Jezus uzdrawia nas z osamotnienia

Jezus w obliczu zbliżającej się śmierci wołał: „Pragnę!”. „Pragnę Ciebie, pragnę relacji z Tobą”. On czekał pierwszy przy studni na Samarytankę. Czeka także na nas, zanim my przyjdziemy do Niego.

zdjęcie: www.freechristimages.org

2026-03-08

Jezus czynił cuda: przywracał wzrok niewidomym, głuchym słuch, niemym mowę, oczyszczał trędowatych. Uzdrawiał nie tylko fizycznie. W przypadku dzisiejszej bohaterki uzdrowił ją nie tyle z choroby fizycznej, co z samotności i z grzechu nieczystego. Grzech ten pogłębiał w niej samotność, pustkę. Samarytanka sporo przeżyła, „zaliczyła” kilka rozczarowujących „miłosnych przygód”. Zrodziły w niej pustkę. Wtrąciły w trudny stan. Nawet po zwykłą wodę chodziła do studni w południe przy największym upale, wtedy, gdy nie było tam innych kobiet z miasteczka. Bała się ich spojrzeń i osądów. Była sama i osamotniona.

Problem osamotnienia dotyka dzisiaj wielu ludzi. Rodzi ból, pustkę w sercu, głód miłości. Nieraz tak wielki – mówiąc językiem symbolicznym – jak głęboka była studnia, przy której Jezus spotkał Samarytankę. 32 metry głębokości studni – odkryły to badania archeologiczne – jest symbolem współczesnych naszych głodów miłości i akceptacji.

W Katowicach ponad 30% społeczności to osoby starsze powyżej 60 roku życia, w dużej mierze osamotnione. Bolesną chorobą osób niepełnosprawnych – mieszkańców ośrodków –  nie jest często dziecięce porażenie mózgowe, czy przepuklina mózgowo-rdzeniowa, z którymi to chorobami tu rodziły się. Jest nią duchowe sieroctwo. Pytają: „dlaczego mama mnie zostawiła?”. Pomimo tego większość z nich zachowała wiarę w miłość Pana Boga.

Osamotnienie rodzi się nie tylko: z opuszczenia przez bliskich, z przeżywania żałoby, z pogarszającego się stanu zdrowia i kondycji fizycznej, z utraty prestiżu społecznego. Źródłem osamotnienia są także nasze odejście od innych, powierzchowne relacje, szybkie tempo życia, przelotne związki.

Tych ostatnich doświadczyła boleśnie ewangeliczna Samarytanka. Jezus, znał serce każdego człowieka, dlatego potrafił z niej wydobyć to, co zachowała najcenniejszego – pragnienie miłości. Chciała kochać i być kochaną. Któż z nas tego nie pragnie.

Przyjrzyjmy się pedagogii działania Pana Jezusa. Rozpoczyna rozmowę: „Daj Mi pić!”. To nie była prośba. Wzbudziło w to niej zdziwienie. Kieruje te słowa mężczyzna do kobiety, co było niedopuszczalne wówczas kulturowo, po drugie czyni to Żyd wobec Samarytanki, przedstawicielki omijanego przez Żydów narodu, i po trzecie chce wody, nie mając czerpaka pomocnego w wyciągnięciu jej z tak wielkiej głębokości.

Woda ma jednak dla Jezusa głębsze znaczenie. Św. Jan, ewangelista, specjalista od głębszej teologii, pokazuje to. Jezus kieruje kobietę i nas do głębszego znaczenia wody. Dobrze wiemy, jak dla życia woda jest potrzebna. W tekście oryginalnym, greckim, Ewangelii możemy dostrzec – pokazują bibliści – pewną małą, ale bardzo ważną wskazówkę. Autor Ewangelii opuszcza rodzajnik przy słowie „woda”. Chodzi więc – w takim znaczeniu – nie o konkretną wodę ze studni Jakubowej, ale o jakąś inną wodę.

Jezus prowadzi do takiego zrozumienia: źródło ze studni Jakubowej jest niewystarczające, jest ubogie, nie zaspokoi najgłębszych pragnień człowieka. Woda ze studni może zaspokoić jedynie na chwilę ludzkie pragnienie. Jezus mówi jej mniej więcej tak: „istnieje Ktoś inny, kto potrafi zaspokoić twoje najgłębsze pragnienia” przyjęcia, akceptacji, miłości, zrozumienia. Jak bardzo my także za tym tęsknimy!

Odsłania przed nią prawdę o Sobie samym, czyni to subtelnie, delikatnie i stopniowo. A ona odwzajemnia się Mu. Samarytanka otwierając się na Jezusa, stopniowo poznaje Go: wpierw widzi w Nim Mężczyznę – żydowskiego Wędrowca zmęczonego upałem, potem Tego, który posiada tajemniczy dar wody żywej, dalej Proroka znającego ludzkie wnętrza, i na koniec rozpoznaje w Nim zapowiadanego Mesjasza, Zbawiciela świata.

Etapy te pokazują nam, że my także mamy prawo do dojrzewania w wierze. Nie jest tak, że mamy ją gotową na samym początku. Jest ona nam dana w zalążku w momencie chrztu. Dalej może się rozwinąć, albo obumrzeć. Stagnacji nie ma. Stagnacja oznacza regres. Nasza wiara z okresu dziecięcego, choć prosta, nie wytrzyma prób, które mamy w wieku dorosłym. Potrzebujemy na każdym etapie życia głębszej refleksji nt. wiary. Dzieci, młodzież również potrzebują wychowania w wierze. Starsi doświadczając słabości, ogołocenia duchowego potrzebują jeszcze większego zawierzenia się Bogu.

Owocem doświadczanego przez Samarytankę bezpieczeństwa w relacji z Jezusem, było poznanie przez nią jej duchowej biedy. I odkrycie jej przed Jezusem. Ona poznawała wpierw Jezusa, równolegle poznawała siebie.

Abyśmy poznali biedę naszego serca, wypowiedzieli ją w spowiedzi, również potrzebujemy poznania bezinteresownej miłości Boga do nas. Nie ma nawrócenia bez Pana Jezusa, wiary w Jego miłość. Ale nawrócenie to nie tylko uniesienia duchowe. To ciężka praca nad sobą. Pokazanie Jezusowi naszego grzechu, naszych wad. Ile człowieka kosztuje wyjście z uzależnień: od alkoholu, nikotyny, pornografii, od internetu…

Jezus dotyka w Samarytance najgłębszej rany: mówi o mężczyznach w jej życiu. Była cudzołożna. Bardzo się wstydziła. Miała wyrzuty sumienia. Może zepchnęła ten problem do podświadomości. Może doświadczała stanów depresji. Jezus uwalnia ją z tego. Odsłania tę ropiejącą w jej sercu ranę. Jezus podniósł Samarytankę z tego duchowego pochylenia, z jej wstydu. Oczyścił. Uczynił to w sposób subtelny, ale i jednocześnie konkretny. Poprowadził ją do nawrócenia.

Jezusowa woda, czyli łaska, oczyściła duchowo Samarytankę i uzdrowiła. Stała się źródłem życia. Jezus mówił: „Jeśli ktoś jest spragniony niech przyjdzie do mnie i pije, kto wierzy we mnie.” (J 7, 37). Stojąc duchowo pod krzyżem Jezusa, zaczerpnijmy zdroju łask z Jego przebitego Serca.

Dotknijmy jeszcze jednego – najboleśniejszego doświadczenia samotności – czasu cierpienia, czasu odchodzenia do Wieczności, czasu, kiedy – jak medycyna określa – ogarnia człowieka ból totalny; kiedy człowieka wszystko boli. Chociaż opieka paliatywna potrafi złagodzić ten ból, jednak pozostaje on. Ostatecznie prowadzi on do pytania: Dlaczego? Może towarzyszyliśmy już komuś w terminalnym czasie jego życia.

Boleśnie doświadczył tego sam Chrystus, wołając z krzyża: „Boże, czemuś Mnie opuścił”. W tym okrzyku Jezus zawarł wszystkie samotności człowieka cierpiącego. Zakończył życie słowami: „W Twoje ręce powierzam ducha mego”. Podobnie jak Jezus, tak i Ojciec cierpiał – podpowiada współczesna teologia. To był wielki ból i cierpienie Jezusa i Ojca. Konsekwencja naszych grzechów. Wyraz sprawiedliwości. A przede wszystkim znak największej miłości Boga do człowieka.

Człowiek nie zawsze potrafi całkowicie powierzyć się Bogu. Gdy nie ma wiary pozostaje pustka duchowa. Od czasu epidemii przez Europę przesuwa się prawdziwe „tsunami” legalizowania tzw. samobójstwa wspomaganego i eutanazji. Eutanazja kojarzy się nam z Holandią. Jednak to nie tylko tam – kolejne kraje legalizują ją. W samych Niderlandach, sześć lat temu większość, parlamentarna uzgodniła rozszerzenie eutanazji na dzieci w wieku od roku do 12 lat, u których brak perspektyw na wyleczenie, i które doświadczają „cierpienia nieznośnego”. Obecnie toczy się niezwykle burzliwa debata nt. tzw. „pomocy w umieraniu” we Francji. Propozycja ta spotyka się – dzięki coraz bardziej świadomemu niebezpieczeństwa społeczeństwu i przy wyraźnym sprzeciwie, nie tylko Kościoła katolickiego, ale również innych religii – z wielkim oporem. Próbuje się ukazywać eutanazję jako „miłosierdzie okazane cierpiącemu”, jako wyraz „braterstwa”. Obrócenie znaczenia pojęć.

Hospicja pokazują, że wołanie o eutanazję jest ostatecznie wołaniem o złagodzenie bólu oraz o obecność drugiego: i człowieka, i przede wszystkim Boga. W granicznym doświadczeniu cierpienia człowiek ostatecznie weryfikuje swoją wiarę. Jak trudno tym, którzy wówczas przeżywają pustkę duchową. Jak potrzebna jest wówczas wiara, o którą powinniśmy dbać całe życie. Bóg w swoim Miłosierdziu przychodzi do nas z pomocą także w tym czasie.

Dzisiaj wielu szuka pomocy u psychologów. I dobrze. W marcowym numerze „Apostolstwa Chorych” poświęconym tematyce depresji, piszemy, z czym idziemy do spowiedzi, a z czym do gabinetu psychologa. Nieraz jedna i druga pomoc jest nam potrzebna. Ale pamiętajmy, że jedynie Bóg może przebaczyć nam grzechy, uwolnić od ciężarów duchowych. Dwukrotnie przypomina nam tę prawdę dzisiaj św. Paweł:  „Bóg okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami.”

Św. Matka Teresa z Kalkuty pisała kiedyś do pewnego kapłana: „Bóg nie może wypełnić tego, co jest pełne. On może wypełnić tylko to, co jest puste. Twoje wielkie ubóstwo i twoje ‘tak’ jest punktem wyjścia, aby być lub stać się pustym. Najważniejsze nie jest to, ile ‘mamy’ do dania, ale do jakiego stopnia jesteśmy ogołoconymi, aby w pełni otrzymać Jezusa (…). Uśmiechnij się do Jezusa za każdym razem, kiedy twoje ‘nic’ ciebie przestraszy.”

Podpowiedź Matki Teresy jest trafna. Im bardziej nas przestraszy nasza nędza, nasz grzech – choroba duchowa, nasza nieporadność w życiu, gdy odkrywamy miejsca kompleksów – niedowartościowania, poszukiwania swojej wielkości, im bardziej nas przestraszy nasza duchowa pustka, tym łatwiejszy mamy przystęp do Bożego Miłosierdzia. Grzech jest źródłem wielkiego nieszczęścia człowieka, ale równocześnie może być miejscem okazanie wielkiej łaski Bożej. Byleby tylko to odkryć… On czeka na Ciebie w sakramencie pokuty i pojednania.

Powróćmy do Ewangelii. Widzimy: rozbudzone pragnienia duchowe Samarytanki. Nasze głębsze pragnienia kształtujemy nieraz w wielkim pocie czoła, przy wzmożonym wysiłku duchowym. Idą one „w poprzek” współczesnej cywilizacji upatrującej najwyższą wartość w przyjemności zmysłowej, w tym, co łatwo i szybko jest zdobyć; „łatwo i szybko czyli powierzchownie”.

Niezastąpioną drogą formacji naszych pragnień jest Słowo Boże, nasza osobista modlitwa, wydłużona. Jest ona spotkaniem Bożego i naszego pragnienia. Aby to mogło się dokonać potrzeba… samotności. Tak. Samotności! Wcześniej mówiłem o niej w negatywnym znaczeniu, teraz inaczej. Sama psychologia rozróżnia dwa sposoby przeżywania samotności: negatywny i pozytywny. Negatywnie samotność przeżywamy jako ograniczenie naszego rozwoju, jako bezsilność, frustrację, regres. Pozytywnie zaś możemy przeżyć ją jako dar, szansę rozwoju, jako łaskę. Jako nasz świadomy wybór. W samotności serca możemy spotkać się z Bogiem. Potrzebna jest cisza. Potrzebne jest „wyłączenie” wszelkich zewnętrznych bodźców. To jest dzisiaj bardzo trudne. Tutaj potrzeba wielkiego wysiłku. Potrzeba wychowania również młodego pokolenia.

Jezus dzisiaj mówi do nas: „Daj Mi pić!” Tzn. „Daj Mi czas na modlitwę, a Ja tobie dam nieskończenie więcej”

Jezus w obliczu zbliżającej się śmierci wołał: „Pragnę!”. „Pragnę Ciebie, pragnę relacji z Tobą”. On czekał pierwszy przy studni na Samarytankę. Czeka także na nas, zanim my przyjdziemy do Niego.

Autorzy tekstów, Bartoszek Wojciech, Polecane, Nasze propozycje