Złapać Boga za serce

O życiu w duchu Jezusa, cierpieniu, które jest modlitwą, ekstazie Boga i dawaniu siebie na całej linii mówi ks. Andrzej Muszala.

zdjęcie: Stanisław Salik

rozm. Dobromiła Salik

2016-08-10

DOBROMIŁA SALIK: – Z jednej strony jest Ksiądz specjalistą od medycyny, bioetyki, a z drugiej – specjalistą od modlitwy… Czy te dwie płaszczyzny Księdza życia i działalności „nie wchodzą sobie w drogę”? Godzi je Ksiądz bez problemu?

KS. ANDRZEJ MUSZALA: – Życie duchowe, życie modlitwy nie może być „specjalnością” czy „specjalizacją”. Ono jest dla wszystkich! To baza dla wszystkich chrześcijan. Każdy powinien rozwijać swoje życie duchowe. Ja tylko dzielę się tym, co kiedyś miałem możliwość zgłębiać podczas „roku szabatowego”, roku pustyni. Jako swoją specjalizację uważam bioetykę. Każdy ma jakąś specjalizację – uniwersytecką czy zawodową. Natomiast co do życia duchowego – tutaj wszyscy jesteśmy równi: i świeccy i duchowni. Życie duchowe jest wspólne dla nas wszystkich.

– „Bałem się rutyny jak ognia…” – to wyznanie z jednego z wywiadów z Księdzem. Dlaczego kapłanowi rutyna grozi bardziej niż osobie świeckiej?

– Można odważyć się na takie stwierdzenie, ponieważ my niejako z urzędu odprawiamy Mszę świętą, modlimy się z ludźmi, odmawiamy brewiarz… Jeżeli człowiek świecki w tym uczestniczy – robi to z własnej, nieprzymuszonej woli. A my mamy sześć lat seminarium, później jest „księżowski grafik” – sakramenty, brewiarz. I z jednej strony to jest dobre, a z drugiej może właśnie prowadzić do jakiejś rutyny po kilku już latach – przynajmniej ja to u siebie zauważyłem. I jeżeli się ksiądz – mówiąc wprost – nie modli też indywidualnie, a jedynie w sposób „odgórnie nakazany”, to czegoś mu zabraknie. Dla mnie kluczowa jest modlitwa w ciszy. Spójrzmy na Jezusa: On uczestniczył w kulcie, przychodził do synagogi na liturgię, odmawiał Psalmy, był „Żydem praktykującym”, jak się Go czasem określa, a równocześnie odchodził na miejsca pustynne, modlił się do Ojca. Jeśli nie czynimy tej drugiej rzeczy, jeśli z miłości do Boga nie wchodzimy „do izdebki”, tylko poprzestajemy na modlitwie liturgiczno-wspólnotowej, to wtedy nie żyjemy całkiem w duchu Jezusa. Efektem tego może być, niestety, popadnięcie w rutynę. To jest bardzo niebezpieczne. To może nawet zabić życie duchowe. Dlatego muszę o nie zadbać.

– Jak każdy… Ale poziom życia duchowego kapłana jest o tyle ważniejszy, że ma wpływ na innych. Jak Ksiądz podkreślał: „jeżeli kapłan nie idzie sam na swoją pustynię, to jego owce też tam nie pójdą”.

– Skoro Jezus sam daje nam przykład swoim życiem, a my mamy być alter Christus – „drugim Chrystusem”, to nie możemy się obyć bez codziennych chwil sam na sam z Bogiem.

– Mówił Ksiądz też o modlitwie wewnętrznej, konkretnie o modlitwie w ciszy – że wystarczy przeczytać kilka zdań Pisma Świętego, zamknąć oczy i słuchać Boga w sobie. Wydało mi się to… całkiem proste. Może rzeczywiście jest tak, że my w życiu duchowym za wiele komplikujemy? Może istotnie modlitwa nie jest aż tak skomplikowana, jak nieraz sądzimy?

– Dokładnie. Rozrost różnych formuł – przerost nawet – może być niedobrym symptomem, bo sam Jezus mówi: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi” (Mt 6, 7). Kiedy człowiek się modli, myśli zwykle, że ma mówić; że to on prowadzi tę modlitwę, a tymczasem modlitwa to jest przebywanie z Bogiem. Modlitwę rozumiem – za św. Teresą z Avili, św. Janem od Krzyża czy św. Teresą od Dzieciątka Jezus – jako nawiązanie kontaktu z Bogiem po to, by Mu się całkowicie oddać. Owszem, można mieć pewne intencje, jednak Jezus w modlitwie „Ojcze nasz” pokazał, jakie te intencje powinny być – przede wszystkim ukierunkowane na chwałę i na wolę Bożą. Ważne jest, by modlitwy nie sprowadzać do intencji – chociaż czasem są bardzo wzniosłe. Modlitwa to przestrzeń, w której człowiek ma całkowicie oddać się Bogu – tak jak Jezus oddawał się całkowicie Ojcu. Na przykład modlitwa w Ogrójcu – to modlitwa oddania swojej woli. Ona kończy się na krzyżu: „Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha mego” (Łk 23, 46). Znowu oddanie. A więc modlitwa to jest ćwiczenie się w miłości, żeby Bogu się całkowicie oddać. I to dla ludzi jest często abstrakcją.

– I chyba mało się o tym mówi.

– Tak, mało się o tym mówi. Mówi się raczej o różnych formach uwielbienia, prośby, adoracji, natomiast mało o tym, że w milczeniu, jednym zdaniem, można się całkowicie Bogu oddać. W takiej modlitwie zawsze inicjatywa należy do Jezusa, dlatego to nie my powinniśmy Go zagadać. Powinniśmy otworzyć najpierw Słowo Boże. Na przykład przeczytać Ewangelię z dnia. To jest Słowo Boga do mnie dzisiaj. Wszyscy chrześcijanie na całym świecie to Słowo dzisiaj otrzymują. Więc warto pozostać z tym Słowem na przykład na pół godziny i odpowiedzieć kilka razy, jak św. Piotr: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” (J21, 15). Bóg wtedy przejmuje nad nami inicjatywę, człowiek nie stawia Mu oporu – i zaczyna się życie duchowe: pasjonujące życie, które prowadzi do całkowitego zawierzenia. Wtedy cokolwiek się stanie, na przykład krytyka, cierpienie, choroba moja czy kogoś bliskiego, śmierć – wszystko jest w tej logice: Oddałeś? Dobrze, a więc to jest następny moment, żeby jeszcze raz siebie oddać. Jeżeli my ciągle prosimy – nawet dla dzieci, dla męża – gdy nastąpi coś trudnego, pojawia się bunt: „Dlaczego, przecież się modliłem za niego”. Czym innym jest modlić się za kogoś o dobro, a czym innym jest oddawać tego człowieka Bogu i siebie również.

Ludzie mówią: przecież czytamy w Ewangelii: „Proście a otrzymacie” (J16, 24). Nie otrzymują i pytają, dlaczego. A my często modlimy się egoistycznie. Trzeba kołatać, ale na końcu jest zdanie: „Ojciec niebieski da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą” (Łk 11, 13). Ducha Świętego zawsze da: Jego wolę, Jego myślenie, Jego logikę – tego możemy być pewni. Ale niekoniecznie da nam to, o co prosimy. Jako kapłani nieraz zachęcamy do modlitwy o zdrowie, a nie uczymy ludzi, że najcenniejsze jest to, co mnie najbardziej kosztuje, i że to mam oddać. Na przykład św. Teresa z Lisieux nigdy nie modliła się o swoje zdrowie. Pragnęła nawet cierpieć więcej, żeby ulżyć misjonarzowi w Afryce, którego miała pod opieką duchową. Pragnęła szybciej umrzeć. Podobnie Ignacy Antiocheński – chciał, by nie przeszkadzali mu chrześcijanie w Rzymie, kiedy miał być stracony.

Czasem modlitwa może być formą egoizmu, traktowania Boga jak „skrzynki skarg i zażaleń”. To takie trochę instrumentalne traktowanie Pana Boga. Ja nie mówię, żeby się nie modlić o zdrowie, ale: po pierwsze, bardziej dla drugiego niż dla siebie. My powinniśmy mówić: „Bądź wola Twoja”. W „Ojcze nasz” nie ma prośby, żeby mnie Bóg wyzwolił z choroby… Od złego – tak, ale chodzi przede wszystkim o zło duchowe. Po drugie, św. Jan od Krzyża mówi, że owszem, wszystkie uzdrowienia, charyzmaty, znaki były bardzo potrzebne na początku głoszenia Ewangelii, kiedy wiara nie była jeszcze utwierdzona, kiedy chrześcijaństwo musiało się „przebić”. Teraz nie ma już takiej potrzeby, bo chrześcijaństwo już się przebiło i o wiele ważniejsze jest obecnie życie chrześcijan w duchu zawierzenia, a nie szukanie znaków. Myślę, że św. Jan ma dużo racji.

– Często nasze odczucia przyjmujemy jako kryterium dobrej modlitwy. Z drugiej strony niekoniecznie wyglądamy jej owoców…

– Bardzo ważne jest, by nie budować wiary na odczuciach. Nasza religijność, zwłaszcza w Polsce, jest istotnie bardzo uczuciowa. Ludzie mówią: „Jeśli nie czuję – nie mam Ducha”. To uproszczenie. Duch Święty działa w sposób spokojny, bez żadnego „czucia”. W Ogrodzie Oliwnym Jezus nic nie czuł, On walczył, miał odczucie osamotnienia. Owocem dobrej modlitwy nie jest to, czy ja się dobrze po niej poczuję, nawet czy jestem uzdrowiony – to może być nawet niebezpieczne, a nawet może być działaniem szatana. Owocem dobrej modlitwy jest to, czy więcej służę, czy jestem bardziej otwarty na potrzeby innych, czy bardziej zapominam o sobie. To jest prawdziwy owoc modlitwy.

– Zdarza się usłyszeć na katechezie czy podczas kazania, że modlitwa jest Bogu niepotrzebna; że to raczej my jej potrzebujemy – by się dać napełnić, umocnić, by dostać światło, by rozeznać, jaka jest wola Boża. Ksiądz mówi coś innego: że Bóg pragnie naszej modlitwy, chce się w nas wpatrywać – bo nas kocha. Proszę to wyjaśnić.

– My na modlitwę idziemy dla Boga, a nie dla siebie. Tak, Pan Bóg pragnie naszej modlitwy, i to bardzo. Idziemy na modlitwę nie po to, by coś od Niego otrzymać czy się lepiej poczuć – bo wtedy znów myślelibyśmy o sobie. Idziemy na modlitwę dla Boga, żeby się Jemu oddać i to, co mówiła św. Teresa od Dzieciątka Jezus: żeby Bogu sprawić radość. Żeby Go złapać za serce. On ma jeden „słaby punkt” – serce właśnie. Wiedziała, że Jezusowi sprawia radość. Dlatego nie zważała na to, czy ma wzniosłe myśli na modlitwie, czy się dobrze czuje, tylko szła, by oddać się z miłości; miała w Karmelu godzinę modlitwy w ciszy rano i godzinę wieczorem. Ona jakby wchodziła do Nieba, tylko go jeszcze wtedy nie widziała. Któryś z Ojców Kościoła powiedział nawet, że Bóg popada wtedy w ekstazę – bo widzi, że człowiek niczego od Niego nie żąda, o nic Go nie prosi, tylko po prostu chce Mu się oddać w miłości. Modlitwa jest nam potrzebna, ale Bogu sprawia wielką radość, bo Bóg ma także ludzkie oblicze. On jest miłością. Na miłość można odpowiedzieć tylko miłością. To nie jest tak, że ktoś kogoś kocha i nie potrzebuje z drugiej strony miłości. Miłość rodzi miłość.

– W pewnym rozważaniu niedawno zmarły włoski teolog, ks. Pasquale Foresi, mówi, że modlitwa to powrót do domu Ojca, rozmowa w naszym prawdziwym domu… Zanim wrócimy do tego domu – przechodząc przez bramę śmierci – powinniśmy zatem ćwiczyć się w modlitwie, jeszcze żyjąc?

– Jak najbardziej. Przestrzeń modlitwy to wejście w inny świat – i to jest jakby antycypowanie tego przyszłego szczęścia. Ja bardzo lubię Teresę z Lisieux; jej proste, a jakże genialne sformułowania. Mówiła na przykład pod koniec życia: „Obawiam się, że Pan Bóg po śmierci już niczym mnie nie zaskoczy”. No bo wszystko mam, jestem z Nim zjednoczona; jedyna różnica jest taka, że jeszcze Go nie widzę twarzą w twarz. Kiedyś Go zobaczę, ale cała się Mu już oddałam – zdaje się mówić Teresa. I na końcu dodaje takie zabawne zdanie: „Ale żeby Mu nie sprawić przykrości, będę udawać zaskoczoną!”. To jest właśnie istota chrześcijaństwa – że ona już praktycznie żyje w zjednoczeniu, to Niebo jest dla niej bliskie, ona tam jest każdego dnia, jedynie jeszcze nie widzi tego wszystkiego, czego się spodziewa.

– A czym jest modlitwa nieustająca?

– Miłość do Boga przekłada się na ludzi. Taki musi być „kierunek” modlitwy. Skoro Bóg nam daje konkretne osoby, to znaczy, że mamy Go kochać teraz w nich – i dzięki temu modlitwa właściwie nigdy się nie kończy. To też jest jakieś misterium. Modlitwa nieustająca nie polega na tym, że się co chwilę coś odmawia, jakieś formuły ileś razy na dzień, ale na tym, że człowiek jest nieustannie uważny na to, że Bóg mu daje nową sytuację, daje następną osobę i następną. Wtedy człowiek przełamuje swoje zmęczenie, senność – i teraz, tutaj, daje się cały. Tak, jak w modlitwie oddawał się Bogu, tak tutaj dalej oddaje się Bogu, ale żyjącemu w drugim człowieku. To jest nieustająca modlitwa.

– Porozmawiajmy teraz o modlitwie osób cierpiących. Człowiek chory – jak się wydaje – ma dodatkowe przeszkody na modlitwie. Coś go boli fizycznie, przeżywa niepokój, niepewność co do przyszłości, czegoś się lęka, może myśli coraz częściej o śmierci… Jak w takim stanie ducha ma się modlić? O czym pamiętać?

– Bardzo ważne jest, jak ten człowiek modlił się wcześniej. Jeśli modlił się w duchu takiego zawierzenia, to o wiele łatwiej mu potem przyjąć cierpienie. Jeśli modlił się, ciągle prosząc o coś Boga: daj mi to, pobłogosław mi w podróży, w egzaminie – kiedy przychodzi cierpienie, może mieć trudniej. A więc bardzo ważne jest, jak człowiek wcześniej żył.

– Ale jeśli jest to ktoś, kto nie żył wcześniej modlitwą i ufną wiarą, a teraz zastaje go cierpienie… Co dzieje się z nim?

– Tutaj może dokonać się przyspieszenie w życiu duchowym albo odejście od Boga. Cierpienie jest takim momentem, kiedy można przyjąć postawę albo przeciwko Bogu albo za Nim. Człowiek już nie może wtedy uciekać. Wcześniej może żył sobie z dnia na dzień, nie myślał za wiele o sprawach duchowych, a teraz zostaje skonfrontowany ze swoim wnętrzem. Jeżeli nie akceptuje swojej nowej sytuacji, zwykle odchodzi od Boga. Wtedy rodzą się pytania: „Gdzie jest Bóg? Boga nie ma, skoro jest takie cierpienie”. Pójście w drugą stronę powoduje, że modlitwa ulega znacznemu pogłębieniu, tzn. że człowiek przestaje się już modlić np. o jakieś dobra, a jego modlitwą staje się zawierzenie. Tak, jak wcześniej oddawał tę miłość w słowach, tak teraz oddaje swój ból, swoją niemożność np. to, że nie może chodzić, że jest przykuty do łóżka. Wtedy to jest jego Ogrójec, kiedy mówi: „Nie moja, ale Twoja wola niech się stanie” (Łk 22, 42) – i modlitwa staje się aktem zawierzenia. Cierpienie jest dla mnie takim „zaskoczeniem”. Jak mówi św. Paweł – przemawia w porę i nie w porę. Cierpienie nie pozwala pogrążyć się w jakimś marazmie. Albo opowiem się za Bogiem i wtedy muszę mu całkowicie zawierzyć, jak Hiob, albo odrzucę Go… Racjonalne jest jedynie wyjście Hioba. W tej historii w pewnym momencie żona mu mówi: Bóg ci wszystko zabrał, przeklinaj Go (por Hi 2, 9). A on pyta, czy jest szalona, że to proponuje. On wybiera inną drogę: „Pan dał, Pan zabrał, niech imię Pańskie będzie błogosławione” (Hi 1, 21). I wtedy człowiek dużo nie mówi – jak Hiob – ale w tym jednym zdaniu jest całkowite zawierzenie. I tak może być już do śmierci… Może nie przyjść upragnione uzdrowienie. Najczęściej nie przychodzi.

– Czy ktoś, kto cierpi, może znaleźć ukojenie w modlitwie?

– Człowiek cierpiący nie jest w stanie dużo mówić, np. męczy go różaniec – bo po prostu odczuwa ból. Wtedy modlitwa wewnętrzna jest dla niego ratunkiem, gdyż w niej nie ma wielu słów. Może na przykład powtarzać: „Pan dał, Pan zabrał. Niech imię Twoje będzie błogosławione” (Hi 1, 21). Albo to, co powtarzała Faustyna: „Jezu, ufam Tobie”. Albo to, co mówił Tomasz Apostoł: „Pan Bóg i Bóg mój” (J20, 28). Wtedy te krótkie zdania są całą modlitwą, bo to cierpienie też jest modlitwą. Ja zawsze się boję o tym mówić, bo sam nie cierpiałem fizycznie. Nie wiem, co by było, gdybym miał taki nieznośny ból jak na przykład obecnie jedna moja znajoma, która nie może już brać morfiny, bo serce jest za słabe. Ona jest jednym wielkim cierpieniem. Ja nie wiem, czy bym tak mógł…

– Jaka jest zatem „recepta na cierpienie”?

– Francuski teolog François-Xavier Durrwell mówi, że są dwa style życia i umierania. Albo się żyje „dla” siebie, albo się żyje „od” siebie. Dla siebie – to jest logika grzechu pierworodnego: zrywać owoce dla siebie wbrew woli Boga. Człowiek konsumuje, gromadzi i kiedy przychodzi cierpienie, jest dramat – bo nagle nie może konsumować, nagle musi oddawać, czyli żyć „od” siebie. A śmierć to już w ogóle jest absurd, bo musi wszystko oddać. Więc lepiej usnąć, poddać się eutanazji, odejść bezboleśnie. Jeśli żyje się „od” siebie – żyje się w logice Trójcy Świętej, czyli miłości. Nie myślimy o sobie, tylko siebie dajemy. Modlitwa może być i w tym pierwszym i w tym drugim ukierunkowaniu. Może być myśleniem o sobie – zaspokojeniem własnych żądz, albo może być aktem oddania, zawierzenia, i w tym przypadku jeśli przychodzi cierpienie – jest to następny „teren”, żeby siebie oddać. A gdy przychodzi śmierć – wtedy oddaje się wszystko. To jakby kropka nad „i”. W takim wypadku śmierć jest najwyższym aktem miłości. Do tej pory człowiek oddawał cząstkowo, a teraz oddaje wszystko. Jest nawet takie przysłowie: „Jakie życie, taka śmierć”. To bardzo mądre przysłowie. Ono potwierdza to, co mówi Durrwell – że albo się żyje „dla” siebie i cierpienie nie ma sensu ani śmierć nie ma sensu – bo jest zanegowaniem takiego życia, albo się żyje „od” siebie i wtedy cierpienie, a potem śmierć są najbardziej egzystencjalnym dopełnieniem daru z siebie.

– Jak umierał Jezus? Rozmawiając z Dobrym Łotrem, zapomniał o swoim bólu, skupił się na bliźnim… I żył i umierał par excellence „od” siebie?

– Tak. Jezus na krzyżu – w ostatnich słowach – wszystko oddaje, nawet ducha, a po śmierci również serce. To wszystko ma sens. Jezus jest nieustannym, uosobionym darem z siebie. On nigdy nie myślał o sobie. Dlatego Jego śmierć jest aktem największej miłości. Bo w tej śmierci cały się oddaje. Wcześniej oddawał się jakby cząstkowo, a tutaj już wszystko: i ducha, i serce, i życie oddaje.

Jest taka książka Durrwella: „La mort du Fils” („Śmierć Syna”) – niestety nieprzetłumaczona na język polski. Nam się cały czas wbija do głowy chrześcijaństwo takie charyzmatyczno-uzdrawiające, myślenie o sobie, o tym, że Bóg nam pomaga – a to nie jest do końca tak… Bóg nas raczej wychowuje, przeprowadzając przez próby. On nas traktuje poważnie, a nie ciągle „przylatuje” z jakąś pomocą.

Wiadomo, że śmierć jest czymś przykrym. To, że płyną łzy – to jest normalne, ale nie można patrzeć tylko przez uczucie. Wiara mi mówi, że ten człowiek jest w lepszym świecie, że wszyscy tam zdążamy. Po to Chrystus przyszedł na ziemię – nie po to, żeby znieść śmierć fizyczną, tylko żeby znieść śmierć wieczną.

– Powróćmy jeszcze do cierpienia i choroby. Jak Ksiądz postrzega obecność chorego w Kościele?

– Zdecydowanie chorzy są tą podstawową cząstką w Kościele – bo oni dają siebie na całej linii. Jan Paweł II mówi, że to „najcenniejsza cząstka Kościoła”. Stuprocentowo się z tym zgadzam, bo cierpienie to najtrudniejsze doświadczenie człowieka i nawet jeśli on nie przyjdzie do kościoła, może być – oczywiście gdy żyje w duchu zawierzenia, oddania wszystkiego – o wiele bardziej w środku, w sercu Kościoła, niż ten, który przychodzi fizycznie.

– To jest też idea Apostolstwa Chorych, ofiarowania Chrystusowi cierpień w intencjach Kościoła, świata.

– Oczywiście. Ale myślę, że to jest również upodobnienie się do Boga. Nic tak nie upodabnia człowieka do Boga, jak cierpienie. My jesteśmy stworzeni na obraz Boga, a On jest zapomnieniem o sobie, darem z siebie, i On domaga się od nas, abyśmy czynili to samo. Człowiek cierpiący robi to w każdej chwili.

Z jednej strony jest ofiarowanie cierpień. Ale ja często podkreślam, że w cierpieniu nie chodzi tylko o to, by coś wynagradzać… Czasem mamy obraz Boga, który żądny jest wynagradzania. Chodzi bardziej o to, by utożsamić się z Bogiem, który daje wszystko do końca. A co On zrobi z tym naszym cierpieniem – to jest Jego sprawa. Mnie na przykład byłoby trudno powiedzieć, że ofiaruję moje cierpienia o nawrócenie jakiegoś człowieka. Bo ja nie wiem, czy ten człowiek nie jest bliżej Boga niż ja. Albo – jeśli on miałby takie warunki życia jak ja, może byłby sto razy bardziej święty, niż ja jestem?

Może ja zmarnowałem wiele talentów. Nie mam prawa nikogo oceniać. Mogę to cierpienie oddać Bogu, żeby się jeszcze bardziej upodobnić do Niego, a On niech robi z nim, co chce. Na pewno cierpienie – to są szczyty życia duchowego i w połączeniu z modlitwą – to jest po prostu arcydzieło, aczkolwiek w oczach świata może się jawić jako najgorsze zło. I znowu się kłania ta niezwykła logika Durrwella – albo się żyje „dla” siebie, albo „od” siebie. W tym drugim przypadku modlitwa połączona z cierpieniem jest naprawdę najwyższym aktem miłości na świecie.

– Wiem, że jako młody człowiek pracował Ksiądz jako sanitariusz w szpitalu i że ten rok był ważny dla przyszłego życia. Czy później także miał Ksiądz kontakt z chorymi?

– Pracowałem w szpitalach jako kapelan. W Polsce – jako zastępca kapelana, raz w tygodniu. W Anglii byłem na etacie kapelana. Zwykle jechałem tam na miesiąc czy na pół roku – proboszcz wtedy zwykle wyjeżdżał z parafii, a ponieważ był też kapelanem – zastępowałem go. No i tak jak każdy spotykam się z cierpieniem w rodzinie, w sąsiedztwie. Wiele myślę na ten temat. Ostatnio opublikowałem „Przewodnik po cierpieniu”, gdzie staram się dotrzeć do różnych sensów cierpienia i między innymi duchowego wymiaru modlitwy. Chciałbym w ten sposób jakoś pomóc osobom przeżywającym cierpienie.

– Urodził się Ksiądz 2 lutego. Czy ma to dla Księdza znaczenie – bo to przecież szczególna data?

– Zdecydowanie. Ja jestem tak szczęśliwy z tej daty, że to się w głowie nie mieści! Ma ona dla mnie podwójne znaczenie. Jest to dzień życia konsekrowanego – to wspaniałe. Super, że papież tak wymyślił! A jeszcze ważniejsze jest to, że to dzień Ofiarowania Pańskiego i w tym święcie zawarte jest właściwie wszystko. Skoro Bóg jest darem z siebie, to my powinniśmy żyć w duchu nieustannego ofiarowywania się. Tutaj Maryja oddaje to, co ma najcenniejszego, czyli swojego jedynego Syna. Słyszy słowa Symeona: „Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2, 35) – czyli bardzo trudne słowa, które się potem miały ziścić. Ona już na początku jest wezwana do tego, żeby się nie przywiązywać do swojego dziecka, żeby oddać je całkowicie. Ostatnim akordem będzie to, gdy stanie pod krzyżem. Cała istota życia chrześcijańskiego – to jest dar z siebie. Nawet nie modlitwa. To święto jest dla mnie istotą całego życia chrześcijańskiego. Z tego, że Pan Bóg tak zadziałał i właśnie w tym dniu się urodziłem – ogromnie się cieszę.

– No właśnie. Jest za co być wdzięcznym. Życzę więc, dziękując za rozmowę, by w życiu Księdza to ofiarowywanie siebie – Bogu i braciom – wciąż było głębsze i przynosiło coraz więcej radości. By liczne owce, bezpieczne i szczęśliwe, mogły iść za pasterzem księdzem Andrzejem na pustynię modlitwy, ale także na pustynię codzienności, również tę naznaczoną chorobą, cierpieniem, samotnością.


Zobacz całą zawartość numeru

Z cyklu:, Numer archiwalny, Kapłan wśród chorych, Miesięcznik, 2016-nr-08, Autorzy tekstów, Salik Dobromiła

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
28 29 30 1 2 3 4
14 15 16 17 18
19 20 22 23 24
26 27 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8
Dzisiaj: 25.05.2019