Szukając sensu cierpienia

Rozmowa z ks. prof. Marianem Machinkiem, teologiem moralistą, pracującym w Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.

zdjęcie: Krzysztof Gawor

2026-01-30

ks. Wojciech Bartoszek: – Wielu chrześcijanom trudno pogodzić wiarę w Boga, który jest Miłością z doświadczeniem ludzkiego cierpienia.

ks. prof. Marian Machinek: – Nie ma łatwych odpowiedzi na ten fundamentalny problem, który zawsze stanowił poważne wyzwanie dla wiary kogoś, kto cierpi czy też musi patrzeć na cierpienie bliskich. Odpowiedzi w stylu: „Nie można nic poradzić, bo taka już jest kondycja człowieka” niewiele dają, chociaż wskazują na fundamentalną prawdę ludzkiej natury. Cierpienie jest faktycznie rzeczywistością związaną z ludzkim istnieniem. Trzeba jednak chyba najpierw dokonać istotnych rozróżnień, które pozwolą nam zobaczyć, jak wielowymiarowym doświadczeniem jest cierpienie. Zazwyczaj kojarzymy je z chorobą i „bólem ciała”. Ale bywa, że boli ciało, jak w czasie zdobywania górskich szczytów (a czasem jeszcze bardziej dzień po ich zdobyciu!), które przecież nie jest cierpieniem. Jest też „cierpienie duszy” – cierpienie psychiczne, moralne, ale także duchowe, które nie jest powiązane z fizycznym bólem. Problem cierpienia wydaje się dla wielu być problemem Boga, który – jak sądzą – „zsyła” cierpienia, czy to jako karę za grzechy, czy też kierując się jakimiś arbitralnymi decyzjami, które są dla człowieka zakryte. Jednak jest to bardzo wykrzywiony obraz Boga. Cierpienie pojawia się w związku z rozczarowaniami, których trudno uniknąć czy też z rozstaniami z ukochanymi ludźmi. Jest też nieodłącznie związane z przeżywaniem miłości, która – w najszerszym znaczeniu tego słowa – jest przecież dla człowieka rzeczywiście czymś bardzo ważnym. Głębokie cierpienie może pojawić się wtedy, gdy człowiek pozostaje wierny przekonaniom, które rozpoznał jako podstawowe, mimo nacisków otoczenia, niesprawiedliwości, nienawiści i przemocy. Jednak prawdą jest też, że to właśnie mniejsze lub większe cierpienia sprawiają, iż jasne strony życia i poczucie codziennego szczęścia ma szczególny smak i się nie nudzi. Zamiast więc pytać, dlaczego Bóg nie stworzył nas niecierpiętliwymi, trzeba chyba zastanowić się nad tym, jaki sens może mieć cierpienie, którego doświadczamy. Jedną z ważnych odpowiedzi na ludzkie cierpienie jest towarzyszenie chorym.

– Dlaczego dzisiaj tak trudno o pomoc chorym? Nieraz można mieć wrażenie, że wielu ludzi pragnie zapomnieć o cierpieniu.

– Towarzyszenie chorym to chyba jedna z najpiękniejszych i najbardziej wartościowych form miłości bliźniego – pozostawanie przy nim wtedy, gdy cierpi. Już sama obecność kogoś życzliwego, pomijając wymierną pomoc, jaką świadczy, może w decydujący sposób przyczynić się do złagodzenia cierpienia. Towarzyszenie cierpiącym, niezależnie od opieki medycznej, jest niezbędne w znoszeniu cierpienia. Bardzo często człowiek samotny nie jest w stanie unieść takiego wyzwania. W powiedzeniu, że dzielona radość jest podwójną radością, a dzielony ból to połowa bólu, jest wiele prawdy. Trzeba jednak pamiętać, że towarzyszenie cierpiącym jest także czymś wymagającym. Z jednej strony dlatego, że osoba towarzysząca cierpiącemu jest konfrontowana z czymś nieprzyjemnym, nawet dramatycznym i niejednokrotnie nie wie, co powiedzieć i jak postąpić. W niej samej pojawiają się pytania o sens cierpienia, chociaż sama nie cierpi. Towarzyszenie cierpiącym wymaga także poświęcenia swojego czasu, gdyż nie jest to jedynie kwestia określonych prac, jakie trzeba przy cierpiącym wykonać. Z drugiej strony cierpienie ujawnia w samym cierpiącym niekoniecznie pozytywne cechy osobowości, co sprawia, że właśnie ci, którzy starają się mu towarzyszyć i mu pomóc, stają się pierwszym obiektem agresji, pretensji bądź oschłości, która bywa czasami interpretowana jako niewdzięczność. Dodatkowo przy długotrwałym cierpieniu może u opiekujących się chorym dochodzić czynnik przemęczenia, którego ostrym przejawem jest tzw. syndrom wypalenia.

– Święty Jan Paweł II pisał o cierpieniu w powiązaniu z męką Chrystusa i miłością Boga. Czy cierpieniu można nadać sens, czy też odczytać je?

– Ciekawe jest światło, jakie Bóg w Objawieniu rzuca na problem cierpienia. Cierpienie, jak każde zło, jest dalekim „pomrukiem” grzechu, który z woli człowieka naznaczył stworzoną przez Boga naturę ludzką, ale też świat, który człowiek buduje, głębokim pęknięciem. Cierpienie, włącznie z męką przedśmiertną, jest jego konsekwencją. Pismo Święte nie daje nam odpowiedzi, dlaczego jedni ludzie odczuwają je bardziej, a inni mniej. Ostrzega jedynie przed zbyt łatwymi odpowiedziami, jak ta, że cierpienie jest zawsze karą za grzechy popełnione przez człowieka cierpiącego, chociaż bywa przecież i tak, że cierpienie zostaje wprost sprowokowane przez ludzkie wybory. Boża odpowiedź na pytania o sens cierpienia jest zdumiewająca: Syn Boży staje się człowiekiem i tym samym Bóg wchodzi w sam środek dramatu cierpienia. Doznaje cierpienia w jego różnorakich formach, aż po doświadczenie bycia zmiażdżonym przez ludzką nienawiść, zadany przez nią fizyczny ból, ale także po przepastne doświadczenie opuszczenia i osamotnienia. Krzyż Chrystusa staje się dla wielu cierpiących prawdziwą odpowiedzią na trudne pytanie o sens cierpienia. Człowiek może nadać sens cierpieniu, ale jedynie w tym znaczeniu, że nie jest to sens, który został przez niego po prostu wymyślony. Taki zabieg nie wystarczy. Sens cierpienia może przyjść jedynie „z zewnątrz” i wtedy już do cierpiącego należy, czy go przyjmie, czy otworzy się na niego i w ten sposób zaakceptuje go w swojej sytuacji, czyli nada sens doświadczeniu cierpienia. Sens cierpienia może być odnaleziony poprzez powiązanie swojego doświadczenia ze zbawczym cierpieniem Chrystusa. Wtedy cierpienie tego konkretnego człowieka również nabiera wartości zbawczej. Nadać sens cierpieniu nie oznacza tu uzyskania wyczerpującej odpowiedzi na wszystkie „dlaczego?”, ale oznacza zawierzenie siebie Temu, który doskonale rozumie sytuację cierpiącego, bo sam jej doświadczył.

– Czy można powiedzieć, że cierpienie jest łaską Bożą? Jeśli tak, to większość chrześcijan – pokuszę się o takie stwierdzenie – widzi to inaczej.

– Bez dodatkowych wyjaśnień z takiego stwierdzenia może być wyczytana sugestia, że cierpienie jest samo w sobie czymś dobrym, a nawet że należy go szukać dla niego samego lub też za nie dziękować. Dodatkowo można by sądzić, że im większe jest cierpienie, tym większa jest Boża łaska. Zarówno duchowe doświadczenie płynące z wiary, jak też intuicja i codzienne doświadczenie wierzących w zrozumiały sposób buntują się – i w sumie zupełnie słusznie – przeciwko takiemu rozumieniu cierpienia. Samo w sobie cierpienie nie jest dobrem. Jak to stwierdził Jan Paweł II w liście apostolskim „Salvifici doloris” – „Cierpienie samo w sobie jest doznawaniem zła”. Ale zaraz dodaje, że Chrystus uczynił z niego podstawę ostatecznego dobra, jakim jest wieczne zbawienie. Dlatego jeśli cierpienie zostaje podjęte i jest przeżywane w łączności z Chrystusem, staje się czynnikiem, który może głęboko kształtować osobowość cierpiącego. Pozwala mu też dokonywać wewnętrznych kroków w rozwoju duchowym, do których zapewne nie byłby zdolny, gdyby znajdował się w innej życiowej sytuacji. Wtórnie więc i w zależności od tego, jak jest przeżywanie, cierpienie może się okazać Bożą łaską, bo bez niej człowiek byłby duchowo inny i niekoniecznie lepszy. Nierzadko słyszy się, że cierpiący w przypływie rozpaczy przeklinają Boga, świat i ludzi. Ale nie brak też przykładów świadczących o tym, że cierpienie może wyzwolić miłość. I to nie tylko miłość ze strony otoczenia osoby cierpiącej, ale także miłość w niej samej.

– Chrześcijaństwo widząc w cierpieniu wartość, którą można wykorzystać dla dobra, nieraz posądzane jest o cierpiętnictwo. Czy wobec tego, przywołując Paschę Chrystusa, nie należałoby bardziej zaakcentować Jego drogę zmartwychwstania niż Jego mękę? Można mieć wrażenie, że we współczesnej teologii nastąpiło takie przesunięcie.

– W ciągu wieków w duchowości chrześcijańskiej pojawiały się różne akcenty, wraz z możliwymi przeakcentowaniami jednego czy drugiego aspektu: jakichś form gloryfikacji czy też bagatelizacji cierpienia, ale w życiu Jezusa Chrystusa męka i zmartwychwstanie są ze sobą nierozdzielnie związane. I to nie dlatego, że Jezus szukał cierpienia. Dramatyczna scena Jego cierpienia w Ogrójcu jasno to pokazuje. Ten związek męki i zmartwychwstania wynika z Jego wierności Ojcu. W tym świecie, który został przez ludzi urządzony nie po Bożemu, taka miłość i wierność Ojcu, jakie okazywał Jezus, musiały prędzej czy później doprowadzić do ostrej konfrontacji z siłami zła. Były one na tyle bezczelne, by doprowadzić do sytuacji skrajnego cierpienia, sądząc zapewne, że – jak u innych ludzi – istnieje granica, za którą także Jezus zbuntuje się wobec swojego losu, odrzuci krzyż i sięgnie po środki, którymi na co dzień posługuje się szatan, czyli zmiażdży wszystkich swoich prześladowców. Taka sugestia pojawia się też w ostatniej pokusie, którą szatan wypowiada pod krzyżem ustami rzymskich żołnierzy i gapiów: „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża i ocal sam siebie”. Ale Jezus jest wierny aż do końca. Zmartwychwstanie jest pieczęcią potwierdzającą tę wierność, jest ostatecznym zwycięstwem nad złem w sytuacji skrajnego cierpienia. Właściwie rozumiana chrześcijańska duchowość nigdy nie patrzy na cierpienie bez perspektywy zmartwychwstania, ale też nigdy nie ogranicza się do zmartwychwstania, zapominając o dramacie krzyża.

– Dzisiaj człowiek pragnie szybko „znieczulić” cierpienie. Nie mam na myśli jedynie medycznych środków przeciwbólowych. W jaki sposób człowiek pragnie zapomnieć o bólu?

– Medycznych środków znieczulających nie wolno nie doceniać, bo pozwalają w bardzo trudnych sytuacjach redukować ból fizyczny lub też psychiczne cierpienie na tyle, by człowiek był w stanie podjąć wysiłek zmierzający do wpisania sytuacji, którą przeżywa w swoją niepowtarzalną życiową historię, pogodzić się z nią, ale także zmobilizować siły do dzielnego jej przeżywania. Brak środków znieczulających może niekiedy prowadzić do trwałej dezintegracji osobowości. Jest jednak też prawdą, że współczesna mentalność, skoncentrowana na minimalizowaniu tego, co nieprzyjemne i maksymalizowaniu przyjemności, ma tendencje do ucieczki od jakiegokolwiek dyskomfortu, nie mówiąc już o przedłużającym się cierpieniu, które wydaje się w jej kontekście absolutnie niemożliwe do zniesienia. To „znieczulanie” dokonuje się, rzec by można, już na przedpolu cierpienia – poprzez ucieczkę w świat wirtualny. Komuś, kogo umysł został sformatowany poprzez ten wykreowany sztuczny świat wiecznej zabawy i rozrywki, będzie bardzo trudno przyjąć sytuację realnego cierpienia. Niektórzy, np. myśliciele i aktywiści transhumanistyczni, próbują także ucieczki w przyszłość poprzez kreowanie utopijnych światów bez cierpienia i sugerowanie, że taka perspektywa jest zupełnie realna. Przez upowszechnienie takich idei tworzy się nowa religia, której sednem jest „wiara w naukę”.

– Poważniejszym problemem staje się dzisiaj ucieczka w śmierć. Jakie są jej mechanizmy?

– Ludzie wszystkich czasów ulegali złudzeniu, że można wyeliminować cierpienie poprzez eliminację cierpiącego. Kto kieruje się taką logiką, będzie się skłaniał do ucieczki od życia w ostateczne znieczulenie, jakim jest śmierć. Podobne tendencje pojawiają się coraz częściej z racji ogromnego wzrostu zaburzeń psychicznych, szczególnie depresji, do których klinicznego obrazu należą także myśli samobójcze. Pogrążony w depresji człowiek ma wrażenie, że w jego stanie już nic się nie może zmienić i że tak pozostanie już na zawsze. Ta myśl może być nie do zniesienia. Warto w tym miejscu wskazać na znaczenie odpowiednio dobranych lekarstw, które pozwalają złagodzić ciężkie objawy tego rodzaju dolegliwości psychicznych. Zjawiskiem stosunkowo nowym jest natomiast specyficzne traktowanie prośby o śmierć, wyrażanej przez pacjentów wobec opiekunów, a także wobec lekarzy. Oczywiście prośba kierowana przez osoby cierpiące do otoczenia o śmierć nie jest niczym nowym. Była ona jednak zazwyczaj interpretowana jako prośba o ulżenie cierpieniu, które staje się nieznośne, a nie jako akt nienawiści wobec życia. I tak należałoby rozumieć taką prośbę również dzisiaj: chory nie prosi o skrócenie życia jako takiego, ale o skrócenie takiego życia, jakie obecnie jest jego udziałem. Zjawiskiem nowym jest natomiast to, że prośba o śmierć jest traktowana jako wyraz autonomii pacjenta, a więc akt jego woli, który musi być respektowany przez otoczenie. Wyrazem akceptacji jest spełnienie tej prośby poprzez uśmiercenie go – eutanazję lub też ułatwienie mu samobójstwa przez dostarczenie mu zabójczych środków, ułatwienie ich aplikacji i towarzyszenie mu w akcie autodestrukcji.   

– Na czym polega prawna depenalizacja pomocy w samobójstwie w Austrii i w Niemczech?

– Niemcy i Austria dokonały poważnego kroku w stronę pełnej legalizacji eutanazji: z kodeksów karnych tych państw usunięto zapis, definiujący pomoc w samobójstwie jako czyn zabroniony, zagrożony karą więzienia. Szokujące są uzasadnienia tej nowelizacji przez najwyższe trybunały tych państw. Stwierdzono w nich, że autonomia osoby wraz z prawem do samostanowienia jest wartością tak znaczącą, że obejmuje także decyzję jednostki o zakończeniu życia. Tym samym życie ludzkie nie stanowi już wartości fundamentalnej, ale co najwyżej opcjonalną: każdy może postąpić z życiem, jak się postępuje z innymi wartościami opcjonalnymi, takimi jak samochód, dom czy konto bankowe. Jest to tym bardziej dramatyczna decyzja w krajach, w których przez długie lata cienie nazistowskich ustaw eutanazyjnych stanowiły intuicyjną barierę wobec prób jakiejkolwiek legalizacji śmierci na życzenie. Na razie w tych krajach eutanazja nie jest legalna, ale z racji, że jej uzasadnienie jest dokładnie takie samo, jak medycznie wspomaganego samobójstwa, jej prawne dopuszczenie wydaje się być jedynie kwestią czasu. Eutanazja na życzenie to przecież forma samobójstwa dokonanego rękami innych.

– Współcześnie istnieje powrót do nauczania Fryderyka Nietzschego. Dlaczego tak się dzieje?

– Wpływ myśli Fryderyka Nietzschego na współczesną mentalność jest niezwykle silny i zdaje się ciągle rosnąć. Ze swoją ideą nadczłowieka, który żyje ponad wszelkimi kryteriami dobra i zła, Nietzsche świetnie wpisuje się w aspiracje współczesnego człowieka do niczym nieograniczonej, autonomicznej ekspresji. Nietzscheańskie pragnienie „śmierci Boga” zdaje się w zlaicyzowanych społeczeństwach przybierać konkretne kształty. Miejsce jakiegokolwiek boskiego autorytetu zajmuje sam człowiek, który w swojej nieograniczonej żadną moralną miarą autonomii przypisuje sobie prawo rządzenia własnym życiem oraz własną śmiercią. Jak powiada Nietzsche, żadna natura, żaden człowiek, ale też żadna boska instancja nie będzie decydowała o tym, jak i kiedy ma przyjść śmierć, ale decyduje o tym każdorazowo sam człowiek, jeżeli tylko wyzbędzie się moralności – cechy ludzi słabych. Renesans myśli Nietzscheańskiej jest owocem usunięcia Boga z przestrzeni społecznej w imię rzekomej tolerancji dla niewierzących i inaczej myślących. W ten sposób przestrzeń publiczna staje się ateistyczna, a to musi mieć wpływ na szacunek dla życia.

– W czasie, gdy trwała nasza konferencja, głośno było o amerykańskim milionerze próbującym zatrzymać swoje starzenie. Media podchwyciły starania Bryana Johnsona jako próbę uzyskania przez niego nieśmiertelności. Czy istnieją etyczne granice zbytniej troski o zdrowie?

– Ze swoją dewizą „Nie umieraj!” Bryan Johnson nie odniesie ostatecznego sukcesu. Nie będzie kimś, komu uda się uniknąć śmierci. Mówiąc tak, wcale nie odczuwam jakiejś złośliwej satysfakcji, ale raczej zadumę nad ludzką kondycją: śmiertelność istot ludzkich wynosi gładkie 100%. Trudno oczywiście zaprzeczyć, że zdrowe żywienie i higieniczny tryb życia z odpowiednią porcją ruchu, snu, pracy i relaksu dobrze nam robi i być może zapobiegnie w przyszłości niepotrzebnym cierpieniom, a nawet wydłuży nasze życie w dobrej kondycji. Jednak obsesyjna koncentracja na zdrowiu może także zaburzyć równowagę organizmu, zwłaszcza, że zamiast zaufać naturalnym rytmom, ktoś chce je sam ustanawiać. Czyni to oczywiście zgodnie ze współczesną wiedzą, jednak nie jest to – jak zawsze – wiedza nieomylna. Nieraz już nauki o żywności były zmuszone do korekty wcześniejszych zaleceń, gdyż nie wzięto w nich pod uwagę długofalowych skutków spożywania określonych produktów. Johnson pragnie przedłużyć życie poprzez poddanie się rygorystycznemu stylowi życia. Można jednak krytycznie zapytać, czy życie ściśnięte w szczelny gorset ekstremalnej dyscypliny, gdzie obsesyjne liczenie kalorii i osiąganie optymalnych wyników badań medycznych jest ważniejsze od tego, co człowiek przeżywa i czuje, jest rzeczywiście marzeniem godnym naśladowania? I gdyby takie życie miało trwać znacznie dłużej, niż obecna średnia przeżywalność, czy byłoby ono rzeczywiście synonimem szczęścia i szczytem marzeń? Osobiście mocno w to wątpię...


Zobacz całą zawartość numeru

Autorzy tekstów, Bartoszek Wojciech, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2026nr02