Po prostu wujek

Ojciec Tomasz Czaja, kamilianin, opowiada o pomyśle Boga na jego życie i radości płynącej ze służby.

zdjęcie: www.kamilianie-zabrze.pl

2013-06-06

Redakcja: – Jestem wdzięczna, że znalazł Ojciec czas na rozmowę ze mną podczas swojego urlopu. Korzystam z okazji, bo rzadko bywa Ojciec w ojczystym kraju.

O. Tomasz Czaja: – Tak się złożyło, że moi przełożeni skierowali mnie do pracy najpierw we Włoszech, teraz w Hiszpanii. Ale chociaż żyję i pracuję zagranicą, to jednak najlepiej czuję się w Polsce, wśród swoich – u Mamy i Taty.
 
 – W takim razie „zostańmy” w Polsce. Tutaj wszystko się zaczęło. Życie, powołanie i służba. Dlaczego wybrał Ojciec akurat zakon kamiliański?

 – Wiedziałem, że pragnę zostać księdzem, który będzie służył chorym. Miałem w sobie pewność, że to jest droga, którą powinienem pójść. Udałem się więc do mojego ówczesnego proboszcza i poprosiłem go o wykaz zakonów, które służą chorym. Powiedział, że właściwie istnieją trzy możliwości: bonifratrzy, kamilianie i albertyni. Pan Bóg jakoś tak pokierował moimi drogami, że pojechałem do kamilianów i trafiłem na bardzo młodego prowincjała, który cierpliwie odpowiedział na wszystkie moje pytania dotyczące zakonnego życia. Po tej jednej rozmowie wiedziałem, że znalazłem dokładnie to, czego szukałem.
 
 – A pamięta Ojciec genezę tego pragnienia oddania się chorym na służbę?
 – Nigdy wcześniej nie miałem kontaktu z jakąś ciężką chorobą i chorymi. Kończyłem szkołę hutniczą. Co prawda sam ciężko chorowałem, ale było to w okresie niemowlęcym, nie mogę więc pamiętać tej choroby jako czegoś, co mnie poważnie doświadczyło. Nawiasem mówiąc, mój stan był bardzo poważny. Pierwszych 11 miesięcy życia spędziłem w szpitalu. Ochrzcił mnie mój Tata zaraz po narodzinach, bo istniało niebezpieczeństwo, że umrę. Co do genezy pragnienia, by służyć chorym, to myślę, że to jednak Boże działanie i Jego pomysł na moje życie. Jestem Mu za to wdzięczny.
 
 – Miał Ojciec zapewne wiele niezwykłych spotkań z chorymi. Czy któreś szczególnie zapadło Ojcu w pamięć?
 – Takie szczególne spotkanie trwało 5 lat. Wówczas jako kleryk byłem wolontariuszem w warszawskim hospicjum dla dzieci. Kiedy zostałem księdzem, dyrektor tej placówki poprosił Księdza Prymasa, bym nadal mógł służyć chorym i umierającym. Mali pacjenci i ich rodziny dobrze mnie znały. Często nazywały mnie wujkiem. Ksiądz Prymas zgodził się i z wieloletniego wolontariusza „awansowałem” na kapelana. Szczególnym spotkaniem, które zapamiętam do końca życia było spotkanie przy łóżku umierającego dziecka. Pragnęło ono z całego serca przyjąć Komunię Świętą, ale nie osiągnęło jeszcze wymaganego wieku. Przy łóżeczku leżało kupione ubranko komunijne. Nowe, pachnące. Obok rodzice oczekujący na moją decyzję. Pamiętam, że modliłem się, pytałem starszych, doświadczonych kapłanów, co robić. W końcu zdecydowałem, że udzielę Komunii. Dzisiaj wiem, że decyzja była słuszna, ponieważ dziecko po przyjęciu Komunii Świętej zmarło jeszcze tego samego dnia. Podejmowania takich decyzji nie można nauczyć się na teologii czy w zakonnym seminarium.
 
 – Posługa wolontariusza czy kapelana to także kontakt z rodzinami podopiecznych.
 – Tak, to ważna część mojej posługi. Staram się towarzyszyć im w lęku i bólu. Moja rola polega czasem jedynie na byciu. Owszem, zdarza się, że odpowiadam na pytania, wyjaśniam wątpliwości, ale tak naprawdę głównie służę dyskretną obecnością.
 
 – Chyba jednak najtrudniej „być” przy osobie, która cierpi lub odchodzi.
 – Mam przed oczami czteroletnie dziecko, któremu towarzyszyłem w przejściu do Wieczności. Pamiętam, że choć było małe, dobrze wiedziało, że umiera. Krótko przed śmiercią poprosiło mnie: „Wujku, kiedy umrę, powiedz mamie, żeby nie płakała”. Każdy wolontariusz, czy kapelan z pewnością mógłby opowiedzieć niejedną taką historię.
 
 – A co z trudnymi pytaniami w obliczu zbliżającej się śmierci?
 – Takie pytania zasadniczo dzielą się na dobre i złe. Pewien starszy kapłan, który całe życie służył chorym mawiał, że jeżeli człowiek chory lub umierający wykrzykuje pytanie „dlaczego?”, to trzeba to potraktować jako jego modlitwę. I to jest dobre pytanie. Złym pytaniem zadawanym w obliczu śmierci jest pytanie „dlaczego ja, a nie ktoś inny?” To jest egoizm. Na szczęście Bóg jest większy od ludzkich kalkulacji i potrafi sobie z tym egoizmem poradzić. Dał zresztą człowiekowi najlepszą odpowiedź na te trudne pytania, posyłając na świat Jezusa Chrystusa. Śmierć generalnie wszystkich nas przerasta, mnie również. Przecież ja nie wskrzeszę tego człowieka, więc w tym względzie faktycznie jestem bezradny. Ale w optyce wiary, jako kapłan często mogę mu pomóc mocą Boga. Aby uśmierzyć ból, można zaaplikować dawkę leku. Aby uśmierzyć cierpienie, nie wystarczy zastrzyk. Tutaj potrzeba Samego Boga. Dzieje się tak dlatego, ponieważ ból to nie jest to samo, co cierpienie. Na dramatyczne pytania umierających nie ma odpowiedzi bez Pana Boga. Koniec. Kropka.
 
 – Co robi Ojciec na szpitalnych oddziałach?
 – Chodzę. Wciąż pokutuje pogląd, że jeśli ksiądz wchodzi na oddział, to jest to znak, że ktoś umiera. A ja po prostu odwiedzam moje oddziały. Musiałem nauczyć moich podopiecznych myślenia: odwiedzam was nie dlatego, że umieracie ale dlatego, że jesteście chorzy. Dzięki tym częstym wizytom pacjenci dobrze mnie znają, mają odwagę tworzyć więzi i rozmawiać o Panu Bogu. Oni mnie widzą codziennie i dzięki temu mój widok nie budzi w nich lęku.
 
 – Jako kamilianie macie szczególny charyzmat służby chorym. Z tym wiąże się dodatkowy ślub, który składacie.
 – Ten „dodatkowy”, ślub jest w naszym zakonie pierwszy i najważniejszy. Formuła ślubowania brzmi: „Ślubuję służyć chorym – nawet z narażeniem życia – w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie”. Staram się więc służyć wszystkim potrzebującym, których spotykam. W swoim zakonnym życiu miałem okazję posługiwać wielu ludziom. Jako wolontariusz chodziłem na przykład do więzienia na Służewcu w Warszawie i towarzyszyłem więźniom z wirusem HIV. Jak widzisz, miłość nie wybiera – ona posyła wszędzie!
 
 – Wiem, że wśród chorych jest Ojciec szczęśliwy.
 – Jestem. Pragnę im podziękować za wielki dar cierpienia, którym dzielą się z innymi. Ono ma ogromną wartość! Chcę powiedzieć każdemu cierpiącemu człowiekowi, że jest kochany przez Boga i spoczywa w Jego dłoniach. Proszę chorych o modlitwę w intencji powołań do naszego zakonu. Bardzo tej modlitwy potrzebujemy. Tylko oni – aktywni swoim bólem i trudnościami – są w stanie wyprosić nam tę łaskę.

Miesięcznik, Numer archiwalny, 2012-nr-12, Kapłan wśród chorych, Z cyklu:

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 05.04.2020