Ja i moje SM – marzec 2013

zdjęcie: canstockphoto.pl

2013-06-06

Codziennie szedłem do biura, mijałem dom, na którym wywieszone było ogłoszenie, informujące o leczeniu akupunkturą. Wiedziałem, że prowadzący zabiegi jest lekarzem i sam choruje na SM. Od wielu lat był moim wyjściem awaryjnym, nie wiedząc o tym. Czas skorzystania z tej ewentualności stawał się z dnia na dzień coraz bardziej realny. Odwlekałem termin pierwszej wizyty, uzasadniając na różne sposoby brak możliwości rozpoczęcia leczenia. Kłopoty ze zdrowiem żony i konieczność operacyjnego leczenia szpitalnego także nieco przesunęły w czasie moją wizytę. Kończył się październik i żona już wróciła ze szpitala do domu. Jej leczenie zakończyło się pomyślnie i teraz powinienem się wreszcie zmobilizować. Wybierałbym się pewnie dalej, gdyby któregoś dnia, gdy wracałem z pracy, akurat przy tym domu, nie zesztywniały mi nogi do tego stopnia, że nie mogłem już zrobić ani jednego kroku. Stanąłem więc i udawałem, że czytam tablicę, której treść znałem na pamięć. Podjechał wówczas na parking przy domu samochód i wysiadło z niego właśnie moje wyjście awaryjne. – Dzień dobry. Chciałbym się leczyć u pana akupunkturą. – Co panu dolega? – Mam uszkodzony ośrodkowy układ nerwowy i z tego powodu występują różne komplikacje. – Ale na co pan choruje? – dopytywał się lekarz. – Stwardnienie rozsiane – odpowiedziałem. – Czy jest pan pewny? –Tak, ustalono to w Instytucie Psychoneurologicznym w Warszawie w 1982 roku, choruję od 16 lat i mam za sobą już 3 szpitalne kuracje hormonalne. – Ja też choruję na SM, proszę zajść do gabinetu, porozmawiamy – powiedział.

W trakcie rozmowy poruszaliśmy różne kwestie, traktując problem leczenia za uzgodniony. Kwestią otwartą pozostawało, ile to będzie kosztowało, ponieważ nikt o tym nie mówił. Ładny dom i byle jakie otoczenie na posesji podsunęło mi pomysł założenia zieleni – tym bardziej, że mijając dom w drodze do i z pracy w myślach już tę zieleń zakładałem. – Mógłbym założyć tu zieleń (powierzchnia posesji około 4 ary), przy czym potrzebne byłyby pieniądze na pokrycie części wydatków – powiedziałem. – To świetnie. W takim razie ja poprowadzę leczenie, a za to, co trzeba będzie, zapłacę. W ten sposób będziemy mniej więcej rozliczeni. – Dziękuję, układ moim zdaniem jest bardzo dobry, choć ja jestem w lepszej sytuacji, gdyż znam wynik mojej pracy, a pan do końca niczego nie może przewidzieć. – Wszystko powinno się cofnąć, jeżeli się pan nie zniechęci. Leczenie musi potrwać. SM leczy się latami. Nie mogłem uwierzyć, myślałem, że żartuje. – Jakimi latami? – zapytałem. – Leczenia szpitalne trwały do dwóch miesięcy. – No, może rok wystarczy, a jak się uda to pół roku, może nawet kwartał, zobaczymy – powiedział. – To ile pan przewiduje zabiegów? – zapytałem. – Na początek 10, 2–3 razy w tygodniu. A ile czasu zajmie panu zieleń? – zapytał. – Też zrobię to szybko – odpowiedziałem. – Zimą zrobię projekt i uzgodnimy korekty, wiosną 2–4 tygodnie roboty, jesienią lub następnej wiosny poprawię i będzie pięknie. – No dobrze, to umawiamy się na 5 listopada, na pierwszy zabieg. – Dziękuję, do widzenia – wstałem i wyszedłem.

Ta rozmowa zajęła mi około godziny, dzięki niej rozwiązałem dość skomplikowaną kwestię. Odpocząłem, na jakiś czas minął przykurcz nóg i mogłem iść dalej. Zadowolony wróciłem do domu. Aby doprowadzić się do stanu, który umożliwiałby mi jako takie funkcjonowanie, postanowiłem skorzystać ze zwolnienia lekarskiego. Dlatego też następnego dnia udałem się do neurologa po zwolnienie. Lekarka nie wykazywała szczególnego entuzjazmu z powodu mojego stanu i grzecznościowo zapytała, jak zapatruję się na kwestię kuracji hormonalnej lub jakiegoś innego leczenia szpitalnego. Podziękowałem za propozycję i poprosiłem o zwolnienie lekarskie z pracy z uwagi na zmęczenie jesienne, kiepską pogodę oraz poczucie bycia złapanym w potrzask, chwilowo bez wyjścia. Zawsze jakieś wyjście się znajdowało, teraz też pewnie coś się znajdzie, musiałem tylko się pozbierać. Na początek wypisała mi chyba trzy tygodnie zwolnienia, witaminę B1, B12, cocarboxylazę. Chodziłem na zabiegi akupunktury, przyjmowałem zastrzyki, prowadziłem gimnastykę korekcyjną – starałem się. W efekcie tego zamieszania już po 5 zabiegach akupunktury (około dwóch tygodni) poczułem, że zatrzymało się gwałtowne pogarszanie zdrowia i rozpoczęła się remisja, czyli moja regeneracja.

Lekarz, rozpoczynając moje leczenie, podszedł do problemu optymistycznie. Tylko ja wiedziałem, że wyglądam znacznie lepiej, niż funkcjonuję. Czasami, chichocząc, w myślach porównywałem się do samochodu, w którym przerdzewiałe dziury w karoserii zalepiło się gazetami i szpachlą, a z wierzchu ładnie polakierowało, nie wspominając o silniku i skrzyni biegów, które też pozostawiały wiele do życzenia. Wygląda ładnie, jedzie i nikomu nie przychodzi do głowy, że na następnym skrzyżowaniu może się po prostu rozsypać.
  

cdn.
 

Miesięcznik, Numer archiwalny, 2013-nr-03, Z cyklu:, Trochę kultury

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

nd pn wt śr cz pt sb

1

2

3

4

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

20

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

Dzisiaj: 20.09.2019