Jego mocą!

Ksiądz Jacek Bazarnik, kapelan Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, opowiada o mocy sakramentu namaszczenia chorych, o łzach Pana Jezusa oraz o Bożej łasce, która pomaga mu przetrwać najtrudniejsze chwile.

zdjęcie: HENRYK PRZONDZIONO/GOŚĆ NIEDZIELNY

rozm. ks. Wojciech Bartoszek

2017-02-09

KS. WOJCIECH BARTOSZEK: – Od ponad 22 lat jesteś kapelanem w szpitalu. Masz wielkie doświadczenie w tej posłudze.

KS. JACEK BAZARNIK: – Rzeczywiście, trochę doświadczenia mam. Posługuję w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, o którym rodzice chorych dzieci często mówią, że jest to Centrum Nadziei. Szpital liczy 1000 łóżek, a pacjentami są dzieci w wieku od kilku dni do 19 lat. Mamy więc przekrój niemowlęco-dziecięco-młodzieżowy, choć najwięcej jest maleńkich dzieci. Na 24 oddziałach leczone są praktycznie wszystkie choroby: jest duża klinika kardiochirurgii, klinika neurochirurgii, onkologia, urologia czy patologia noworodka.

– Codziennie patrzysz na cierpienie dzieci. Jak potrafisz sobie z tym poradzić?

– Kiedy patrzę na cierpiące dziecko, zawsze wydaje mi się, że to już nie jest ono, ale że to sam Pan Jezus. Tak też często mówię rodzicom tych dzieci, szczególnie w chwilach agonii, odchodzenia. Święta siostra Faustyna podczas jednej ze swoich mistycznych wizji zapytała Pana Jezusa o to, dlaczego cierpią i umierają dzieci? Napisała w Dzienniczku, że Pan Jezus miał wzruszoną twarz i łzy w oczach, ale odpowiedział natychmiast: „bo one jeszcze utrzymują świat w istnieniu”. Taka świadomość bardzo pomaga mi w radzeniu sobie z widokiem cierpienia dzieci. Ale pomaga także lekarzom i całemu personelowi medycznemu. Proszę pamiętać, że choroba albo śmierć dziecka, to nie jest tylko przeżycie dla jego rodziców i najbliższej rodziny. Lekarze i pielęgniarki również muszą się z tym zmierzyć, a warto podkreślić, że mądrość, oddanie i dobroć całego personelu medycznego jest w naszym szpitalu naprawdę wyjątkowa i godna podziwu. Pamiętam chłopczyka, który miał zaledwie miesiąc. Cierpiał na bardzo poważną chorobę – przepuklinę kręgosłupa, miał też zniekształconą główkę. Jego rodzice wyrzekli się go mimo, że oboje byli bardzo wykształceni. Powiedzieli, że możemy sobie to dziecko zabrać. Podeszła wtedy do mnie pani profesor Dobrzańska, kierownik Kliniki Patologii Noworodka, i powiedziała, że skoro dziecko jest nasze, powinniśmy je ochrzcić. Pani profesor została matką chrzestną Piotrusia, a ojcem chrzestnym jeden z jej asystentów. Podczas chrztu wszyscy byliśmy bardzo wzruszeni. Piotrusia udało się całkowicie wyleczyć. Jego rodzice oczywiście już więcej się nie pojawili. Nam natomiast udało się znaleźć dla Piotrusia rodzinę w Warszawie, która przyjęła go z wielką radością. Dzisiaj Piotruś ma już 16 lat, jest bardzo urodziwym chłopcem i szczerze kocha swoich rodziców zastępczych. Choć na początku sytuacja wydawała się beznadziejna i przerażająca, zakończenie okazało się szczęśliwe..

– Doświadczyłeś w swojej posłudze mocy sakramentu namaszczenia chorych?

– Tak. Często rodzice proszą o ten sakrament dla swoich chorych dzieci. W każdy czwarty poniedziałek miesiąca w naszej szpitalnej kaplicy udzielam tego sakramentu w sposób uroczysty podczas Mszy świętej. Towarzyszy temu obrzęd poświęcenia oleju, a na koniec także indywidualne błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem na wzór lourdzki.

– Czy mógłbyś podać jakiś konkretny przykład nadzwyczajnego uzdrowienia?

– Owszem. To była dwuletnia dziewczynka, nie tak dawno hospitalizowana u nas. Ponieważ dziecko nie było ochrzczone, najpierw je ochrzciłem, a potem również udzieliłem mu sakramentu namaszczenia chorych. Ta dziewczynka była bardzo chora. Można było to wywnioskować z samego jej wyglądu. Na czubku głowy miała duże zgrubienie w kształcie jajeczka. Następnego dnia po chrzcie i namaszczeniu chorych zaplanowany był rezonans i miała zapaść decyzja o operacji. Tłumaczyłem rodzicom tej dziewczynki, że sakrament namaszczenia chorych nie jest ostatnim namaszczeniem, ale czułym i umacniającym dotykiem Boga, który przyjęty z wiarą, może przynieść zdrowie. Następnego dnia tata dziecka przyszedł z wiadomością, że rezonans nie wykazał żadnych niepokojących zmian, a zgrubienie na główce zniknęło. Dziewczynka została wypisana do domu. Lekarze komentując to wydarzenie, mówili, że istnieją rzeczy nie do wytłumaczenia. Oczywiście wszyscy bardzo się cieszyliśmy, że dziewczynka cudownie wyzdrowiała.

– Oprócz cierpienia chorych dzieci, jako kapelan masz do czynienia także z wielkim bólem i dramatem rodziców, którzy również potrzebują wsparcia i towarzyszenia. Bez wiary nie da się chyba pełnić takiej posługi.

– Wiara z pewnością jest bardzo ważnym elementem w posłudze kapelana szpitalnego. Jeśli chodzi o towarzyszenie rodzicom cierpiącego dziecka, to nieraz nie trzeba wielkich słów. Wystarczy przy nich być, przytulić, pomodlić się. To przynosi bardzo dobre owoce. Często zdarza się, że w konsekwencji otrzymanego mądrego wsparcia, u rodziców mijają bunt i pretensje do Boga o to, co spotkało ich dziecko. Nierzadko potrafią oni godnie przyjąć i zaakceptować tę trudną sytuację. Przypominają mi się chociażby rodzice maleńkiej Marysi, która mimo udanej operacji kardiochirurgicznej zmarła nagle z powodu nieoczekiwanego krwotoku z płuc i innych powikłań. Kiedy jeszcze walczono o życie Marysi, próbowałem wytłumaczyć jej rodzicom, że być może ona bardzo cierpi i śmierć będzie dla niej ratunkiem. Chciałem w ten sposób pomóc im zrozumieć i pogodzić się z wolą Bożą, która chociaż w tym momencie mogła wydawać się bardzo trudna i okrutna, to jednak była dla tego dziecka najlepszym rozwiązaniem. I faktycznie – mimo ogromnego bólu, rodzice Marysi godnie i ze spokojem przyjęli jej odejście.

– Może się zdarzyć, że takie skrajnie trudne doświadczenie wpłynie na nawrócenie rodziców i pomoże im zbliżyć się do Pana Boga?

– Bardzo często tak się dzieje. Nawracają się nie tylko rodzice, ale także całe rodziny. Nasza kaplica szpitalna jest pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Jej cudowny wizerunek jest obok tabernakulum centralnym punktem kaplicy. Z tą ikoną związana jest piękna historia. Jest ona darem ufundowanym przez rodziców chłopca, który był pacjentem naszego szpitala 19 lat temu i nie miał żadnych szans na przeżycie. U chłopca – Krzysia – rozpoznano bardzo złośliwy nowotwór umiejscowiony neurologicznie. Lekarze nie dawali mu żadnych nadziei i nawet nie chcieli podejmować ryzyka operacji, bojąc się, że chłopiec umrze na stole. Wówczas trwała silna modlitwa rodziców i całej rodziny Krzysia o jego uzdrowienie. Rodzice chłopca złożyli w szpitalnej kaplicy ślub, że jeśli Maryja uratuje ich syna, oni zrobią wszystko, by Ona została w tej szpitalnej kaplicy należycie uczczona. Ostatecznie podjęto się operacji i Krzysiu – w mojej opinii – w cudowny sposób wrócił do zdrowia. Zgodnie z obietnicą, rodzice Krzysia pojechali do Rzymu, do ojców redemptorystów, u których znajduje się oryginał wizerunku Matki Bożej Nieustającej Pomocy i zamówili jego większą kopię dla naszej kaplicy szpitalnej. Obok ikony umieszczona została tabliczka z imieniem i nazwiskiem chłopca oraz dokładną datą jego ocalenia. Co roku, we wspomnienie tamtej operacji Krzysztof, który ma dzisiaj prawie 30 lat, przyjeżdża do szpitala razem z rodzicami, by dziękować Bogu i Matce Bożej za cud uzdrowienia. A wizerunek Matki Bożej Nieustającej Pomocy oddziałuje także na innych, bo pojawiają się wokół niego kolejne wota, które ktoś przynosi w darze wdzięczności.

– Chylę czoło przed Twoją trudną posługą. To wielkie i piękne dzieło.

– Czasem mam wrażenie, że to jest ponad moje siły. Nieraz przyjeżdżam do domu, nie mając już na nic ochoty. Nie ulega wątpliwości, że jestem tym obciążony. Ale mnie w takich momentach pomaga modlitwa. Odmawiam brewiarz czy jakiś inny rodzaj modlitwy, cały czas jestem myślami i sercem przy chorych dzieciach i ich rodzinach. I jakoś zawsze mimo oczywistych kryzysów, z Bożą pomocą wychodzę na prostą.

– Proszę w tym momencie wszystkich czytających ten wywiad o modlitwę i ofiarę cierpienia w intencji Twojej posługi. Z pewnością potrzebujesz takiego modlitewnego umocnienia.

– Bardzo potrzebuję. Tym bardziej, że pracuję nie tylko pośród osób wierzących, ale spotykam także osoby innych wyznań lub niewierzące. Dzięki Bożej łasce jestem raczej przez wszystkich życzliwie przyjmowany, bo nigdy nikogo nie przychodzę nawracać, a jedynie wesprzeć, popatrzeć na chore maleństwo i życzyć mu zdrowia. Staram się zjednywać sobie wszystkich uśmiechem i dobrym słowem. Potrzeba jednak do tego wielu sił i przede wszystkim Bożej pomocy.

– Dziękuję Ci za rozmowę i za Twoją posługę.

 


Zobacz całą zawartość numeru ►

Z cyklu:, Miesięcznik, Numer archiwalny, Kapłan wśród chorych, 2017-nr-02, Bartoszek Wojciech, Autorzy tekstów

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
28 29 30 1 2 3 4
14 15 16 17 18
19 20 22 23 24 25
26 27 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
Dzisiaj: 19.05.2019