Z Matką w cieniu Krzyża
Nie znajdziemy tu potęgi, majestatu ani spektakularnych cudów. Jest za to Kobieta, która u stóp Krzyża patrzy na śmierć swojego Dziecka i pokazuje, jak nie stracić wiary w sytuacjach po ludzku nie do zniesienia.
Obraz Matki Bożej Bolesnej w kościele Ojców Franciszkanów w Krakowie
2026-09-15
Święta i wspomnienia w kalendarzu liturgicznym mają to do siebie, że czasem lubią „uciekać” w bezpieczną, pozłacaną ramę ołtarza. Łatwo zamienić tajemnicę w ładny obrazek, a ludzki dramat w rzewną pieśń. Jednak 15 września, dzień po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego, Kościół robi coś zupełnie innego – stawia przed nami Matkę Bożą Bolesną. Nie znajdziemy tu potęgi, majestatu ani spektakularnych cudów. Jest za to Kobieta, która u stóp Krzyża patrzy na śmierć swojego Dziecka i pokazuje, jak nie stracić wiary w sytuacjach po ludzku nie do zniesienia.
Tradycja wylicza Siedem Boleści Maryi i robi to z precyzją dobrego kronikarza. Kiedy przyjrzymy się tej liście bez kościelnego patosu, zobaczymy, że to tak naprawdę uniwersalna biografia każdego z nas. Jest tam lęk o przyszłość po proroctwie Symeona, jest ucieczka przed agresją do Egiptu, panika rodzica szukającego zagubionego dziecka i wreszcie ten najgorszy, ostateczny moment na Golgocie – bezradność wobec cierpienia kogoś, kogo kocha się nad życie. Maryja z tego dnia nie jest odległą figurą z gipsu. To Matka, która przeszła przez pełny pakiet ludzkich lęków, traum i rozczarowań, stając się przez to niesamowicie ludzka i bliska.
Najbardziej uderzające w Matce Bolesnej jest Jej milczenie. Pod krzyżem nie ma histerii, nie ma głośnych pretensji do Boga ani rzucania obelg pod adresem oprawców. Zamiast tego wszystkiego jest cicha, wierna obecność. Żyjemy w czasach, które wymagają od nas natychmiastowego komentarza do wszystkiego, głośnego buntu albo ucieczki w tani optymizm. Postawa Maryi na Golgocie to lekcja zupełnie innego rodzaju. To godność, która nie daje się złamać cierpieniu, i obecność, która waży więcej niż wiele mądrych słów. Swoim trwaniem Maryja daje obietnicę, że żaden ludzki dramat nie kończy się w absolutnej samotności.
Ten dzień rzuca nam bardzo konkretne wyzwanie, które wykracza daleko poza mury świątyń. Skoro Maryja staje pod krzyżem Chrystusa, to dzisiaj uczy nas stawać pod krzyżem drugiego człowieka. A te krzyże stoją przecież na każdym rogu ulicy: w salach szpitalnych, w domach opieki, w mieszkaniu samotnej sąsiadki czy w oczach kogoś, kto właśnie stracił sens życia. Patrząc na zbolałą twarz Maryi, paradoksalnie uczymy się nadziei – tej trudnej, paschalnej, która wie, że po nocy Wielkiego Piątku zawsze nadchodzi poranek zmartwychwstania. Przecież cierpienie, choć trudne, nie ma w życiu ostatniego słowa.