Trudny dar ratujący życie

Rozmowa z prof. dr hab. n. med. Edwardem Wylęgałą, okulistą i transplantologiem ze Śląska.

zdjęcie: Archiwum prywatne

2026-01-30

ks. Wojciech Bartoszek: – Na konferencji z okazji 100-lecia Apostolstwa Chorych mówił Pan profesor o „Evangelium vitae” i współczesnej transplantologii na Śląsku. Dlaczego akurat przeszczepy pojawiają się w tym kontekście?

prof. Edward Wylęgała: – Bo „Evangelium vitae” to nie jest tylko dokument o ochronie życia nienarodzonego. To wielka „Ewangelia życia” – od poczęcia aż do naturalnej śmierci, także wtedy, gdy życie jest naznaczone chorobą i cierpieniem. Transplantologia to bardzo konkretne wcielenie tej Ewangelii w praktykę medyczną: ktoś, kto odchodzi, może jeszcze uratować czyjeś życie albo przywrócić wzrok. Na Śląsku, gdzie cierpienie związane z chorobami serca, nerek czy płuc było i jest bardzo obecne, transplantologia stała się odpowiedzią medycyny na wołanie chorych. Ale ta odpowiedź musiała najpierw dojrzeć także w Kościele – i tutaj rola św. Jana Pawła II jest absolutnie kluczowa.

– Wielu starszych Czytelników pamięta, że kiedyś słyszało się: „Kościół jest przeciw przeszczepom”. Co się zmieniło?

– Rzeczywiście, początki były pełne nieufności. W pierwszej połowie XX wieku dominowało przekonanie, że człowiek jest pewną nienaruszalną całością i rozporządzanie częściami ciała budziło opory natury moralnej. Przełom dokonywał się stopniowo. Papież Pius XII w latach 50. w słynnym przemówieniu do lekarzy powiedział bardzo ważną rzecz: Magisterium Kościoła nie ustala kryteriów śmierci – to zadanie medycyny. Kościół przypomina natomiast o szacunku dla umierającego i dla ciała zmarłego oraz o konieczności dobrowolnej zgody na dawstwo. Potem pojawił się Katechizm Kościoła Katolickiego z jasnym stwierdzeniem, że przeszczepy narządów są moralnie dopuszczalne, jeśli szanuje się wolę dawcy, jego godność i zachowuje proporcję między ryzykiem dla dawcy a dobrem biorcy. Ale tym, kto nadał dawstwu narządów pozytywny, wręcz entuzjastyczny sens, był św. Jan Paweł II. To on zaczął mówić o przeszczepach jako o „wielkim kroku naprzód w służbie człowiekowi” i o dawstwie narządów jako o „wzniosłym akcie miłości”, który przekracza granicę śmierci.

– Co konkretnie św. Jan Paweł II wniósł do nauczania o przeszczepach?

–  Przede wszystkim odwagę i język miłości. W przemówieniach do transplantologów papież jasno mówił, że przeszczepy są wielkim krokiem naprzód w służbie życiu, pod warunkiem, że szanuje się godność osoby – zarówno dawcy, jak i biorcy.

Po pierwsze, Jan Paweł II podkreślał wolność: dawstwo musi być gestem w pełni świadomym, bez jakiejkolwiek presji – ekonomicznej, rodzinnej czy moralnej. Nie można nikogo szantażować jego „powinnością” oddania organu. Po drugie, zwracał uwagę na personalny charakter daru. To nie jest „część ciała” z magazynu, ale dar osoby dla osoby – szczególna forma miłości bliźniego. W „Evangelium vitae” papież włącza dawstwo narządów do „gestów heroicznych”, w których człowiek „oddaje życie za brata” – czasem dosłownie, oddając organ ratujący życie, innym razem po śmierci, przekazując narządy innemu choremu. Po trzecie, Jan Paweł II bronił zasady, że cel nie uświęca środków. Ratowanie jednego życia nie może odbywać się kosztem instrumentalnego traktowania innego człowieka – żywego czy zmarłego. Właśnie dlatego tak ważne są jasne kryteria śmierci mózgu, przejrzyste procedury i pełna transparentność działań lekarzy. Dzięki temu nauczaniu przeszczep przestał być w Kościele „złem tolerowanym”, a stał się uprzywilejowanym sposobem realizacji Ewangelii życia.

– W konferencyjnej prezentacji powoływał się Pan profesor na artykuł prof. Tadeusza Biesagi pt. „Trudny dar ratujący życie” z „Medycyny Praktycznej”. Na czym polega owa „trudność” daru?

– Prof. Biesaga bardzo mądrze porządkuje tam myślenie o transplantologii. Pokazuje, że dawstwo narządów jest wspaniałym, ale trudnym darem, ponieważ dotyka spraw największej wagi: życia, śmierci, wolności, miłości. „Trudność” polega na tym, że: dar musi być osobowy – to dar z siebie, a nie tylko z „części ciała”; dawca musi być wolny – żadnej przemocy, żadnego zmuszania, nawet „świętym celem”; nie wolno traktować ciała człowieka jak zasobu, którym dowolnie dysponuje państwo czy system ochrony zdrowia; trzeba chronić zarówno godność dawcy, jak i wrażliwość rodziny, dla której śmierć bliskiego to często trauma graniczna.

Prof. Biesaga przypomina też, że dawstwo narządów nie jest moralnym obowiązkiem – nikt nie grzeszy, jeśli nie decyduje się na taki gest. Jest to możliwość pięknej, heroicznej miłości, ale nigdy przymus moralny. To bardzo ważne dla chorych i ich rodzin: Kościół zachęca, ale nie zmusza. I jednocześnie chroni przed nadużyciami – choćby przed niebezpieczeństwem komercjalizacji organów czy manipulowania procesem umierania w celu pozyskania narządów.

– Wspominał Pan także o papieżu Piusie XII i o kardynale z Korei. Dlaczego właśnie te postacie są ważne w historii dawstwa narządów?

– Pius XII to papież, który – zanim jeszcze istniała nowoczesna transplantologia – otworzył przestrzeń dialogu między Kościołem a medycyną. W latach 50. mówił, że Kościół nie ustala definicji śmierci, ale powierza to kompetencji lekarzy. Jednocześnie bardzo mocno podkreślał konieczność szacunku dla ciała zmarłego i dobrowolności dawstwa. To był pierwszy krok od nieufności w stronę zaufania i współpracy. Druga postać to kardynał Stephen Kim Sou-hwan, arcybiskup Seulu, pierwszy kardynał w historii Korei Południowej. Po śmierci w 2009 roku jego rogówki zostały przekazane do przeszczepu, zgodnie z wyrażoną wcześniej wolą. Ten gest człowieka Kościoła, bardzo szanowanego w całym społeczeństwie, stał się w Korei potężnym świadectwem i impulsem do rozwoju dawstwa narządów i tkanek, szczególnie rogówek. To pokazuje, że nauczanie Kościoła nie jest tylko teorią. Papieże, kardynałowie, biskupi – sami stają się dawcami, dając przykład, że ciało zmarłego chrześcijanina może jeszcze „głosić Ewangelię życia”.

– Śląsk pojawia się w Pana wystąpieniu jako szczególne miejsce transplantologii. Z czego wynika ta wyjątkowa rola?

– Śląsk ma niezwykłą historię solidarności i ciężkiej pracy – także tej medycznej. To tutaj w 1985 roku zespół prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu przeprowadził pierwszy w Polsce udany przeszczep serca; później w Zabrzu prof. Marian Zembala wykonał pierwsze w kraju przeszczepy pojedynczego płuca, a następnie złożone przeszczepy płuc i serca; Jerzy Hołowiecki w Katowicach był pionierem przeszczepów szpiku od dawców niespokrewnionych (1997 rok).

Na tym tle trzeba szczególnie wspomnieć prof. Franciszka Kokota – wybitnego internistę i nefrologa, wieloletniego kierownika Kliniki Nefrologii Śląskiej Akademii Medycznej (dziś Śląski Uniwersytet Medyczny) i jej rektora. To on współtworzył nowoczesną nefrologię w Polsce, organizował pierwsze stacje dializ i konsekwentnie rozwijał transplantologię nerek na Śląsku. Bez jego wizji i determinacji, wielu dzisiejszych pacjentów po przeszczepie nerki nie miałoby szansy na normalne życie. Dla mnie i dla wielu lekarzy ze Śląska był wzorem, jak łączyć wysoki poziom nauki z głębokim szacunkiem dla pacjenta.

– Czytelnicy „Apostolstwa Chorych” przeszczep kojarzą zwykle z sercem czy nerką. A Pan profesor jest okulistą. Jak wygląda transplantologia w Pańskiej dziedzinie?

– W okulistyce podstawową formą przeszczepu jest przeszczep rogówki – przezroczystej „szyby” na przodzie oka. Gdy rogówka mętnieje po urazach, zakażeniach, oparzeniach chemicznych czy chorobach wrodzonych, człowiek traci zdolność widzenia, mimo że siatkówka i nerw wzrokowy mogą być zupełnie zdrowe. W naszym ośrodku wykonujemy pełne spektrum przeszczepów: od klasycznych przeszczepów pełnościennych po nowoczesne przeszczepy warstwowe (DALK, DSAEK, DMEK), w których wymieniamy tylko chore warstwy rogówki. Korzystamy z laserów femtosekundowych i excimerowych, które pozwalają bardzo precyzyjnie przygotować tkanki. Pracujemy z pacjentami od okresu niemowlęcego po bardzo zaawansowany wiek. Dla wielu z nich przeszczep rogówki to różnica między życiem w ciemności a możliwością czytania, pracy zawodowej, a nawet prowadzenia samochodu. To ogromny skok jakości życia – nie tylko dla samego chorego, ale i dla całej rodziny.

– Poproszę o osobistą perspektywę, jak wyglądały Pana pierwsze przeszczepy rogówki, zwłaszcza te od żywych dawców rodzinnych.

– Pamiętam je bardzo dobrze, bo były to operacje, które dotykały nie tylko chirurgii, ale i sumienia. Chodziło o pacjentów z obustronnym, ciężkim uszkodzeniem powierzchni oka – na przykład po oparzeniu chemicznym – u których standardowy przeszczep z banku tkanek nie dawał trwałych efektów. Rozwiązaniem okazały się przeszczepy komórek macierzystych rogówki (tzw. przeszczepy rąbka) od zdrowego, żyjącego dawcy – najczęściej kogoś z najbliższej rodziny. Zabieg polega na pobraniu niewielkiego fragmentu tkanki z jednego, zdrowego oka dawcy i przeszczepieniu go na oko chorego krewnego. Zanim wykonałem pierwsze takie operacje, długo rozmawiałem zarówno z pacjentami jak i z ich rodzinami, a także z bioetykami i teologami. Pytanie brzmiało: „czy mamy moralne prawo naruszać zdrowe oko dawcy, choć ryzyko jest małe, po to, by uratować wzrok drugiej osobie?”. Rodziny – często bardzo wierzące – odpowiadały z wielką prostotą: „jeżeli mogę oddać kawałek siebie, by mój brat/moja siostra/moje dziecko widziało – to jak mam tego nie zrobić?”. W praktyce: dawca był badany niezwykle dokładnie; pobieraliśmy tylko taką ilość tkanki, która nie zagrażała jego widzeniu; cały proces opierał się na pełnej świadomości, wolnej zgodzie i zaufaniu.

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy pacjent po takim zabiegu po raz pierwszy samodzielnie odczytał fragment tekstu albo zobaczył twarz bliskiej osoby. To były momenty, w których bardzo mocno czułem, że transplantologia – jeśli jest prowadzona uczciwie – staje się konkretnym znakiem „Evangelium vitae”.

– Jeśli ktoś z naszych Czytelników myśli o dawstwie narządów lub tkanek – co powinien zrobić? Jakie jest w tym względzie polskie prawodawstwo?

– Po pierwsze – porozmawiać. Z bliskimi, ze swoim lekarzem, z kapłanem. Dawstwo narządów nie powinno być decyzją podejmowaną w pośpiechu. Po drugie – jasno wyrazić swoją wolę. W wielu krajach istnieją systemy rejestrowania sprzeciwu lub zgody na pobranie narządów po śmierci, ale w praktyce to właśnie rozmowa w rodzinie jest kluczowa. Kiedy rodzina wie, że mama, tata, mąż, żona chciała po śmierci pomóc innym, dużo łatwiej jest im podjąć decyzję zgodną z jej/jego sumieniem. Po trzecie – pamiętać, że dawstwo to dar, nie przymus. Kościół zachęca, ale nie czyni z tego nowego przykazania. Każdy ma prawo – w świetle modlitwy, rozmowy i refleksji – podjąć własną, wolną decyzję. W Polsce obowiązuje model zgody domniemanej (opt-out): po śmierci można pobrać komórki, tkanki i narządy do przeszczepienia, jeśli osoba zmarła nie wyraziła za życia sprzeciwu. Sprzeciw można zgłosić m.in. do Centralnego Rejestru Sprzeciwów prowadzonego przez Poltransplant (to najpewniejsza forma), a przepisy przewidują również inne formy sprzeciwu.  Jeżeli ktoś chce zostać dawcą, w sensie prawnym nie musi niczego rejestrować. Wystarczy nie składać sprzeciwu.

– Dlaczego – mimo domniemanej zgody – pyta Pan rodzinę o zgodę na pobranie rogówki i jak to wygląda w praktyce?

– Zacznę od rozróżnienia: prawnie rozmowa z rodziną nie ma służyć zastępczej zgodzie za zmarłego, tylko ustaleniu, czy zmarły nie zgłaszał sprzeciwu (także ustnego) oraz zebraniu ważnego wywiadu medycznego. Taką praktykę rozmowy z rodziną opisuje się w oficjalnych analizach – podkreśla się, że jej celem nie powinno być uzyskanie zgody rodziny, lecz poznanie woli zmarłego i okoliczności medycznych. Co ważne, rogówki możemy pobrać do 24 godzin od śmierci. Natomiast w praktyce klinicznej, szczególnie przy pobraniu rogówek, rozmowę prowadzimy w sposób bardzo delikatny: wyjaśniamy, że pobranie rogówki jest zabiegiem wykonywanym z poszanowaniem ciała zmarłego i nie wpływa na możliwość pożegnania, pytamy, czy znana jest wola zmarłego i czy kiedykolwiek wyrażał sprzeciw; jeśli rodzina przekazuje informację o sprzeciwie to odstępujemy. Jako lekarz uważam, że oprócz litery prawa liczy się też zaufanie społeczne i godne przeprowadzenie całej procedury. W perspektywie chrześcijańskiej jest to troska o życie biorcy oraz szacunek wobec zmarłego i jego bliskich.

– Czy współczesna medycyna dysponuje narzędziami, dzięki którym ze stuprocentową pewnością można określić śmierć człowieka – potencjalnego dawcy?

– W medycynie bardzo rzadko używamy sformułowania „100%” w znaczeniu filozoficznym. Możemy natomiast mówić o pewności kliniczno-prawnej, opartej na rygorystycznych, wieloetapowych procedurach, które minimalizują ryzyko błędu do praktycznie pomijalnego poziomu. W Polsce obowiązują szczegółowe kryteria stwierdzania zgonu w oparciu o trwałe i nieodwracalne ustanie czynności mózgu (tzw. kryteria neurologiczne) – opisane w obwieszczeniu Ministra Zdrowia. Procedura jest dwuetapowa, obejmuje m.in. potwierdzenie przyczyny katastrofalnego uszkodzenia mózgu, wykluczenie czynników zakłócających (np. hipotermii czy wpływu leków), dwukrotne badania kliniczne odruchów pniowych oraz ocenę trwałego bezdechu; w szczególnych sytuacjach przewiduje też badania instrumentalne (np. EEG lub badania przepływu mózgowego). Jako lekarz i osoba wierząca dodam, że w transplantologii kluczowe jest, by nie było wątpliwości moralnej co do momentu śmierci. Dlatego procedury ustalania zgonu są prowadzone niezależnie od samej transplantacji i mają charakter maksymalnie obiektywny.

– Jakie przesłanie chciałby Pan profesor zostawić chorym i ich rodzinom?

– Do chorych i ich bliskich powiedziałbym: nie wstydźcie się prosić o pomoc. Kto czeka na przeszczep serca, nerki czy rogówki, nie wykorzystuje nikogo. Daje innym szansę do heroicznej miłości. Nie jesteście ciężarem – jesteście zaproszeniem do dobra. Do lekarzy: uprawiajmy transplantologię tak, by nikt nie miał wątpliwości, że szanuje ona godność osoby. Jeżeli pacjent i jego rodzina widzą w nas nie łowców organów, lecz ludzi stojących po stronie życia, wtedy rodzi się zaufanie, bez którego cały system się rozpada. A do całej wspólnoty Kościoła: „Evangelium vitae” to także program dla transplantologii. Chodzi o to, by każda procedura medyczna – od dializy przez przeszczep serca, aż po przeszczep rogówki – była przeniknięta jednym duchem: miłością, która służy życiu, aż po krzyż i dalej. I na końcu – bardzo proste zdanie: dawstwo narządów może ocalić czyjeś życie lub przywrócić wzrok. To jedna z najbardziej konkretnych form miłości bliźniego, jaką współczesna medycyna potrafi zaproponować. I jeszcze dodałbym niesamowitą historię. Chiara Luce Badano – błogosławiona Włoszka, niespełna osiemnastoletnia dziewczyna, która świadomie przed śmiercią podarowała swoje rogówki, bo inne narządy nie mogły być pobrane z powodu choroby nowotworowej. Prosiła, żeby ten dar był przekazany dwojgu młodym osobom.

– Bardzo dziękuję za rozmowę i świadectwo wiary.


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, Bartoszek Wojciech, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2026nr02