Po drugiej stronie obrazu

Angelika Felka opowiada o doświadczeniu potężnego bólu utraty i nadziei, która przynosi ukojenie.

Mała Hania, choć fizycznie nieobecna, wciąż jest kochana przez swoich najbliższych. Pamięć o niej jest niezwykle żywa i pielęgnowana. Do dzisiaj z powieszonych na ścianach fotografii spogląda pogodne oblicze Hani, która dla wielu okazała się Łaską (Hannah po hebrajsku znaczy łaska).

zdjęcie: Archiwum prywatne

2013-06-06

Redakcja: Dziękuję, że zgodziłaś sie na te rozmowę. Spotykamy się po latach urwanego kontaktu i może dlatego jakoś szczególnie cieszę się na ten czas spędzony z Tobą

Angelika Felka: Takie powroty do starych znajomości bywają często nieoczekiwanym zbiegiem okoliczności. Lubię je właśnie dlatego, że mają w sobie element niespodzianki.
 
  Życie faktycznie pisze czasem takie scenariusze na które sami byśmy nie wpadli. Pół biedy, jeśli są to scenariusze szczęśliwe. Dużo trudniej, gdy trzeba stanąć wobec dramatycznych doświadczeń. Poprosiłam Cię o tę rozmowę głównie dlatego, że życie jakiś czas temu postawiło Twoją rodzinę wobec takiego właśnie doświadczenia. Trudnego. Najtrudniejszego.
  Zgadza się. To, co wydarzyło się ponad dwa lata temu, było jak dotąd najtrudniejszym momentem mojego życia. Te wydarzenia spadły na nas jak grom z jasnego nieba i być może dlatego okazały się podwójnie bolesne.
 
  Ale początek tej historii był piękny.
  Tak. Z początków tej historii pamiętam tylko radość... Na świecie był już nasz syn Antek. Pragnęliśmy z mężem, aby do Antka jak najszybciej dołączyło rodzeństwo. Nie chcieliśmy, aby nasz syn wyrastał na kogoś, kto myśli, że jest pępkiem świata i wszystko należy się tylko jemu. Pan Bóg szybko obdarzył nas kolejnym dzieckiem. Wkrótce na świat przyszła Hania. Zdrowa, silna dziewczynka. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, nie mogłam opanować łez. Byłam tak szczęśliwa, że nie przerażała mnie nawet wizja sukieneczek, kokardeczek i falbaneczek. Pomyślałam wówczas, że jestem gotowa na wszystko.
 
 – Niestety trudności przyszły bardzo szybko. Z dnia na dzień okazało się, że musisz zdawać egzamin z tej „gotowości”.
 – Początkowo Hania rozwijała się wspaniale. Jedynym zmartwieniem była wykryta u niej przepuklina pępkowa, która jednak nie jest niczym nadzwyczajnym u noworodków i według zapewnień lekarza miała zostać w krótkim czasie wchłonięta. Hania była zresztą pod stałą opieką chirurga dziecięcego, więc nie było powodu do niepokoju. Któregoś dnia Hania przestała jeść, zaczęły się też silne bóle brzucha. Skierowano nas do szpitala, do którego trafiłyśmy 26 marca – dokładnie w dniu, w którym moja córka skończyła 4 miesiące. To był początek trudnych dni, które dopiero miały nadejść. Po badaniu USG okazało się, że Hania ma guza o średnicy 13 centymetrów, który zajmuje całą jamę brzuszną. Diagnoza: hepatoblastoma czyli nowotwór wątroby.
 
 – Nawet nie mam odwagi pytać o Twoją reakcję na taką wiadomość.
 – Ja cały czas byłam przekonana, że te nagłe kłopoty Hani są spowodowane przepukliną pępkową, że mamy do czynienia z drobnymi komplikacjami, które jednak wkrótce ustąpią. Tymczasem zaczęło do mnie docierać, że to nie są jakieś drobne komplikacje tylko bardzo poważna choroba, bezpośrednio zagrażająca życiu mojego dziecka.
 
 – Od chwili diagnozy Wasze życie rodzinne na dobre przeniosło się do szpitala, w którym trwało leczenie Hani. Jak ono wyglądało?
 – Lekarze poinformowali nas, że Hania będzie leczona chemią, a w przypadku, gdyby nie przyniosła ona oczekiwanych rezultatów, konieczny będzie przeszczep wątroby. Chemioterapię Hania znosiła wyjątkowo dobrze. Była pogodna, normalnie jadła i spała. Niestety przy ostatniej dawce chemii pojawiły się kłopoty z oddychaniem, jedzeniem i wydalaniem. Moja córka została przeniesiona na oddział intensywnej terapii, gdzie przez następnych 6 tygodni walczyła o życie. Do dzisiaj jestem pod wrażeniem zaangażowania lekarzy, którzy bardzo się starali, by pomóc Hani. Niestety nie udało się jej uratować. Jak powiedzieli później lekarze, nowotwór był jedynie pośrednią przyczyną śmierci, natomiast przyczyną bezpośrednią była niewydolność wielonarządowa. Okazało się, że chemia, która miała zniszczyć guza, jednocześnie wyniszczała cały organizm Hani. W pewnym momencie wszystkie jej układy odmówiły posłuszeństwa.
 
 – Domyślam się, że dzień w którym Hania odeszła, przywołuje te najbardziej bolesne i wciąż żywe wspomnienia.
 – Doskonale pamiętam czas umierania Hani. Te wspomnienia do dzisiaj żyją we mnie własnym życiem. Ten dzień pamiętam przede wszystkim dlatego, że Hania umierała w Dzień Matki. Dokładnie wtedy, gdy miała pół roku. Przypominam sobie, że prosiłam wówczas Pana Boga, żeby zabrał Hanię do Siebie, ale nie chciałam, aby stało się to w takim szczególnym dniu, jakim jest Dzień Matki. Prosiłam, aby Hania jeszcze trochę poczekała. Jeszcze jeden oddech, jeszcze jeden kwadrans, jeszcze jeden dzień. I poczekała. Odeszła 27 maja, 55 minut po północy. Tak jakby chciała mi na koniec oszczędzić dodatkowego bólu, że opuszcza mnie w dniu mojego święta.
 
 – Czy kiedykolwiek zadawałaś Panu Bogu pytanie dlaczego taka tragedia musiała spotkać akurat Ciebie?
 – Tutaj pewnie cię zaskoczę, ale moja konfrontacja z Panem Bogiem miała dosyć łagodny przebieg i raczej zmierzała w kierunku pogodzenia się z Jego decyzją. Początkowo czułam, że spotkała nas niesprawiedliwość, bo na świecie żyją ludzie dużo gorsi od nas i o ile w ogóle kogoś powinny spotykać takie rzeczy, to właśnie ich. Szybko jednak wyleczyłam się z takiego myślenia. Dzięki pomocy cudownych ludzi zaczęłam rozumieć, że Pan Bóg nie chciał mnie skrzywdzić czy za coś ukarać. On jedynie wykorzystał te dramatyczne doświadczenia, by przyciągnąć mnie do Siebie. To, co bolesne i trudne – obraca w dobro. Naturalnie nie od razu wszystko w tej kwestii było dla mnie tak oczywiste i klarowne. Zresztą do dzisiaj są we mnie pytania, na które po ludzku nie znajduję odpowiedzi.
 
 – Nie wydaje Ci się czasem, że nasze życie jest jak druga strona haftowanego obrazu? Tutaj na ziemi widzimy tylko poplątane nitki i supełki. Rzeczywisty obraz nie jest czytelny. Bo ten właściwy obraz jest po drugiej stronie życia. Kiedy już dostaniemy się na tę drugą stronę, wówczas zobaczymy właściwy obraz – jasno i wyraźnie. Wtedy w końcu uwierzymy, że każdy supełek faktycznie był Panu Bogu do czegoś potrzebny. I wpadniemy w zachwyt.
 – Całkiem możliwe, że tak właśnie będzie. Tych supełków, o których mówisz jest w moim życiu mnóstwo. Próbuję dostrzec w nich piękno tego właściwego obrazu. Póki co, idzie mi dość opornie. Ale myślę, że doświadczenie tak dotkliwej straty dało mi ważną lekcję – z czasem zrozumiałam, że nie od razu muszę znać odpowiedzi na wszystkie pytania, nie od razu wszystko musi być dla mnie jasne. Pozostaje przecież kwestia wiary i ufności w Opatrzność. Głęboko wierzę, że Ona nas prowadzi.
 
 – Kiedy słucham tego, co mówisz, z zawstydzeniem stwierdzam, że karzełek mojej wiary zmyka w podskokach. Musiałaś wykonać ogromną pracę duchową, by dojść do takiego myślenia. Nie wiem, czy mnie w obliczu podobnej tragedii byłoby stać na taką ufność.
 – Doświadczenie śmierci Hani było początkiem nowego życia wiary we mnie, wiary świadomej. Ale oczywiście to przylgnięcie do Pana Boga miało i ma swoją cenę. To jest właśnie ten wysiłek duchowy, o którym mówisz. W życiu duchowym – podobnie jak w codzienności – na wszystko, co ma wartość – trzeba zapracować. Bóg błogosławi, ale ty człowieku musisz wziąć się do roboty. Taki bliski kontakt z Bogiem daje mi ogromny pokój serca i radość.
 
 – Wyszłaś z potężnego cierpienia i bólu. W doświadczeniu utraty zaliczyłaś największy kaliber. W tej kwestii może być już chyba tylko lepiej…
 – Teoretycznie tak. Kiedy wyszło się już z największego bólu i znowu jest dobrze, to każda kolejna strata jest dotkliwa. Nie mam jednak odwagi dokonywać gradacji strat – ta jest ogromna, a ta nic nie znaczy. Na pewno takiej gradacji nie można zastosować do osób. Prędzej do przedmiotów. Myślę, że każda strata jest dramatem, ale jeśli traci się ukochane osoby, to w żaden sposób nie można porównać tego do straty pracy, samochodu czy majątku. To jest zupełnie inna kategoria. Dla zobrazowania: oddałabym wszystko, co mam, by cofnąć tę najdotkliwszą stratę, którą poniosłam.
 
 – Mała Hania spogląda na mnie ze zdjęcia zawieszonego nad stołem. Muszę Ci się przyznać, że chociaż nie poznałam Hani za jej życia, to czuję z nią szczególną więź. Może dlatego, że kiedy każdego dnia odwiedzam grób mojej Mamy, kątem oka widzę także grób Hani. Tak się składa, że zostały pochowane blisko siebie.
 – Czasem rzeczywiście wszystko układa się w zaskakujący sposób, zupełnie nieoczekiwany i nieplanowany. Może twoja mama i moja Hania po tamtej stronie zdążyły się już dobrze poznać i pogadać sobie o nas...
 
 – Kiedyś się tego dowiemy.

Miesięcznik, Numer archiwalny, Z cyklu:, 2012-nr-11, W cztery oczy

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

7

9

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

26

27

28

29

1

2

3

4

5

6

7

Dzisiaj: 27.02.2020