Śladami czarnej kreski

Harmęże. Niewielka wioska obok Oświęcimia. To tutaj, w podziemiach kościoła oo. Franciszkanów, znajduje się jedno z najbardziej wstrząsających świadectw Auschwitz. Wystawa „Klisze pamięci. Labirynty” autorstwa Mariana Kołodzieja, więźnia numer 432, nie jest zwykłą ekspozycją artystyczną. To powrót do obozowego piekła, z którego autorowi udało się wyzwolić jedynie fizycznie.

zdjęcie: Centrum św. Maksymiliana w Harmężach

2026-09-15

Droga do Harmęż, niewielkiej wioski leżącej niedaleko Oświęcimia, prowadzi przez monotonny, lekko pofalowany krajobraz. Współczesny podróżny zmierzający w stronę tutejszego klasztoru oo. Franciszkanów, mija domy i pola, które w czasie II wojny światowej stanowiły teren jednego z podobozów KL Auschwitz. To właśnie tutaj, w ciszy wiejskiej okolicy, w podziemiach klasztornego kościoła kryje się jedno z najbardziej wstrząsających świadectw obozowego piekła – stała wystawa prac artysty Mariana Kołodzieja zatytułowana „Klisze pamięci. Labirynty”. Przekraczając próg kościelnych podziemi, człowiek nieświadomie porzuca bezpieczną rolę turysty i staje się niemym świadkiem dramatu, który autor nosił w sobie przez niemal pół wieku. Marian Kołodziej, polski scenograf i artysta, był jednym z pierwszych więźniów Auschwitz. Do obozu trafił 14 czerwca 1941 r. w pierwszym transporcie z Tarnowa i otrzymał numer obozowy 432.

Ta wizyta nie jest zwykłym oglądaniem dzieł sztuki. To bolesny spacer po zakamarkach ludzkiej pamięci, w którym autor prowadzi nas za rękę przez swoje najgorsze wspomnienia. Rysunków i instalacji jest tutaj ponad dwieście pięćdziesiąt. Aby zrozumieć, dlaczego te rysunki są tak poruszające, musimy najpierw poznać losy ich autora. Marian Kołodziej trafił do Auschwitz jako bardzo młody chłopak, mając zaledwie 19 lat. Próbował uciec do polskiego wojska we Francji, ale złapało go Gestapo. Przywieziono go do obozu, w którym przeżył prawie 5 lat, doświadczając głodu, bicia i potwornego strachu. Po wojnie skończył studia w Wydziale Scenografii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i został bardzo znanym scenografem teatralnym. Przez prawie pół wieku milczał o tym, co przeżył. Nie rysował obozu i nie rozmawiał o nim nawet z najbliższymi, bo chciał na zawsze zapomnieć o tym koszmarze. Wszystko zmieniło się nagle w 1992 r., kiedy artysta doznał udaru mózgu. Połowa jego ciała została sparaliżowana, a w nocy wróciły straszne, obozowe sny. Kołodziej poczuł wtedy, że zanim umrze, musi narysować to, co pamięta. Ponieważ jego prawa ręka była niesprawna, nauczył się pisać i rysować lewą. Brał ołówek lub piórko, mocno przywiązywał je taśmą do palców i z wielkim trudem przelewał na papier swoje wspomnienia. Przez 16 lat tworzył dzieło, które dziś oglądamy w milczeniu.

Korytarze śmierci

Zejście do piwnic kościoła przypomina fizyczne i psychiczne zanurzanie się w mroku, z którego nie ma prostej ucieczki. Powietrze staje się chłodniejsze, a zmysły natychmiast atakuje wszechobecna, czarno-biała rzeczywistość tysięcy kresek, którymi artysta zapełnił dziesiątki kartonów. Nie wiszą one w jednakowych, szerokich odstępach. Otaczają nas ciasno, tworząc prawdziwy labirynt, z którego zdaje się nie być ucieczki. Z mroku wyłaniają się tysiące postaci o chudych twarzach i wielkich, pustych oczach. Te postaci patrzą prosto na nas, jakby prosiły, żebyśmy wysłuchali ich historii.

Idąc w głąb ekspozycji, widz natyka się na wielkoformatowe grafiki przedstawiające codzienność obozowego życia. Rysunki Kołodzieja nie są jednak tylko dokumentacją historyczną, lecz głęboko osobistym zapisem psychicznego i fizycznego cierpienia. Na wielkich planszach artysta ukazał proces odzierania człowieka z jego tożsamości, gdzie zamiast nazwisk pojawiają się numery, a ludzkie postacie upodabniają się do bezkształtnej, skłębionej masy mięśni i kości. Widzimy tu sceny apelu, morderczej pracy, bestialskiego bicia, transportów oraz wszechobecnego głodu, który zamieniał ludzi w żywe szkielety walczące o przetrwanie za wszelką cenę. Kołodziej bezlitośnie obnaża mechanizmy totalitarnego systemu, który został zaprojektowany tak, aby zniszczyć w człowieku godność i wszelkie ludzkie odruchy.

Równolegle z oglądaniem kolejnych grafik odsłania się przed nami wstrząsająca biografia młodego Mariana, który jako chłopak został rzucony w sam środek machiny zagłady. Kołodziej w swoich pracach wielokrotnie powraca do motywu własnego numeru obozowego, ukrywającego się w tłumie innych bezimiennych ofiar, co nadaje wystawie charakter rozliczenia się z własnym losem. Jego rysunki są dopracowane pod względem przedstawienia układu i usytuowania Auschwitz – jako więzień doskonale znał każdy zakątek obozu, a precyzja, z jaką odtwarza druty kolczaste, wieże strażnicze i baraki, potęguje poczucie realności obozowego koszmaru.

W miarę jak przesuwamy się wzdłuż kolejnych ścian podziemia, plastyczna wizja staje się coraz bardziej symboliczna i nasycona odniesieniami do tradycji chrześcijańskiej. Kołodziej nie waha się przed zestawieniem obozowej tragedii z motywami biblijnymi, ukazując Auschwitz jako współczesną Golgotę i próbę ostatecznego niszczenia obrazu Boga w człowieku. Na rysunkach pojawiają się personifikacje (uosobienia) śmierci jadącej na wozach pełnych trupów, a także makabryczne tańce szkieletów, które bezpośrednio nawiązują do średniowiecznych motywów. Artysta pokazuje, że w obozie śmierć straciła swój sakralny i indywidualny charakter, stając się masową, przemysłową produkcją, w której kat i ofiara zostali nierozerwalnie połączeni.

Światło kontra mrok

Pośród tego gęstego, niemal duszącego mroku, który bije z większości prac, w pewnym momencie widz dociera do miejsca, gdzie kompozycja i nastrój wystawy ulegają radykalnej zmianie. To centralny punkt całego labiryntu, dedykowany postaci ojca Maksymiliana Marii Kolbego, który w Auschwitz oddał życie za współwięźnia. Marian Kołodziej był bezpośrednim świadkiem tamtego pamiętnego apelu, podczas którego zakonnik wyszedł z szeregu i dobrowolnie zgłosił się na śmierć głodową. Dla młodego wówczas artysty ten pojedynczy akt heroizmu stał się absolutnym fundamentem, który pozwolił mu nie stracić wiary w sens człowieczeństwa i przetrwać najgorsze momenty uwięzienia. Na grafikach poświęconych o. Maksymilianowi Kolbemu czarna kreska staje się jakby lżejsza, a postać zakonnika jaśnieje na tle zmasakrowanych ciał, symbolizując zwycięstwo ducha nad brutalnością. Na tych konkretnych grafikach postać franciszkanina urasta do rangi gigantycznego filaru światła, który rozświetla panujący wszędzie mrok. Artysta nie portretuje Kolbego jako odrealnionego świętego z gładką twarzą z obrazków wotywnych. Jego Maksymilian nosi ten sam pasiasty łachman, ma tak samo ogoloną głowę i zapadnięte policzki jak tysiące innych ofiar, a jednak bije od niego niezwykła, wewnętrzna siła. Wokół postaci zakonnika kreska Kołodzieja przestaje być chaotyczna, staje się bardziej spokojna i wyważona, przez co tworzy wokół udręczonej postaci klimat nadziei. Na jednym z najbardziej przejmujących rysunków Kolbe podtrzymuje spadających w przepaść współwięźniów, sam stając się żywym mostem rzuconym nad otchłanią zła. Dla Kołodzieja czyn o. Maksymiliana na placu apelowym był namacalnym dowodem na to, że w miejscu zaprojektowanym do systemowego niszczenia ludzkiej godności, miłość potrafiła odnieść ostateczne zwycięstwo.

Wizyta w Harmężach uświadamia, że całe dzieło Kołodzieja to w istocie gigantyczny pomnik wzniesiony nie tylko Kolbemu, ale wszystkim tym, którzy w nieludzkich warunkach potrafili zachować godność i miłość bliźniego. Autor poprzez swoje rysunki próbuje spłacić dług wdzięczności wobec tamtego wydarzenia, traktując swoją twórczość jako formę spóźnionej terapii i moralnego zadośćuczynienia. W tej części wystawy uderza kontrast między potwornością otoczenia a wewnętrznym spokojem, jaki bije z twarzy rysowanego o. Kolbego, co nadaje całej ekspozycji głęboki wymiar duchowy. Widz zaczyna rozumieć, że labirynt Kołodzieja nie służy jedynie epatowaniu okrucieństwem, lecz jest trudną, bolesną drogą poszukiwania odkupienia i nadziei w świecie, który został całkowicie pozbawiony Boga.

Gdzie zatem był Bóg?

Prace dedykowane o. Kolbemu płynnie otwierają najtrudniejszy, a zarazem najbardziej fascynujący wątek całej wystawy – pytanie o obecność i milczenie Boga w Auschwitz, które Kołodziej stawia z odwagą ocalałego. Przemierzając podziemia kościoła, uważny obserwator dostrzeże, że symbolika chrześcijańska jest tu wszechobecna, choć rzadko ukazana w sposób tradycyjny i dosłowny.

Artysta na nowo interpretuje motywy biblijne, przenosząc je bezpośrednio w realia obozowych drutów. Na wielu grafikach pojawia się np. motyw ukrzyżowania, gdzie na krzyżu nie wisi Chrystus, lecz bezimienny, wychudzony więzień Auschwitz, wokół którego tańczą esesmani w maskach gazowych. Kołodziej poprzez te bolesne obrazy sugeruje, że każda ofiara obozu była ponownym ukrzyżowaniem samego Boga. W ten sposób artysta odpowiada na pytanie o obecność Boga w Auschwitz. Jego grafiki wręcz „krzyczą” do widza, że Bóg nie przyglądał się cierpieniu, lecz cierpiał, głodował i umierał wewnątrz obozowych bloków, zamknięty w ciele każdego katowanego człowieka.

Ta wszechobecność Bożego śladu uwięzionego w trybach totalitarnej machiny przejawia się także w symbolice liturgicznej, którą Kołodziej tka na marginesach swoich czarno-białych grafik. Na rysunkach przedstawiających codzienne, upadlające czynności, jak chociażby wylewanie fekaliów czy bicie podczas apelu, artysta ukradkiem domalowuje elementy sakralne, takie jak monstrancje, kielichy czy anielskie skrzydła wyrastające z pleców konających więźniów. Wizja Kołodzieja paradoksalnie jest pełna nadziei i wiary w to, że całe stworzenie, nawet to najbardziej zdegradowane i unurzane w obozowym okrucieństwie, zachowuje swoją godność z racji bycia Bożym stworzeniem i Jego obrazem.

Matka Boska za drutami

Niezwykle mocnym elementem tej opowieści są wizerunki Matki Boskiej, które autor ukrył pośród tłumu rysowanych postaci. Na pracach Kołodzieja Maryja staje się obozową Matką Bolesną. Nie stoi Ona jednak w pięknej świątyni, ale pod drutami kolczastymi i szubienicami. Jej twarz jest skamieniała z rozpaczy, a w swoich ramionach trzyma martwe, wychudzone ciało młodego więźnia. To bezpośrednie nawiązanie do znanych z historii sztuki obrazów Piety, gdzie matka opłakuje swojego syna. Poprzez te rysunki Kołodziej pokazuje, że cierpienie matek więźniów miało taką samą wagę i taką samą świętość. Jednak pomimo tego ogromu zła i rozpaczy, autor zostawia nam małe znaki nadziei. Jeśli dobrze się przyjrzymy, w rogach niektórych plansz zobaczymy zerwaną różę, rękę uniesioną do potajemnego błogosławieństwa albo jedno ciepłe spojrzenie wymienione między więźniami. Te drobiazgi pokazują, że obozowa machina śmierci nigdy nie zdołała całkowicie zniszczyć ludzkiego dobra.

Ewangelia z Auschwitz

Kiedy wreszcie kończymy wędrówkę przez labirynt i wychodzimy z piwnic kościoła na świeże powietrze, czujemy ogromną ulgę. Harmęże zostają w tyle, ale cisza tej niewielkiej wsi na zawsze wgryza się w pamięć. Wystawa prac Mariana Kołodzieja, byłego więźnia Auschwitz, nie pozwala o sobie zapomnieć. Te wstrząsające rysunki, pełne cierpienia i drutu kolczastego, rodzą w człowieku pytania, na które odpowiedź kryje się w cichym wspomnieniu o człowieku potrafiącym w obozowym piekle oddać życie za drugiego. Święty Maksymilian Maria Kolbe udowodnił, że nawet w miejscu totalnej ciemności można rozpalić światło, którego nikt nie jest w stanie zgasić. Jego czyn z bloku 11. nie był jedynie chwilowym zrywem bohaterstwa. Był dowodem na to, że nienawiść, choć potężna i głośna, ostatecznie przegrywa. Bóg zwyciężył w Auschwitz w osobie św. Maksymiliana, a także w sercach wielu innych znanych i nieznanych z imienia świadków wiary.

Z pewnością nie jest to tradycyjna wystawa w galerii sztuki, na którą można kogoś zaprosić lub zachęcić do jej obejrzenia. Prace Mariana Kołodzieja to pewnego rodzaju podróż, którą każdy – jeśli w nią wyruszy – musi odbyć sam, na własną odpowiedzialność i ze świadomością, że droga ta zostanie w nim na zawsze. Mimo, że podróż ta jest niełatwa, wyjeżdżając z Harmęż, zyskuje się dziwny, głęboki spokój. Miejsce to jest bowiem dowodem na to, że ludzki duch z Bożą pomocą potrafi przetrwać każdą ciemność. Pośród śladów największej tragedii w historii ludzkości to nie zło ma ostatnie słowo. Ostateczne zwycięstwo zawsze należy do dobra i miłości.

Marian Kołodziej zmarł w 2009 r. i został pochowany w podziemiach kościoła w Harmężach, obok swoich prac.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2026nr08, Z cyklu:, Panorama wiary