galeria świętych i błogosławionych liczy ponad 100 patronów.

Myślę, że dzięki obecności tylu wizerunków wspaniałych i tak różnych świętych i błogosławionych osoby modlące się w podziemnej bazylice w Lourdes mogą doświadczyć wielu łask, a może także małych i większych cudów. Święta Teresa czy św. Faustyna obiecywały, że będą działały po śmierci. Nie tylko możemy, ale powinniśmy wierzyć we wstawiennictwo tych, którzy już dotarli do niebieskiej ojczyzny. I modlić się za ich wstawiennictwem – oczywiście nie tylko na pielgrzymkowych szlakach, ale także wszędzie tam, gdzie jesteśmy – wchodząc do swojej modlitewnej „izdebki”.

Szczęściarz – jeden z wielu

Kim jest święty? To „ktoś taki jak ja, tylko już umarł i udało mu się pozostać wiernym. A więc szczęściarz”. Oto moja prywatna definicja, może trochę prawdziwa...

Dla nas chrześcijan świadomość duchowej łączności z tymi, którzy odeszli i żyją w Bogu, powinna być bardzo ważna. Spośród setki świętych każdy może wybrać kogoś dla siebie. Ja opowiem krótko o kilku epizodach duchowej drogi jednego ze „szczęściarzy” z lourdzkiej bazyliki.

Święty Eugeniusz de Mazenod (1782– 1861), Francuz, założyciel Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej, tak modlił się przed przyjęciem święceń biskupich: „Dopomóż mi Panie i daj mi czas, natomiast ja zrobię wszystko, aby stać się takim, jakim mnie pragniesz”. A później, już jako biskup, pisał: „Naprawdę trzeba, by moja dusza na nowo się zahartowała. Bóg daje mi okazję, bo nakłada na mnie wielki obowiązek, którego nie będę mógł właściwie wypełnić, jak tylko wtedy, gdy będę kroczył śladami świętych”.

Każdy z nas ma „nałożony wielki obowiązek”. Taki czy inny, jednak zawsze ważny – jeśli nie dla wielkich rzesz, to dla najbliższego otoczenia, a także dla samego siebie: by się uświęcić. „Mój wielki obowiązek” może być chorobą lub innym cierpieniem – psychicznym lub duchowym. Jest dźwiganiem codziennego krzyża – nieefektownym, uciążliwym albo i niemal przekraczającym siły. Na tej drodze pomoce są niezbędne.

Pomoce ludzkie… Szukamy ich. Mamy do tego prawo, zwykle „słuszne prawo”. Ale przychodzi taki moment, wcześniej czy później, że te „ludzkie podpórki”: miłość rodziny, pomoc przyjaciół i słowa pocieszenia z ich strony już nie wystarczają. Pozostaje moc płynąca z sakramentów i świadomość, że inni przeszli podobną drogę. Niezupełnie taką jak nasza, ale zbliżoną. „Wiecie, że te same cierpienia ponoszą wasi bracia na świecie. A Bóg wszelkiej łaski, Ten, który was powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen” – czytamy w 1 Liście św. Piotra (1P 5, 9b-11).

Tak Bóg udoskonalił, utwierdził, umocnił i ugruntował założyciela oblatów, który również dziś wskazuje drogę wielu i którego „warto poznać”. Jeden z jego współbraci pisał: „Biografia św. Eugeniusza ma w sobie coś z zacisza Prowansji, a zarazem zgiełku dziewiętnastowiecznego świata, w którym wiara w Boga przestawała być oczywista i wymagała coraz bardziej świadomych wyborów. Właśnie z tej perspektywy ów, wydawałoby się, tylko jeden z wielu wyniesionych na ołtarze jawi się jako zaskakująco aktualny po dziś dzień święty, którego warto poznać”.

Niebieski patent

Dla Pawła VI o. Eugeniusz był „pasjonatem Jezusa Chrystusa, bezwarunkowo oddanym Kościołowi”. Kanonizował go w 1995 r. Jan Paweł II. Krótko po uroczystości, w rozmowie z ówczesnym generałem zgromadzenia oblatów, papież powiedział: „Chciałbym w moim życiu dokonać tego, czego on dokonał w tamtych czasach”. I dodał, że wybrał św. Eugeniusza na osobistego patrona nowej ewangelizacji, a jego relikwie umieścił w swojej prywatnej kaplicy.

Najbardziej właściwy model życia apostolskiego – czyli jak dzisiaj powiedzielibyśmy nowej ewangelizacji właśnie – o. de Mazenod odkrył w Maryi Niepokalanej, która stała się Patronką nowego zgromadzenia. Zapewne wszyscy Jej czciciele – zdrowi i chorzy, duchowni i świeccy – mogą wziąć sobie do serca maryjność św. Eugeniusza i „sposoby”, jakie proponował, by wykorzystać w pełni Jej orędownictwo. Założyciel zachęcał swoich synów duchowych, by wszelkie problemy „składali w ręce Maryi”; wahających się w powołaniu wysyłał do sanktuarium maryjnego, mówiąc: „To ostatni środek, jakiego używam, by Cię uratować. Żyj tam z prawym sercem i gorliwie wzywaj tej potężnej Opiekunki”. W trudnościach odkrył, że Maryja jest „niebieskim patentem”, ostatnią deską ratunku. Tak radził: „Odnówmy się zwłaszcza w nabożeństwie do Najświętszej Dziewicy, aby się stać godnymi tego, żeby być Oblatami Maryi Niepokalanej. Przecież to patent do nieba! Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym wcześniej?”.

W przedmowie do Konstytucji i Reguł o. de Mazenod pytał: „Jak zatem mają postąpić ludzie, którzy pragną pójść śladami Jezusa Chrystusa, swego Boskiego Mistrza, aby odzyskać dla Niego liczne rzesze, które zrzuciły Jego jarzmo? Muszą rzetelnie pracować, aby stać się świętymi. Muszą iść odważnie tymi samymi drogami, po których przeszło tylu pracowników ewangelicznych…”.

Apostolskiej drodze świętego towarzyszyły – jak to często, a raczej… zawsze bywa – różnorakie cierpienia i trudności. Pierwszym dotkliwym cierpieniem przyszłego założyciela zgromadzenia oblatów był rozpad jego rodziny. Była to rana, która nie zagoiła się nigdy: jego rodzice rozeszli się i pozostali do śmierci w separacji.

Jako młodzieniec przeżył również kryzys duchowy. Nie zaprzestał jednak praktyk religijnych, czytał Pismo Święte, słuchał kazań, uczestniczył w rekolekcjach. Żywe pozostało w nim też zainteresowanie „peryferiami”, jak powiedzielibyśmy dzisiaj: kierował swoje kroki ku więźniom, ku chorym i potrzebującym. Sam doświadczył choroby, gdy jako młody kapłan posługiwał wśród jeńców austriackich. Od nich zaraził się tyfusem. Otarł się o śmierć, ale plany Boże były inne…

Życie Eugeniusza de Mazenoda było bogate w wiele trudnych doświadczeń, ale też w bliskość Boga i radość, jaką daje wspólnota. Jako biskup troszczył się o diecezję i pracował dla niej, często jednak spotykał się z niezrozumieniem i fałszywymi oskarżeniami. W jednym z listów, w 1817 roku, pisał: „Dzieła Boże zawsze były zwalczane, aby w większym blasku ukazała się Boża wspaniałość. Im bardziej sprawy wydają się beznadziejne, tym bardziej rokują nadzieję na powodzenie”.

20 maja 1861 roku rozpoczęła się agonia. Eugeniusz umierał otoczony współbraćmi. Pobłogosławił im – jak o to prosili – i wypowiedział do nich ostatnie przesłanie: „Powiedzcie wszystkim, że umieram szczęśliwy… Że umieram szczęśliwy, ponieważ dobry Bóg raczył mnie wybrać, abym założył w Kościele Zgromadzenie Oblatów Maryi Niepokalanej”. Zakończył słowami, które oblaci uważają za testament Ojca Założyciela: „Praktykujcie wśród was miłość, miłość, miłość, a na zewnątrz gorliwość o zbawienie dusz”. W poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, 21 maja około godziny 21.00, pod koniec brewiarzowej modlitwy przed spoczynkiem, w czasie odmawiania antyfony „Salve Regina”, przy słowach „o łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo” oddał duszę Bogu... Odszedł trzy lata po objawieniach Najświętszej Panny Niepokalanie Poczętej w Lourdes… Święty Eugeniuszu! Chcemy razem z Tobą prosić Boga, by dał nam jeszcze czas na zrobienie tego, co potrzeba, byśmy stali się takimi, jakimi nas pragniesz. Spraw, aby nasza dusza na nowo się zahartowała. Pomóż nam kroczyć śladami świętych; również Twoimi śladami. Obyśmy wszystko składali w ręce Maryi i kiedyś umierali z Jej imieniem na ustach…

Święci Orędownicy, módlcie się za nami!

Na koniec przywołajmy w formie modlitwy litanijnej kilku innych świętych i błogosławionych, których wizerunki znajdują się w bazylice podziemnej w Lourdes. Spójrzmy na nich jako na bliskich sercu patronów, którzy mogą skutecznie pomóc nam w zmaganiu się z cierpieniem, chorobą, opuszczeniem, samotnością…

•Św. Maria od Jezusa Ukrzyżowanego (Mariam Baouardy; Mała Arabka), 1846-1878

Wyglądałaś jak kilkunastoletnia dziewczynka z powodu cierpień i niedostatecznego odżywiania się. Nosiłaś ubogi strój i nigdy nie szukałaś uznania ze strony stworzeń. Umiłowałaś życie ukryte i zwyczajne. Daj nam zaufanie Bogu, siłę ducha i wierność w przeciwnościach oraz zdecydowanie w walce z szatanem. Spraw, byśmy pozostali pokorni i mali jak Ty.

•Bł. Pier Giorgio Frassati, 1901-1925

Powiedziano o tobie, że twoja obecność wśród chorych, twój sposób słuchania, zajmowania się nimi były wyjątkowe. Stawałeś się częścią rodziny chorego, biednego. Zajmowałeś się najbardziej nieprzyjemnymi czynnościami higienicznymi. Pomagałeś potrzebującym także finansowo, ale przede wszystkim dawałeś samego siebie. Przywracałeś bliźnim poczucie wartości. Nie bałeś się choroby… Ukochałeś braci aż po oddanie im nawet życia. Jak Jezus… Prosimy Cię, pomóż nam oddać Bogu całe swoje siły, niezależnie od wieku i planów na przyszłość.

•Św. Kamil de Lellis, 1550-1614

Przez długi czas znosiłeś ból otwartej rany. Z tego powodu cztery lata przebywałeś w szpitalu, gdzie z wielkim oddaniem pielęgnowałeś nieuleczalnie chorych. Kiedy założyłeś nową rodzinę zakonną, do trzech ślubów: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa dodałeś czwarty ślub: oddania się bez reszty posłudze chorym. Twoi współbracia pokochali cierpiących jak Ty i z oddaniem pełnili i pełnią do dziś wobec nich samarytańską posługę. Naucz nas, prosimy, cierpliwie znosić różnorakie „rany” i z miłością opatrywać fizyczne i duchowe rany innych ludzi.

•Św. Kazimierz Królewicz, 1458-1484

Nie bałeś się podjąć odpowiedzialności za Ojczyznę – pomogłeś w rządach ojcu, królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi. Jan Długosz napisał o tobie, że byłeś „młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności i godnego pamięci rozumu”. Kiedy z okazji kanonizacji otwarto twój grób, twoje ciało znaleziono nienaruszone, a przy głowie zachował się tekst hymnu ku czci Maryi „Omni die dic Mariae” („Dnia każdego sław Maryję”). Zarówno w całym aktywnym życiu, jak i w chorobie pozostałeś wierny Bogu, oddając Mu w darze swoją młodzieńczą czystość i wierność. Pomagaj nam cierpieć, czyniąc dobrze, a nie grzesząc i narzekając.

•Święci małżonkowie Zelia i Ludwik Martin – rodzice św. Teresy od Dzieciątka Jezus, Zelia: 1831-1877; Ludwik: 1823-1894

Wasze życie było nieustannym szukaniem woli Boga i podążaniem za nią z wiernością i heroizmem. Miłość małżeńską połączyliście ściśle z miłością Boga i bliźniego. Daliście Kościołowi dziewięcioro dzieci. Znieśliście mężnie śmierć czwórki z nich, a pięć Waszych córek poświęciło się Bogu w życiu zakonnym – wśród nich Teresa, wspaniała święta. Ofiarowywaliście też Bogu swoje cierpienia fizyczne. Ty, Zelio, chorobę nowotworową, a ty, Ludwiku, upokorzenia związane z paraliżem oraz pogłębiającą się chorobą psychiczną. Niech wasz przykład porywa małżonków i rodziców do ofiarnej miłości, a każdego z nas do znoszenia cierpień z pogodą ducha i zawierzeniem Opatrzności.

•Św. Faustyna, 1905-1938

Zostałaś dana dzisiejszemu światu jako znak nadziei. Dzięki temu, że stałaś się doskonałym narzędziem w Bożych rękach, Jezus mógł przekazać każdemu z nas swoje orędzie miłosierdzia, zwłaszcza wobec najbardziej zatwardziałych i zrezygnowanych grzeszników. Przypomniałaś im – i każdemu człowiekowi żyjącemu na ziemi – że każdy grzech, choćby był jak szkarłat, nad śnieg wybieleje i spłonie jak słoma w ogniu Bożej miłości, jeśli tylko zostanie Ci oddany w sakramencie pokuty i pojednania. Cierpiałaś dużo i… chętnie – bo wiedziałaś, że twoja ofiara, złączona z krzyżową Ofiarą Jezusa, ratuje dusze przed śmiercią wieczną. Pozwól nam żyć tak, aby i w naszym życiu zawsze jaśniał Jezus Miłosierny. Jemu chcemy ufać do końca naszych dni i kiedyś złączyć się z Nim na Wieczność.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Z cyklu:, Numer archiwalny, Miesięcznik, 2017-nr-07, Nasi Orędownicy, Autorzy tekstów, Salik Dobromiła

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
28 29 30 1 2 3 4
14 15 16 17 18
19 20 22 23 24 25
26 27 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
Dzisiaj: 19.05.2019