Powołanie w powołaniu
Dwaj słowaccy kapłani: ks. dr hab. Radoslav Lojan i ks. dr Emil Ragan opowiadają o swojej posłudze chorym. Obaj są wykładowcami na Uniwersytecie Katolickim w Rużomberku i kapłanami archidiecezji koszyckiej.
zdjęcie: Krzysztof Gawor
2026-01-30
Dobromiła Salik: – Poproszę Księży o krótkie przedstawienie się.
ks. Radoslav Lojan (RL): – Obecnie przede wszystkim pracuję naukowo, ale wcześniej również posługiwałem chorym. Spędziłem 6 lat w Kanadzie – w Ottawie, gdzie odbyłem studia doktoranckie zakończone doktoratem z bioetyki. Odwiedzałem domy opieki paliatywnej i przeprowadzałem badania na temat oczekiwań pacjentów, ich rodzin i personelu medycznego. Tematyka cierpienia i śmierci zawsze była dla mnie ważna. I tak zostało.
– Czy teraz, gdy jest Ksiądz dziekanem Wydziału Teologicznego, da się jeszcze znaleźć czas na duszpasterstwo chorych?
RL: – Obecnie mam inne zadania. Ale staram się przekazywać swoje doświadczenie studentom teologii, seminarzystom.
ks. Emil Ragan (ER): Ja pracuję razem z Radkiem; wykładam filozofię w Wydziale Teologicznym, a oprócz tego – od 22 lat – pełnię służbę w szpitalu oraz w hospicjum. To oddział geriatryczny św. Łukasza dla około 100 pacjentów. Wiele osób jest w stanie terminalnym. Odprawiam tam codziennie mszę, udzielam sakramentu chorych i sakramentu pojednania, rozmawiam z pacjentami i z personelem, jestem do dyspozycji… To taka służba towarzyszenia. Właściwy kontakt z chorym polega przede wszystkim na uznaniu jego ludzkiej godności. Na tej płaszczyźnie można porozumieć się z każdym.
– A jakie były korzenie zainteresowania Księży ludźmi chorymi, cierpieniem, umieraniem?
ER: – To wyszło tak naturalnie. Mam wujka księdza i przed laty odwiedzaliśmy razem moją chorą babcię. Od tego czasu po prostu przyzwyczaiłem się do tej posługi. Babcia odeszła już dawno, a ta posługa została i zacząłem odwiedzać inne chore osoby. Mówi się, że to jest takie „powołanie w powołaniu”. Nie każdy ksiądz ma takie pragnienie i takie zdolności...
RL: – No właśnie, masz rację! Ja trochę boleję nad tym, że niewielu księży chce pracować z chorymi. Nieraz podczas zajęć z klerykami czy z diakonami – tuż przed święceniami – pytam: „Kto z was chciałby pracować jako kapelan szpitala?” i… zazwyczaj nikt się nie zgłasza! Czyli oni zwykle w ogóle nie biorą pod uwagę posługi chorym. A kiedy drążę temat dalej i pytam: „Ale dlaczego? To jest wspaniała służba!”, oni odpowiadają: „Ale to jest bardzo trudne, dołujące; wymaga poświęcenia czasu; zabiera całego człowieka; nie pozostawia wolności; trzeba być bardzo blisko chorego; boję się emocji”. Albo też: „No bo ja nie rozumiem cierpienia”. I ja wtedy pytam: „Czy nigdy nie chorowałeś? Nigdy nie przeżywałeś czegoś trudnego? Na pewno to ci się przydarzyło, więc wiesz, na czym polega cierpienie”. Tak, to rzeczywiście jest „powołanie w powołaniu”… Powołanie „kapelańskie”. Nie jest dla każdego.
– Co najbardziej pociąga w posłudze na rzecz chorych?
RL: – Dla mnie najciekawszy był i jest aspekt towarzyszenia. Po słowacku mówi się: doprowadzanie, eskortowanie. Myśli się czasem, że być blisko człowieka – to jakoś działać. Tymczasem niekoniecznie trzeba coś dla niego robić: mówić do niego, dać mu jeść, pić, umyć mu włosy. Również to, ale przede wszystkim chodzi o ludzką bliskość. Kiedy od strony teologicznej patrzymy na cierpienie, podkreślamy, że ważna jest modlitwa. Jednak jeśli ktoś nie jest wierzący – jaka tam jest teologia? Otóż tam też jest „teologia” i ona zasadza się na „cichości”, na tym, że ja jestem „dla ciebie”, a nie dla siebie i moich potrzeb. Można by powiedzieć, że jest to „tracenie” czasu. Ten czas z pozoru jest czymś niepokaźnym, ale to jest bardzo ciekawy czas. Jak mówimy w teologii – to „czas oczekiwania” na przejście z jednego życia do Innego Życia. Człowiek towarzyszący nie musi dużo mówić. On powinien tylko być blisko. To może być ktoś z rodziny, ksiądz czy przyjaciel – wystarczy, że jest. To jego specyficzna praca, szczególne zadanie. A przy tym trzeba pamiętać, że nie musimy wszystkiego rozumieć. Nieraz chcemy wiedzieć, co ten człowiek przeżywa, co myśli, co czuje. A on nie ma w głowie jakichś teorii czy koncepcji świata; on tylko myśli, jak dobrze ukończyć swoje życie, jak przeprawić się w wieczność. I to jest dla towarzyszącego bardzo wymagające. Być blisko tej osoby – i nie powiedzieć nic, i nie pokazać emocji, i nie interesować się sobą; być pustym tak jak Chrystus był pusty wobec człowieka – to są ważne zadania. Czy jest to chwila, czy godzina, czy miesiąc, czy rok albo lata w życiu danego człowieka – różnie to wygląda. Zawsze jednak trzeba się jednoczyć z tym człowiekiem.
– A czy nie ma trudności ze strony personelu? Pamiętam, że podczas poprzedniej konferencji mówiono, że na przykład w Hiszpanii ksiądz nie ma prawa chodzić do chorych, ale musi czekać na konkretne wezwanie.
ER: – My nie mamy ograniczeń. Wszystko odbywa się w dużej harmonii, jest taka wolność – mogę odwiedzać chorych. Nie narzucam się, ale kto chce, może ze mną porozmawiać czy skorzystać z sakramentów. Personel robi swoje i ja swoje. Mamy dobre relacje. Jest kaplica i w tej kaplicy są msze. Do kaplicy personel przychodzi rzadko, ale kilka osób zagląda. Poza tym pomagają, czasem wskazują, kim trzeba się bardziej zająć, bo zostało mu niewiele czasu. Chorzy są bardzo różni. Niektórzy chcą po prostu pogadać, a ktoś inny nie chce ode mnie nic. Moja misja polega na tym, by pomóc i jeśli jest to możliwe – pokazać Pana Boga. Nieraz ludzie zaczynają rozmowę na tematy świeckie, ale to jest tylko punkt wyjścia i potem przechodzimy na tematy głębsze, duchowe.
RL: – Tutaj trzeba podkreślić, że jednym z najważniejszych motywów każdego życia – obojętne, czy jest pobożne, czy nie – jest nadzieja. Tę nadzieję mamy nieść. Nie powinniśmy opowiadać o cierpieniach świata, o problemach, ale mamy ludziom chorym, a tym bardziej umierającym dawać nadzieję. Albo nadzieję na wyzdrowienia, albo taką, że wszystko jest w porządku, że jest tak, jak ma być. Zauważyłem, że nieraz rodzina chorego albo nawet ksiądz chce tym chorym mówić o różnych sprawach tego świata, myśląc, że to ich interesuje. Tymczasem dla nich to już nie ma znaczenia, bo ich świat stał się bardzo mały. Poza tym jeśli opowiadamy choremu o wojnie w Ukrainie, o cierpieniach ludzi w Ziemi Świętej czy o tym, że ktoś zostawił żonę i dzieci – otwieramy go na świat, który przed nim się zamyka, a na dodatek jest pełen problemów i bólu. To jest atak na jego samopoczucie, myśli… i ten człowiek nie może umierać w pokoju – bo tam pokoju nie ma, nadziei nie ma! Tam są same problemy. A więc lepiej tych ludzi chronić przed takimi sprawami i pomagać im odchodzić, tłumacząc, że ich misja się zakończyła, ale wszystko toczy się swoimi torami. Tymczasem przy łóżku chorego rodzina często rozmawia o swoich problemach. Ktoś ma problem z samochodem, ktoś inny ze swoją wnuczką. Chory zaczyna myśleć – jak to się mogło stać, jak to możliwe, co zrobić, żeby rozwiązać tę sytuację. I martwi się, i to nie daje mu pokoju. Kiedy pytałem ciężko chorych, o czym myślą, za kogo się modlą – zawsze mówili o innych, nigdy o sobie. Żeby mój syn znalazł pracę. Żeby mój wnuk spłacił kredyt. Ja mówię wtedy: „Ale to nie jest Pana sprawa, teraz Pan nie powinien się tym martwić”. Ci ludzie mają już inną perspektywę i trzeba z nimi rozmawiać inaczej.
– Ale na pewno trudniej jest dotrzeć do ludzi niewierzących…
RL: – Była niedawno dyskusja na Słowacji wokół tego, czy kapłan może podchodzić do pacjenta, jeśli on jest niewierzący. Państwo chciałoby określić to prawem, odwołując się do wolności człowieka i wolności wyznania. Ale w rzeczywistości jest tak, jak mówił Emil – że przychodzimy do wierzących i do niewierzących i każdy może w jakimś momencie zechcieć porozmawiać, przyjąć księdza. Ktoś może być w depresji, może potrzebować pomocy. I to może być mama, brat czy dziadek tego polityka… To była ważna debata dotycząca apostolstwa wobec chorych w szpitalach, która spolaryzowała społeczeństwo, ale też zwróciła uwagę na problem. Widzę po naszych studentach, że jeśli mają praktyki w szpitalu, bezpośredni kontakt z pacjentem albo też mają chorego w rodzinie, wtedy się zmieniają, zaczynają inaczej myśleć. Widzą w chorym osobę. Inaczej – to jest dla nich tylko teoria.
– Wróćmy jeszcze do personelu medycznego.
RL: – Tak, to ważne. My często zapominamy o tych osobach, o tym, co one przeżywają, jak się zachowują. Ja sobie myślę, że dopóki ten personel nie zobaczy w chorym swojego ojca, swojej matki, będzie wykonywał tę pracę w sposób formalny, jedynie z obowiązku. Jeśli jednak przyjmę koncepcję osoby, kiedy będę pomagał choremu jak osobie bliskiej, zmieni się cała moja praca. To jest przemiana osobowościowa, mentalna, duchowa.
ER: – Często personel nie zastanawia się nad tym głębiej. Pracuje od siódmej do którejś godziny, wykonuje pracę jak każdą inną. Tak więc trzeba rozmawiać także z personelem. Słuchać tych osób, być z nimi tak, jak chcą. Kiedy jest szacunek i empatia, nawet jeśli ktoś jest niewierzący, wie, że to nie indoktrynacja; pozostaje wolny. Nasze podejście jest ważne i może pomóc. I tym osobom, i pacjentom.
– Jak wygląda duszpasterstwo chorych – służba cierpiącym na Słowacji?
ER: – W dużych miastach i w dużych szpitalach są księża, którzy poświęcają się wyłącznie tej posłudze. Ale jest ich niewielu, może ośmiu, może dziesięciu w całej archidiecezji. W miasteczkach i wioskach tę posługę sprawują duszpasterze parafialni. Znam jeden godny podziwu przypadek: w pewnej parafii ksiądz chodził każdego ranka do swoich chorych parafian z Komunią świętą. Odwiedzał ich codziennie!
– Piękne, ale niepopularne…
RL: – Niepopularne, tak. Ale z drugiej strony – ja mieszkam w parafii, w której od kilku lat jest taka tradycja, że po niedzielnych mszach rodziny biorą Eucharystię dla swoich chorych do domów. Wcześniej były to dwie, trzy osoby, a teraz zdarza się nawet dziesięć albo piętnaście! Te osoby przechodzą formację, by wiedziały, co mogą, a czego nie mogą robić i jak w domu przeprowadzić krótkie nabożeństwo udzielenia Komunii. Poza tym, dla nich to też jest motywacja, by dbać o własne życie sakramentalne. Niektórzy przychodzą podziękować, mówią, że to ich samych przemienia. Zdarzyło się też, że ktoś – zapytany – odpowiedział, że nie może pełnić tej funkcji i prosi, by powierzyć ją komuś innemu.
ER: – Mamy też zwyczaj, podobnie jak w Polsce, pierwszych piątków miesiąca i wtedy ksiądz odwiedza chorych w domu, by ich wyspowiadać i udzielić Komunii świętej. Podobnie – przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem.
RL: – W tym miejscu dodam, że najczęściej osoba chora nie czeka na mnie, tylko naprawdę na Pana Jezusa! Ostatnio zastępowałem księdza wikarego i pani, do której poszedłem, była niewidoma. Powiedziałem więc: „Jestem ks. Radek Lojan i przyniosłem Pana Jezusa”. A ona na to: „Ja nie czekam na Radka Lojana. Ja czekam na Jezusa!”. Więc ja potwierdzam: „No i Jezus jest tu!”. Podczas modlitwy ona była twarzą skierowana w moją stronę, ale nie było widać żadnych emocji, jednak kiedy powiedziałem, że Jezus jest tu – „Oto Baranek Boży” – i dałem jej Eucharystię, ona zaczęła się śmiać. I ja jej powiedziałem: „Pani mnie nie widzi, ale ja teraz uśmiecham się do Pani, bo pokazała mi Pani, że są różne ważne sprawy w życiu, ale kiedy przychodzi Jezus, ludzie zaczynają się śmiać!”. Odpowiedziała: „Ja się stale śmieję, bo to jest mój Pan Jezus!”. No i zostawiłem ją z jej Panem Jezusem! To są takie miłe spotkania; to jest wiara, która jest wyjątkowa, która buduje. Mam też przykłady młodych ludzi, którzy interesowali się, dlaczego ktoś czeka na Jezusa. Wtedy można próbować ewangelizować, „oswoić” tego człowieka, powiedzieć mu, co to znaczy „czekać na Jezusa”.
– Czy macie świeckich szafarzy Eucharystii?
ER: – Nie mamy świeckich szafarzy jak w Polsce. Zresztą w innych wspólnotach nie ma takiego zwyczaju jak ten, który opisał Radek. W jego parafii jest wikary, który studiował w Rzymie – i to on umożliwił tę posługę rodzinom chorych.
– Powiedzmy na koniec kilka słów na temat wymagań wobec bliskich ciężko chorego czy umierającego.
RL: – Jest taki obraz Edvarda Muncha. Nosi tytuł „Śmierć w pokoju chorego”. Przedstawia tytułowy pokój, a w nim grupę osób i łóżko. Wszystkie te osoby są czymś zajęte, w większości – jak się wydaje – własnymi myślami… Tym, co zastanawia czy wręcz szokuje, jest to, że nikt nie patrzy na osobę chorą (lub umierającą). Czy tak naprawdę obchodzi nas ten ktoś, kto leży na łóżku? A od tego łóżka bije światło… To łóżko staje się ołtarzem, gdzie ta chora osoba poświęca siebie Bogu. Na tym łóżku choruje, może umiera ktoś bliski – ktoś, kto jest moją matką, moim ojcem, moim bratem… Tak jak ksiądz poświęca swoje życie Bogu, tak ten człowiek poświęca się Bogu na ołtarzu cierpienia, na ołtarzu umierania. Warto zatrzymać się i zastanowić nad swoją postawą wobec tych, którzy cierpią...
– Dziękuję bardzo za tę rozmowę i przybliżenie Czytelnikom „Apostolstwa Chorych” słowackiego – a przede wszystkim osobistego Księży – spojrzenia na świat cierpienia i umierania oraz towarzyszenia tym, którzy, jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, są „najcenniejsi” i „najbliżsi Chrystusowi".
Zobacz całą zawartość numeru ►