Twórca armii miłosierdzia
Był potężnym człowiekiem, mierzącym niemal dwa metry wzrostu, a jego sylwetka rzucała się w oczy z daleka. Zanim jednak założył czarny habit, na którym widniał jaskrawoczerwony krzyż, Kamil de Lellis przeszedł drogę, która w niczym nie przypominała żywotów tradycyjnych świętych.
Kościół p.w. św. Kamila de Lellis w Bucchianico, Abruzja
zdjęcie: martyrologium.blogspot.com
2026-07-14
W rzymskim szpitalu Świętego Jakuba dla Nieuleczalnie Chorych zapach gnijących ciał mieszał się z zaduchem rzadko wietrzonych sal, w których personel, rekrutujący się głównie ze skazańców i ludzi z marginesu społecznego, traktował konających jak uciążliwy balast. W tym ponurym świecie XVI-wiecznych Włoch pojawił się człowiek, który miał na zawsze odmienić oblicze medycyny i chrześcijańskiego miłosierdzia. Był potężnym człowiekiem, mierzącym niemal dwa metry wzrostu, a jego sylwetka rzucała się w oczy z daleka. Zanim jednak założył czarny habit, na którym widniał jaskrawoczerwony krzyż, Kamil de Lellis przeszedł drogę, która w niczym nie przypominała żywotów tradycyjnych świętych.
Urodzony w maju 1550 roku w małym miasteczku Bucchianico w Abruzji, przyszedł na świat jako dziecko matki, która wyprosiła go u Boga po stracie pierwszego syna. Legenda głosi, że przed porodem kobieta miała niepokojący sen, w którym ujrzała syna na czele grupy mężczyzn z czerwonymi krzyżami. W tamtych czasach taki znak nosili skazańcy prowadzeni na szafot, co napełniło ją przerażeniem, że chłopak skończy jako bandycki herszt. Pierwsze dekady życia młodego Kamila zdawały się boleśnie potwierdzać te obawy. Odziedziczywszy po ojcu, oficerze wojska, porywczy charakter, Kamil szybko porzucił naukę na rzecz wojennej przygody i zaciągnął się do armii weneckiej, by walczyć z Turkami. Przez lata hulaszczego życia w żołnierskich obozach jego największą namiętnością stał się hazard. Karty i kości zawładnęły nim do tego stopnia, że w Neapolu potrafił przegrać dosłownie wszystko: uzbierany żołd, rodowy tytuł szlachecki, konie, szablę po ojcu, a w końcu nawet własną koszulę.
Zimą 1574 roku na ulicach Manfredonii stał zubożały Kamil, który musiał żebrać o kawałek chleba, by przetrwać. To właśnie wtedy, gdy prosił o jałmużnę pod kościołem kapucynów, tamtejszy zakonnik zaoferował mu prostą pracę fizyczną przy rozbudowie klasztornych murów. Przełom nastąpił drugiego lutego 1575 roku, podczas podróży z Manfredonii do San Giovanni Rotondo, kiedy poruszony słowami jednego z zakonników Kamil padł na kolana, zapłakał i obiecał Bogu całkowitą przemianę życia. Pragnął zostać kapucynem, lecz na drodze do zakonu stanęła fizyczna przeszkoda – odnawiająca się, bolesna i cuchnąca rana na prawej nodze, będąca pamiątką po dawnych walkach i zaniedbaniach.
Odrzucony przez zakonników ze względu na stan zdrowia, powrócił do Rzymu, do szpitala Świętego Jakuba, gdzie wcześniej sam był pacjentem. Tym razem nie szukał tam jednak tylko ratunku dla siebie, ale zaczął z niespotykanym poświęceniem pielęgnować innych chorych. Przerażony tym, jak brutalnie i bezdusznie najemni pracownicy traktują umierających, Kamil zrozumiał, że prawdziwym powołaniem jego życia jest stworzenie nowej armii – ludzi, którzy nie będą służyli chorym jedynie dla zarobku, ale z miłości. Mimo sprzeciwu swojego spowiednika, słynnego Filipa Nereusza, który początkowo nie dowierzał w stałość intencji nawróconego hazardzisty, Kamil ukończył studia teologiczne i przyjął święcenia kapłańskie.
Wkrótce potem, wraz z kilkoma towarzyszami, założył Towarzystwo Sług Chorych, które papież zatwierdził jako zakon kamilianów. Na czarnych habitach braci pojawił się czerwony krzyż – ten sam, który przerażał jego matkę, a teraz stał się symbolem ratunku i nadziei. Kamilianie zrewolucjonizowali ówczesne lecznictwo, wprowadzając rygorystyczne zasady higieny, odpowiednią dietę dla pacjentów, izolację chorych zakaźnie oraz nowatorski system całodobowej opieki zmianowej. Sam założyciel powtarzał swoim braciom, że ubodzy i chorzy są sercem Boga, a służąc im, dotykają ran samego Chrystusa. Podczas tragicznych powodzi w Rzymie i epidemii dżumy, które dziesiątkowały włoskie miasta, Kamil i jego duchowi synowie tworzyli żywy mur, wynosząc chorych na własnych plecach z zalanych ruder i nie opuszczając nikogo, nawet w obliczu pewnej śmierci. Ponad stu kamilianów zmarło wówczas na skutek zarażenia, dobrowolnie oddając życie za swoich podopiecznych.
Pod koniec życia potężne ciało ojca Kamila odmówiło posłuszeństwa. Cierpiał na bolesną kamicę nerkową, rozległą przepuklinę oraz zaawansowane owrzodzenie stóp, które sprawiało, że nie mógł utrzymać się na nogach. Mimo to, gdy brakowało mu sił, czołgał się na kolanach od łóżka do łóżka w rzymskich szpitalach, by poprawić chorym poduszki, obmyć ich rany i pocieszać. Zmarł 14 lipca 1614 roku w Rzymie, mając 64 lata. Pozostawił po sobie prężnie działający zakon i dziesiątki szpitali, stając się po latach oficjalnym patronem chorych i wielu placówek medycznych.